piątek, 19 grudnia 2014

Merry Christmas - jeszcze z Wietnamu

http://2.bp.blogspot.com/-Q9cCb82K_eQ/VAWcD4PElLI/AAAAAAAASmg/MKo5lTY-v2Y/s1600/IMG_8086%2B(2).JPG

 
 Dziękując wszystkim znanym i nieznanym sympatykom bloga za zainteresowanie 
i cieple komentarze
życzę pogodnych i spokojnych 
Świąt Bożego Narodzenia
oraz
wszelkiej pomyślności w nadchodzącym 2015 Roku.


Moja podróż po Wietnamie dobiega końca, jutro będę już w Singapurze.  

Za mną archeologiczne wykopaliska My Son dokumentujące najstarsze ślady ludów tej ziemi oraz przepych i bogactwo cesarskiego Hue skłaniające jednak do refleksji nad przemijaniem czasu. 
Spuścizna kolonizacji francuskiej sprawia że Wietnam jawi mi się jako najbardziej cywilizowane państwo Półwyspu Indochińskiego. 
Wstrząsają i przygnębiają ślady z czasów  wojny amerykańskiej. 
Cztery dni ulewnego deszczu bardzo utrudniają odkrywanie uroków niezwykłego Hoi An. 
Ukryte w skalnych zakamarkach i rozłożone na zboczach Gór Marmurowych pagody i klasztory to doskonale miejsce do refleksji i medytacji.
Kolorowe świątynie wyznawców kaodaizmu chyba bardziej niż miejsca kultu traktowane są jako ciekawostka turystyczna - mimo 2 mln wyznawców.
Dalat otoczone niezliczona ilością wodospadów to miejsce któremu warto poświecić więcej niż dwa dni.
Mrowie motocykli służących nie tylko do przewozu ludzi. Czego to ja nie widziałam a o czym nigdy nie pomyślałabym, że można tym sposobem przemieszczać: sześć manekinów naturalnej wielkości z nogami sterczącymi metr za motorem, cztery głowy bawołów (z rogami!), przygotowane do powieszenia na ścianie jako  trofeum, kwiat doniczkowy 1,5 metrowej wysokości w donicy o średnicy ok. 70 cm wraz z pasażerem, który tę donice trzymał, szyba wielkości tak "na oko" półtora na półtora metra, bliżej nieokreślona ilość kurczaków (martwych) zawieszonych na drążku sięgającym ponad metr z każdej strony motoru. O workach i wielkościach tych worków nawet nie warto wspominać - niejednokrotnie ich gabaryty znacznie przekraczały wielkość motocykla wraz z kierowca.

Taki jest, w największym skrócie, "mój" Wietnam.

Ktoś zapyta: a zatoka Ha Long? Jeden z cudów świata, nr 1 do zobaczenia w Wietnamie, nie byłaś?

Byłam! Ale to co zrobili z Zatoka organizatorzy rejsów  wola o pomstę do nieba. Mój trzydniowy rejs polegał głównie na czekaniu: na kolejne dwie osoby bo w busie są jeszcze dwa miejsca to nie mogą się marnować; na kolejna łódkę, którą przypłyną trzy kolejne osoby, na rosyjskie małżeństwo którym nie podobało się spać na łódce i spali w hotelu po drugiej stronie wyspy, na kolejny... szkoda wymieniać. A do tego jeszcze potworne wręcz zimno, wiatr i bezustanne siąpienie deszczu sprawiły że uważam mój rejs po zatoce Ha Long za największą porażkę tej podróży.

Ale przecież nikt nie obiecywał ze będzie lekko...


PS. Ostatni dzień w Wietnamie.  Taksówkarz wiozący mnie na lotnisko zadaje najczęściej słyszane w trakcie każdej podróży  pytanie: 
- Skąd jesteś?
- Z Polski.
- Ooo, to moziemy roźmawiać po polsku. Dwadzieścia lat mieśkałem w Łodzi...

Podróż na lotnisko mija szybko. 
Gdyby ktoś chciał mieć w Sajgonie taksówkarza mówiącego w rodzimym języku, może zadzwonić: (0084) 0934494226 (numer telefonu podaję za zgodą a nawet sugestią p. Nama)

czwartek, 11 grudnia 2014

Boże Narodzenie w Kuala Lumpur


Dobrze czuję się w Kuala Lumpur. Nie przeszkadzają mi tłumy, nie doskwiera mi upał, a może już się przyzwyczaiłam. I to chyba za sprawą upałów zupełnie nie czuję atmosfery świąt, mimo pełnej gotowości handlowców, mimo kapiących od bożonarodzeniowych ozdób sklepów i centrów handlowych.

Żar leje się z nieba, temperatura przekracza 35°C, styropianowe bałwany, renifery z pozłacanego drutu i wszechobecne dźwięki O Tannenbaum. Nie wiem dlaczego właśnie O Tannenbaum, u nas bardziej popularne są angielskie bożonarodzeniowe szlagiery. Tutaj króluje właśnie ten niemiecki utwór, znany mi głównie dlatego, że od nauki tej pieśni rozpoczęłam lekcje języka niemieckiego w szkole średniej.


A co do świątecznych ozdób, to i w Kambodży, i w Tajlandii, w końcu krajach buddyjskich, już od połowy listopada widać było, że zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Biznes jest biznes! Co z tego, że kraj buddyjski lub muzułmański, skoro nadarza się okazja, by zarobić na święcie upamiętniającym narodzenie Chrystusa.

 
Na pasterce w kościele pw. św. Antoniego, o godz. 20:00 ludzi całkiem sporo. Wiele kobiet, Hindusek z pochodzenia, w odświętnych sari, z eleganckimi fryzurami – jak na ważne święto przystało. Widać, że to dzień, właściwie wieczór, szczególny. Po mszy przed bożonarodzeniowym żłóbkiem ustawia się długa kolejka, aby dotknąć figurki Dzieciątka i zrobić sobie zdjęcie ze Świętą Rodziną w tle. W drodze powrotnej do hotelu zaglądam jeszcze do katedry, gdzie pasterka zaczyna się o 22:00. I tutaj kościół wypełniają tłumy.

Tylko w ciągu tych kilku godzin czuję świąteczny nastrój. Na drugi dzień wszystko wraca do normy: pośpiech, pośpiech i jeszcze raz pośpiech. Ludzie na ulicy ubrani jak co dzień. O tym, że są święta, przypomina mi „Merry Christmas” rzucane mi z uśmiechem przez mijających mnie przechodniów rozpoznających we mnie osobę z innej części świata.




niedziela, 30 listopada 2014

Japonia. Na spotkanie z Wielkim Buddą – Kamakura

Pada. Ale Kamakura czeka. Może tam nie będzie padało!

Kamakura była siedzibą siogunów z rodu Minamoto w latach 1192–1333. I chociaż nigdy nie była oficjalną stolicą Japonii, to faktycznie miastem stołecznym w okresie tego siogunatu Kamakura była. Poważnie ucierpiała w czasie trzęsienia ziemi w roku 1923, ale zniszczenia II wojny światowej zostały jej oszczędzone. Obecnie jest luksusową „sypialnią” Tokio. I miejscem, gdzie można zobaczyć dziewiętnaście chramów i sześćdziesiąt pięć świątyń. A i tak najważniejsza jest świątynia Kōtoku-in ze względu na swojego „lokatora” – Daibutsu, Wielkiego Buddę.
Niestety moje nadzieje względem pogody okazują się płonne. Po półtoragodzinnej podróży pociągiem jestem w Kamakurze. Pada jeszcze bardziej niż w Tokio. Preferuję zwiedzanie na piechotę, jednak wobec niesprzyjającej aury decyduję się dojechać do Wielkiego Buddy autobusem. Ale po dwudziestominutowym, bezowocnym czekaniu na autobus podejmuję spacer w deszczu i nie mogę przeżałować straconego na czekanie czasu. Przecież to tylko niecałe dwa kilometry…


Wielki Budda, jeden z dwóch najstarszych i największych posągów Buddy z brązu w Japonii, rzeczywiście robi wrażenie. Powstał w 1252 roku. Od 1495 roku ta wysoka na 13,5 metra figura siedzącego Buddy, ważąca 93 tony, stoi pod gołym niebem. Świątynia, w której pierwotnie umieszczona była figura, nie oparła się tajfunom i falom tsunami w XV wieku. Figura jest wewnątrz pusta i można do niej wejść. Tutaj doskonale widać, z jakich płatów odlewu została wykonana. 



czwartek, 20 listopada 2014

Pierwsze wrażenie jest najwazniejsze... Laos

Laos podobał mi się od pierwszego dnia. Niby warunki podobne jak w sąsiednim Myanmarze ale...
W spokojnym Vientianie, stolicy Laosu, który odwiedzam jako pierwszy, mogę iść chodnikiem (co w wielu krajach Azji nie jest takie oczywiste żeby wspomnieć chociażby  Myanmar czy Dżakartę i Denpasar w Indonezji)! Płyty zakrywające kanały na swoim miejscu, handel uliczny ograniczony w zasadzie do placów targowych, śmieci jakby mniej...
No, chociaż... wokół Pha That Luang, narodowego symbolu, pomnika narodowego,  jakby więcej... Nic dziwnego, właśnie skończyły się obchody corocznego święta pagody, a wszystkie święta, festiwale czy inne "obchody" na całym świecie służą wzmożonej produkcji śmieci.

Pha That Luang trochę mnie rozczarował. Wielkością, chociaż "swoje" 44 metry wysokości ma. Jakoś wyobrażałam sobie ze jest większy...

Ale Luang Prabang, kolejne miasto, które odwiedziłam nie rozczarował. Skupisko świątyń, klasztorów, pagód... Czerwono-złote, koronkowe zdobienia, krzątający się wokół nich mnisi, spokój... Sprzyja medytacji i "odlotom". Po skończonej kolacji dopijałam zimne Beerlao gdy sąsiad przy stoliku obok prosi o przyprawy. Na dźwięk jego słów wzdrygnęłam się co pan zauważa,  przeprasza i komentuje: "tak, rozumiem, Nirwana".

Luang Prabang to takie miasto, które ma w sobie to "coś". Tak samo jak Kraków...
Oj, nie chce mi się wyjeżdżać z Luang Prabang!

Ale Równina Dzbanów czeka. Ok. 200 km na wschód od Luang Prabang odkryto kilkanaście miejsc gdzie przetrwały wielkie kamienne dzbany. Kto, kiedy dokładnie i po co je wykuł? Zagadka na miarę posagów Moai z Wyspy Wielkanocnej czy kamiennych kul Kostaryki.
A dla mnie jeszcze jedna okazja do pobicia kolejnego życiowego rekordu. Bo chodzi o to, że stanowiska archeologiczne odlegle są jedno a 12 km, dwa kolejne o 25 km od Phonosavan, miasta w którym zatrzymują się ci, którzy chcą zobaczyć kamienne dzbany. Ale "transportowcy" już się "nauczyli" - za usługę podwiezienia chcą... Szkoda przeliczać. Rower jest dobry na wszystko. Tylko, że dotychczas mój rekord dzienny na rowerze to było najwyżej dwadzieścia kilometrów.
Ze stanowiskiem nr 1 nie ma problemu, na przejazd rowerem do dwóch dalszych jakoś nie mam odwagi się odważyć (tam i z powrotem to ok. 50 km). I chyba bym się nie odważyła, gdyby nie to, że w pierwszym dniu, oddając rower zapytałam dwie kobiety również zwracające swoje rowery,  gdzie były.  Na stanowisku 2 i 3. Dały rade! To ja nie dam? A że połowa tej trasy to nie asfaltówka...

A dzbany robią wrażenie! A jeżeli jeszcze przy okazji spotyka się  Rodaków! I to z pobliskich Krakowowi Katowic!

I stad już tak blisko do Hanoi. I nawet jest bezpośredni autobus, sliping... Tylko jakoś nie mogę biletu kupić. Wszyscy agenci sprzedający bilety każą mi zgłosić się w dniu wyjazdu. Nie mogę tego zrozumieć, kiedy "przyciskam" pytaniami o co tu chodzi, okazuje się, że autobus jedzie z Luang Prabang i oni tylko rezerwują przejazd, a może się okazać, że będę "spała" w przejściu na podłodze.

Dziękuję, pojadę, zgodnie z wcześniejszymi planami na południe do Savannakhet i przekroczę granicę w Lao Bao.
Pojechałam, dojechałam po 14 godzinach, tuż przed północą.
Jestem w Savannakhet (bardzo przyjemnym zresztą miasteczku!). Ale wczorajsza podroż to największy hardcore jaki mi się trafił we wszystkich moich podróżach. Opiszę go w Emeytce w Laosie.

piątek, 7 listopada 2014

Mingalaba znaczy Dzien Dobry - Myanmar

W relacjach z podroży, w przewodnikach, Myanmar (w Polsce ciągle jeszcze bardziej znany jako Birma) nazywany jest krajem ludzi uśmiechniętych. I rzeczywiście. Mieszkańcy Myanmaru witają nieznajomych przybyszy uśmiechem a Mingalaba jest powszechne. Chociaż w Mandalaj uśmiechów już jakby mniej. Znak czasu. Turystyka wkracza do Myanmaru wielkimi krokami. Z tym co dobre i tym co złe. Uliczni sprzedawcy coraz bardziej nachalni, taksówkarze i rikszarze od razu podwajają (żeby tylko "podwajają"!) cenę swojej usługi a małe dzieci nie usiłują udawać, że chcą coś sprzedać - przecież angielskie słowo money jest takie łatwe!

Gdzie byłam i co widziałam?
Yangon - Pyay - Bagan - Kalew - Mandalaj - Yangon.
Numer jeden? Ciągle się waham.

Bagan. Niegdysiejsza stolica przeżywała swój zloty wiek za panowania króla Anawratha (XI wiek). To pierwsze państwo birmańskie upadło. Pozostały pagody. Dwa tysiące? Trzy? Nikt tak do końca nie wie. Na niektóre można się wdrapać i popatrzeć na inne "z góry". Wynurzające się z gęstwiny drzew w pierwszych promieniach wschodzącego słońca czy wspaniale oświetlone ostatnimi słonecznymi błyskami. Te najsławniejsze zostały już otoczone straganami i stertami śmieci. Szkoda. Ale wystarczy się trochę pomęczyć prowadząc rower piaszczystymi bezdrożami aby trafić do takich miejsc, gdzie zwiedzających niewielu bywa. I schroniwszy się przed palącym słońcem w cieniu jednej pagody kontemplować urodę sąsiednich lub podglądać zapobiegliwą wiewiórkę krzątającą się na swoim gospodarstwie.

Konkurencją do "numeru jeden" jest dla mnie jaskinia Pintaja do której wybrałam się z Kalew. Blisko 50-cio kilometrowa przejażdżka na motorze drogami których jakość pozostawia wiele do życzenia, nie jest zbyt przyjemnym doświadczeniem. Ale warto było. Tysiace figur Buddy(podobno 8000 tysięcy), różnej wielkości i w rożnych pozach, od wieków przynoszone przez wiernych, zgromadzone w niewielkim przecież ciągu jaskiń, robią wrażenie.

Na odwiedzenie zasłużyła też Srikshetra (Sri Ksetra), jedna z antycznych stolic Myanmaru, której początki giną w mrokach legend, na razie niezbyt często odwiedzana przez przyjezdnych. Tym większe zdziwienie, a pewnie i zaniepokojenie wzbudziła "forinerka" (cudzoziemka), która wyraziła wolę zwiedzenia stanowiska archeologicznego o powierzchni 5,5 mil kwadr. (spisuje z prospektu, nie będę przeliczała mil na kilometry) na piechotę. Zaniepokojenie, bo przecież jest samo południe, żar się z nieba leje, starsza pani "zejdzie" z tego świata i będzie międzynarodowa afera!  Oddelegowano policjanta, żeby obwiózł mnie na motorze po najciekawszych miejscach.

Oczywiście swoją porcję kilometrów  i tak "nabiłam" - po pożegnaniu się z sympatycznym policjantem odwiedziłam na piechotę parę już mniej odległych obiektów.
I wcale się nie zdziwiłam kiedy się okazało, że dwie idące naprzeciwko mnie (idące a nie korzystające z moto-taxi!) osoby to Polacy.
Chyba kierownictwo strefy archeologicznej Sri Ksetra musi się przyzwyczaić, do niestandardowych zachowań Polaków!
Z Małgorzatą i Radkiem odbyłam jeszcze wspólną, nocną podróż do Bagan. I na własnej skórze mieliśmy okazję przekonać się jak właściciel hotelu Myat Logding House w którym się zatrzymaliśmy interpretuje wywieszone w wielu miejscach miasta hasło "take care of tourist" ("zatroszcz się o turystę"). Z jego pośrednictwa skorzystaliśmy przy zakupie biletów autobusowych do Bagan. Płacąc jak za autobus o dość wysokim standardzie jechaliśmy... no właśnie jak to nazwać? Chyba "autobus ciężarowy" to najbardziej adekwatna nazwa. Ale to już dłuższa historia która na pewno znajdzie się w Emerytce w Myanmarze. Jedno jest pewne. Jeżeli los kogoś rzuci do Pyay (tak nazywa się miasto - punkt wypadowy do zwiedzania Sri Ksetry) należy unikać hotelu Myat Lodging House. A jeżeli nie będzie to możliwe, bo baza hotelowa dla niskobudżetowców w Pyay na razie skromna, to przynajmniej nie należy korzystać z pośrednictwa właściciela hotelu przy zakupie biletów autobusowych czy kolejowych.

Moje kontakty z myanmarską policją nie zakończyły się w Sri Ksetra. Ciag dalszy nastąpił w Mandalaj, które Król Mindon (to już XIX wiek) założył chcąc spełnić dawną przepowiednie o Złotym Mieście. Założenie pałacowe - ku utrapieniu współczesnych zwiedzających - miało plan kwadratu o boku 2 kilometry! Dokładnie pośrodku wzniesiono pałac. Pomijając w tej chwili losy pałacu, nie można zapomnieć, że obecnie otoczone murami wnętrze to w niewielkim stopniu pałac - większość to tereny wojskowe. Dla obcokrajowców wyznaczono jedną bramę, dokładnie po przeciwnej stronie kwadratu biorąc pod uwagę położenie hotelu w którym się zatrzymałam. Ale kupując dzień wcześniej bilet, taki do wszystkich obiektów, zapytałam, czy teraz mając już bilet, mogę wejść do pałacu każdą z bram. Pani potwierdziła ale niestety okazało się to niezgodne z rzeczywistością. Dalszy przebieg wydarzeń był łatwy do przewidzenia. Panowie policjanci "swoją" brama mnie nie wpuścili, "wsadzili mnie" na motor, dowieźli do bramy dla obcokrajowców a potem, po przejściu całej procedury (tak, tak, bo to cala procedura włącznie w podawaniem numeru paszportu!) pan policjant (a może to był wojskowy) dowiózł mnie do wrót pałacu. Tym sposobem zaoszczędzono mi blisko 5-kilometorwego marszu, lub raczej kliku tysięcy kyatów jakie musiałabym wydać na moto-taxi, bo taki spacer byłby w tamten poranek całkowicie nieracjonalny.

A sam Yangon (znany bardziej jako Rangun; do 2005 roku stolica Myanmaru)?
Złota Pagoda Szwe Dagon nie zaprezentowała mi się w całej złotej krasie - trwa właśnie remont. I tylko mam wątpliwości co do tych 8.688 płyt złota które ją pokrywają.
Mam wątpliwości, bo patrząc na ludzi pracujących na rusztowaniach widzę jak szybko spod ich rak (niestety z tak dużej odległości nie mogę zobaczyć jakich narzędzi używają) znika złota powłoka i ukazuje się brązowa powierzchnia. Mam wątpliwości, bo co prawda nie znam się na tym, ale wydaje mi się, że jeżeli cokolwiek pokrywają złote płyty, to się je konserwuje a nie usuwa ich powierzchnię.

Przewodniki wspominają o "kolonialnej zabudowie" mającej być atutem wyglądu miasta. Nie wspominają niestety, że tylko bardzo nieliczne budynki kolonialne są zadbane (np. ratusz). Zdecydowana większość to przegniłe mury pokryte czarnymi liszajami grzybów czy pleśni. Po przeniesieniu stolicy do Najpjidaw cale kwartały śródmieścia w których kiedyś kwitło ministerialne życie, popadło w ruinę.

Ale "idzie nowe". Pojawiają się wieżowce, mnożą się centra handlowe. Nie ma ulicy, na której nie byłoby salonu ze smartfonami - jakże odbiegające od znajdujących się obok sklepików typu: "szwarc, mydło i powidło".  Niestety, jak na razie marmury i lustra galerii handlowych i sklepów z elektroniką nie powodują zmiany zachowań - wyrzucanie śmieci "pod siebie" czy przez okno samochodu/autobusu jest powszechne. A ulice pokryte są bordowymi plamami powstałymi po wypluwaniu pozostałości przeżutego betelu.

Mnogość sklepów z elektroniką nie ma też wpływu na szybkość łącz internetowych. Mimo napisania tego posta jeszcze na myanmarskiej ziemi, nie udało mi się go opublikować (ani nawet zaglądnąć do skrzynki pocztowej!).
Od dwoch dni jestem w Laosie, Ludzie nie żuja betelu, klimat niby ten sam ale liszaje  na budynkach mniejsze, śmieci też jakby mniej...

Podoba mi sie Laos!

sobota, 25 października 2014

W poszukiwaniu aborygeńskich rytów naskalnych


W poszukiwaniu aborygeńskich śladów jadę do Manly, miejscowości położonej na północnym skraju Zatoki Botanicznej znanej głównie z rozległej plaży, jednej z tych ulubionych przez miłośników surfingu. Ale pogoda raczej nie zachęca do kąpieli, chociaż kilku śmiałków, którym, jak widać, nie straszna niska temperatura, zanurzonych w przejmująco zimnej wodzie kilkanaście metrów od brzegu czeka na wysoką falę. Zimno się robi od samego patrzenia… 


Dla mnie Manly to tylko punkt wypadowy do wędrówki dziesięciokilometrowym szlakiem z Manly do mostu Spit. Gdzieś po drodze są ryty naskalne Aborygenów, tylko jak je znaleźć? Obsługa informacji turystycznej w Manly niby bardzo chce mi pomóc, ale nikt nie wie, gdzie dokładnie ryty się znajdują, nikt nie potrafi wskazać tego miejsca na mapie. Trudno, znajdę lub nie, ale skoro już tutaj jestem, to idę. 


Spacer jest piękny, widoki też, chociaż… mogłyby być piękniejsze, gdyby pogoda dopisała. Jest pochmurno, wilgotno, dziwię się, że jeszcze nie pada. Mijam olbrzymie krzewy gwiazdy betlejemskiej, zwanej również poinsecją lub wilczomleczem nadobnym. Lub też rośliną krótkich dni, gdyż zakwita i wytwarza czerwone lub kremowo-białe liście przykwiatowe tylko w porze roku o najkrótszych dniach. A że to początek czerwca, tutaj na półkuli południowej najkrótsze dni w roku, mijane krzewy są czerwone od będących ich ozdobą liści. Jak z tego wynika, ten wywodzący się z Ameryki Południowej krzew, u nas w Polsce znany jako roślina doniczkowa, w Australii też bardzo dobrze się miewa. 


No i banksje! Nie mogę się powstrzymać od robienia kolejnych zdjęć. Żółte, ceglaste, prawie czerwone, charakterystyczne kwiatostany, o walcowatych niby kolby kukurydzy kształtach, w niezliczonych ilościach zdobią mijane zarośla. Banksja rozmnaża się tylko dzięki pożarom buszu, gdyż dopiero pod działaniem ognia wypadają nasionka, dając początek kolejnym generacjom. Nazwa tej rośliny, występującej w siedemdziesięciu pięciu gatunkach, pochodzi od nazwiska botanika angielskiego sir Josepha Banksa, uczestnika pierwszej wyprawy Cooka w latach 1768–1771, który je dokładnie opisał.  


No i doczekałam się, lunęło nagle. Wybór między powrotem a dalszym spacerem nie ma sensu, jestem gdzieś w połowie drogi. Już nie muszę uważać, gdzie stąpam, woda jest wszędzie, w końcu idę dnem strumienia, który pojawił się znikąd. Kiedy jednak w bocznej alejce dostrzegam jakieś siedzisko z wielkiego pnia drzewa, zbaczam ze szlaku. I bardzo dobrze, że zwróciło moją uwagę, bo to właśnie rejon rytów. Na mokrych od deszczu skałach ryby, bumerangi… Częściowo przysłonięte opadłymi liśćmi. Kangur ledwie widoczny, ale jest, walczy z drugim… chyba też kangurem. W strugach deszczu oglądam rzeźby sprzed tysięcy lat. Płaskorzeźby stworzone przez ludzi, którzy tutaj spokojnie pędzili swoje życie. Jak dokładnie wyglądał ich świat? Jak wyglądałby ich świat, gdyby nie przybyli tutaj ludzie z drugiej strony ziemskiego globu?









Deszcz przestaje padać tak samo nagle, jak zaczął. Mijają mnie trzy dziewczyny, z którymi już od wyjścia z Manly kilkakrotnie się spotkałam. A to one odpoczywają, a to ja zatrzymuję się dłuższą chwilę, kontemplując wody zatoki i przybrzeżne skały. Pytam o wrażenia z oglądanych rytów Aborygenów.
– Jakie ryty? Nie, nie widziałyśmy.
Chyba szkoda, skoro były tak blisko.

Idę dalej, zza chmur nieśmiało wygląda słońce. Przechodzę przez most, w części zwodzony. Docieram do autobusu. Trochę już nawet przeschłam. To był piękny dzień, mimo deszczu.  



niedziela, 12 października 2014

Seoul. Never ending story - post nieretrospektywny

Każde koreańskie miasto ma przypisany slogan. "Niekończąca się opowieść" to slogan dla Seulu. Dla mnie to hasło dotyczy nie tylko Seulu ale i całej Korei.
Seul, wyspa Jeju, Daegu, Gyeongju i znów Seul. Pałace, świątynie, pagody, reliefy, parki, kolorowe, niezrozumiale reklamy.

W wielu relacjach z podroży po Korei miasto Gyeongju nazywane jest koreańskim Krakowem. Głównie przez fakt bycia niegdysiejszą stolicą. Inne punkty styczne to kopce i lista UNESCO.
Tylko że Gyeongju było stolica tysiąc lat (od 57 r.  p.n.e do 927 ne) i to w czasach gdy na terenie dzisiejszej Polski szumiały bory i lasy. Okres ten pozostawił po sobie spuściznę w postaci bliżej nieokreślonej liczby kopców-grobów.
W sercu miasta Park Tumuli - skupisko 30 grobowców monarchów i ich rodzin z dynastii Silla. Po drugiej stronie ulicy kolejnych kila kopców. Aby zobaczyć jeszcze inne wystarczy wybrać się na krótszą lub dłuższą wycieczkę w okolice miasta. Co ciekawe współczesny cmentarz wygląda podobnie - tylko kopce dużo mniejsze.
Zupełnie przypadkiem, mijając kolejne skupisko grobowców, znalazłam się na uliczce Bonghwang-ro, ot, takiej naszej Floriańskiej. Jak chodzi o znaczenie, bo charakter zupełnie inny. Wąska, co najwyżej jednopiętrowe domy, słupy latarń stylizowane na największy tutejszy zabytek - VII-wieczne obserwatorium astronomiczne. W nich (latarniach) wkomponowano historyczne zdjęcia z początku XX wieku. Wzdłuż uliczki ustawiono repliki figurek zwierząt jakie znajdowano w grobowcach-kopcach. Biorąc uliczkę za deptak spokojnie szłam jej środkiem ale samochody bardzo szybko wyprowadziły mnie z błędu.
Szkoda ze przewodniki i foldery nie informują o takich miejscach. Dobrze, że miałam szczęście i na ulice Bonghwang-ro trafiłam.

Miasto Suwon znane jest z XVII-wiecznych murów obronnych. Po dziejowych burzach i pożarach zostały odrestaurowane. Maja 6,7 km długości, kilka bram, strażnic, wież i można po nich chodzić. Całkiem przyjemne doświadczenie i tylko łza się w oku kreci na myśl o krakowskich murach miejskich!
W ostatnich latach Suwon jest znany jeszcze z innego powodu. To tutaj kilka lat temu zaczął się "ruch kultury toalet" i tutaj znajduje się chyba jedyne na świecie muzeum toalet. Ruch zapoczątkował ówczesny burmistrz miasta, pan Sim Jae-duck, lub jeśli ktoś woli Mr Toilet. W 2007 roku zmodernizował swój dom nadając mu kształt muszli klozetowej. Po jego śmierci (2009) rodzina przekazała budynek miastu i tym sposobem przyjeżdżający do Suwon, obok spaceru murami miasta, mogą odwiedzić Muzeum Kultury Toalet i otaczający muzeum Park Kultury Toalet. I podobnie jak wszystkie toalety publiczne w Korei, muzeum jest bezpłatne.

A skoro mowa o budynkach "w kształcie" to nie sposób nie wymienić jeszcze dwóch:
- muzeum torebek w budynku w kształcie damskiej torebki mieszczące fantastyczną kolekcję damskich torebek od XVII wieku,
- gigantycznych rozmiarów DDP (Dongdaemun Design Plaza); obiekt zainspirowany kształtem delfina (lub wieloryba jak chcą niektórzy) ma być centrum kulturalnym (tym razem PLAZA to nie galeria handlowa - wprost nie mogłam uwierzyć!) - muzea, sale wystawowe itd. Na razie wszystko jest w stadium organizacji, obiekt oddano do użytku zaledwie kilka miesięcy temu i chociaż funkcjonuje już kilka punktów informacji to ich obsługa chyba nie bardzo wie o co w tym wszystkim chodzi. Dondgeamum to nazwa stadionu sportowego, na miejscu którego obiekt zbudowano. "Skórę" ssaka tworzy 45.133 aluminiowych paneli, z których żadne dwa nie są takie same! Ich faktura też jest zróżnicowana co powoduje rożne załamanie światła i sprawia, że powierzchnia nie jest monotonna.

Podobają mi się Koreańczycy. O tym, że są życzliwi i uśmiechnięci wiedziałam wcześniej. O tym jak poradzili sobie z niedogodnością robienia fotek selfi dowiedziałam się już w pierwszym dniu mojego tutaj pobytu. Niemal wszyscy zaopatrzeni są w teleskopowe raczki podtrzymujące smartfony i ułatwiające robienie zdjęć samemu sobie. Nie mogłam rozszyfrować na jakiej zasadzie "to" działa ale szybko dopatrzyłam się miniaturowych pilotów do sterowania takim zestawem (chociaż wydaje mi się, że niektóre działają na zasadzie samowyzwalacza). Cóż, po raz kolejny okazuje się, że pomysłowość ludzka...
Ciekawe kiedy teleskopowe raczki do robienia zdjęć selfi pojawia się w Polsce. Bo mania nordic walking do Korei już dotarła - w wielu miejscach gdzie zaczynają się szlaki, można nabyć kijki a i parę turystów idących z kijkami też już widziałam.

Co jeszcze?
Woda pitna jest dostępna wszędzie za darmo - i w hotelach i w miejscach publicznych. Toalety, jak wspomniałam też i to w dużej ilości - gdziekolwiek się człowiek obejrzy jakąś toaletę znajdzie.
Bezpłatna woda i toalety zostają "zrekompensowane" opłatami za transport publiczny. Pojedynczy przejazd w granicach 4,00-4,50 zł. Ale za to rozwiązanie techniczne doskonale. Kupuje się T-money kartę którą można doładować w każdym sklepie spożywczym. Potem wsiadając do pojazdu przykłada się do ekranu w autobusie czy metrze i się jedzie. Wysiadając procedurę się powtarza, a ekran poopowiada jaką jeszcze "pulę" mamy do dyspozycji. I co najważniejsze, taka karta raz kupiona jest ważna we wszystkich miastach.
A, i jeszcze dostęp 애 ㅏㅐㅡㅕㅅㄷㄱㅁ.

Tak właśnie wygląda "zagapienie się" i wciśniecie klawisza ALT!
A chciałam napisać, że teoretycznie turyści podróżujący bez komputera mają bezpłatny dostęp do kompa w biurach informacji turystycznej, których jest całkiem spora ilość. Tyle, że ze "względów bezpieczeństwa" zainstalowane są przeglądarki najstarsze z możliwych. Zatem nigdy nie wiem czy uda mi się otworzyć pocztę, bloga, fb czy konto bankowe bo te żądają zainstalowania przeglądarki nowszych generacji.

Wstępy do muzeów państwowych stosunkowo niedrogie (3,50 - 7,00 pln), te do obiektów z listy UNESCO trochę droższe (ok. 13,00zl), muzea narodowe lub inne "znaczące dla narodu" najczęściej bez opłat. Ale muzea prywatne czy dotyczące sztuki współczesnej już droższe - ok. 20-25 zł.

Motory jeżdżą po chodnikach i ścieżkach rowerowych, samochody przejeżdżają na czerwonym świetle jeżeli nie ma przechodniów. Ale jak przechodzień czekając na zielone światło za bardzo zbliży się do krawędzi chodnika, automat krzyczy żeby odejść od jezdni!

Więcej za kilka miesięcy jak powstanie Emerytka w Korei. Wtedy już ze zdjęciami.

Następny wpis "nieretrospektywny" będzie z Myanmaru, lepiej Polakom znanym jako Birma. Kawiarenki internetowe podobno są...

A post jest "nieretrospektywny" bo dotyczy bieżącej podróży a Emerytka w Korei jeszcze nie powstała...

czwartek, 2 października 2014

Guatapé. „Miasto cokołów” - „Turystyczny raj Antioquii”


 
Po „zdobyciu” El Peñol podjeżdżam autobusem do odległego o jakieś dwa kilometry, liczącego około sześć tysięcy mieszkańców miasteczka Guatapé (Kolumbia). Na internetowej stronie miasta można przeczytać, że nazywane jest „rajem turystycznym Antioquii” i „miastem cokołów”. Raj turystyczny – nie ma wątpliwości. W latach siedemdziesiątych miasto zmieniło orientację gospodarczą, nastawiło się na rozwój turystyki. Jezioro, baza hotelowa i restauracyjna dają możliwości rekreacji. El Peñol to dodatkowa atrakcja. Na pewno warto przyjechać. Ale o co chodzi z tymi „cokołami”?


 

W tym konkretnym przypadku należałoby hiszpański wyraz zócalo (cokół) tłumaczyć raczej jako „przyziemie”. Chodzi o to, że przyziemia prawie wszystkich budynków w mieście są ozdobione barwnymi malowidłami lub ściślej mówiąc, pokolorowanymi stiukowymi płaskorzeźbami. Wykonane przez lokalnych artystów mają nawiązywać do historii domu, charakteryzować jego mieszkańców czy chociażby sygnalizować ich upodobania artystyczne. Dumą miasta jest ulica Wspomnień – reminiscencja historycznej, typowej ulicy miasteczka częściowo zalanego wodami sztucznego jeziora. 




Papugi, tukany, konie, wiązanki roślin i pojedyncze kwiaty, scenki rodzajowe… Na domach, kościele, na fontannie przed kościołem, na budynku magistratu, na szkole… Nawet na miniaturowym pudełku zamkniętej informacji turystycznej na nabrzeżu jeziora. Chciałoby się bez końca spacerować po takich ulicach…
Ale przede mną jeszcze Santa Fe de Antioquia.


 





piątek, 19 września 2014

Kolumbia. La Piedra del Peñol – skała Guatapé


Kiedy okrążałam Kartagenę, spacerując po jej murach obronnych, jakaś dziewczyna, bogotanka, poprosiła mnie, żebym zrobiła jej zdjęcie. Zrobiłam kilka i oczywiście nie obyło się bez wymiany zdań: skąd, dokąd, gdzie jeszcze… Kiedy dowiedziała się, że kończę swoją podróż po Kolumbii w stolicy Antioquii, pokazała mi parę zdjęć w swoim aparacie, polecając wizytę w Guatapé, miejscowości położonej siedemdziesiąt kilometrów na wschód od Medellín.

Skonsternowana oglądałam niesamowite widoki zrobione z wysokiej, jak mówiła moja rozmówczyni, skały. Skonsternowana, bo nie mogłam sobie przypomnieć, żebym coś na temat tego miejsca czytała w moim przewodniku czy nawet w jakiejś relacji. Jak to możliwe?! Tego samego dnia po powrocie do hotelu przewertowałam wszystkie materiały, jakie miałam. I rzeczywiście znalazłam – jedno zdanie! Wątpię, czy zwróciłabym na to właśnie zdanie uwagę, gdyby nie dziewczyna z Bogoty spotkana w Kartagenie.

Uzupełniłam więc wiedzę i oto po dwóch godzinach jazdy krętymi drogami kierowca autobusu zatrzymuje się, wskazując kierunek: do El Peñol jest jeszcze około kilometra tą drogą. 


La Piedra del Peñol (lub Peñon) – skała Peñol albo skała Guatapé. Jestem na wysokości 2135 m n.p.m. A za chwilę (no, dłuższą chwilę!) będę 220 metrów wyżej – tyle bowiem mierzy uformowany 70 milionów lat temu monolit. Jedenaście milionów (szacunkowo) ton kwarcu, skalenia i miki. Całe wieki jej szczyt odwiedzały tylko ptaki. W 1954 roku na jej czubek wspiął się człowiek – Luis Eduardo Villegas. I już niewiele trzeba było, żeby świętą górą Indian Tahamies zawładnęli turyści. I chociaż zdarzają się tacy, którzy idą śladami pierwszego zdobywcy skały, większość korzysta z ułatwiającej wspinaczkę „klatki schodowej”.


Została doskonale „wpasowana” w naturalną szczelinę biegnącą od podstawy skały po jej szczyt, z daleka kojarzy mi się z zamkiem błyskawicznym. Ale ten zazwyczaj otwiera się i zamyka jednym ruchem ręki. Pokonanie 659 schodów, jakie kryją się pod tym betonowo-ceglanym suwakiem, zajmuje trochę czasu i kosztuje sporo wysiłku. Po drodze można odpocząć na sztucznej półce skalnej, na której urządzono niewielką kapliczkę z figurą Matki Boskiej. 


Osiągających szczyt wita kakofonia dźwięków. Na niewielkim, zbliżonym do płaskiego szczycie zmieściły się aż trzy punkty gastronomiczne (!). Ich właściciele prześcigają się w mocy ryczących decybelami głośników.
Koszmar nieco mija, gdy wejdzie się jeszcze wyżej, na szczyt ceglanego potworka – punktu widokowego. Odległość i mury wyciszają hałas. Wizytujących niewielu, bo i pora raczej wczesna, w spokoju można oddać się kontemplacji. Widok na sztuczne jezioro wybudowanej w latach sześćdziesiątych hydroelektrowni jest fascynujący. Jakkolwiek sztucznych jezior widziałam już parę, żadne nie dorówna właśnie temu. Tutaj wody zalały bardzo pofałdowany teren, tworząc akwen usiany tysiącami wysepek, półwyspów, cypelków. Niektóre wydają się zamieszkałe. Robię bliżej nieokreśloną liczbę zdjęć, ale wątpię, aby oddały one cały urok i magię tego miejsca. 



Jeszcze rzut oka na sceny z życia pierwszego zdobywcy skały na balustradzie punktu widokowego, jeszcze ostatni rzut oka na świat z perspektywy ptaka i… 659 schodów w dół. Niby łatwiej niż w górę, ale nie jestem przekonana, czy moim kolanom się to spodoba. 


 

środa, 3 września 2014

Aleja Wulkanów. Ekwador


Cotopaxi to chyba najbardziej popularny i najłatwiej dostępny wulkan w Alei Wulkanów. Kiedy kupowałam jednodniową wycieczkę na wulkan, zapewniano mnie, że przewodnik będzie mówił po angielsku, tymczasem nasz kierowca nie zna ani jednego angielskiego słowa. Dopiero w hacjendzie u stóp wulkanu poznajemy Marco, z którym, po pewnych kłopotach z samochodem (obaj panowie pracują nad usunięciem awarii prawie pół godziny), jedziemy dalej. 



W wycieczce oprócz mnie biorą udział: Holenderka, Amerykanin i Izraelczyk. Dojeżdżamy do parkingu położonego na wysokości 4500 m n.p.m., teraz musimy pokonać jeszcze trzysta metrów różnicy poziomów, aby dojść do schroniska. Zajmuje nam to blisko godzinę. Właściwie nie rozmawiamy, bo wyrazów nie da się dokończyć, brakuje powietrza do oddychania. Ale Cotopaxi odwdzięcza się za nasz trud – mimo zamglenia i chwilami nawet mżawki – odsłania się naszym oczom.



W schronisku odpoczywamy, Marco przygotowuje lunch. Chłopak z Izraela spędza w Ameryce Południowej urlop po odbyciu trzyletniej służby w wojsku. Opowiada, że jego korzenie są w Polsce, że jego babcia zginęła w Oświęcimiu. Wymienia nazwę miejscowości, w której mieszkała przed wojną, ale nic mi ta nazwa nie mówi, przypuszczam, że nie pamięta jej dokładnie. Holenderka jest wolontariuszką w jakiejś organizacji charytatywnej, zajmuje się dziećmi. Opowiada, jak wczoraj walczyła ze złodziejem, który chciał porwać torebkę jej koleżance.

Droga powrotna jest już łatwiejsza, z każdym krokiem oddycha się lżej. Marco proponuje nam zjazd na rowerach górskich. Już mam wsiąść na rower, kiedy zapala mi się światełko ostrzegawcze. Nigdy jeszcze nie jechałam na rowerze górskim. Do tej pory jeżdżę na moim „antyku” – rowerze kupionym za pierwszą w moim zawodowym życiu „trzynastą pensję” (o ile ktoś jeszcze pamięta, co to była „trzynastka”!), kiedy nikt jeszcze o rowerach górskich nie słyszał. Tutaj nachylenie terenu jest dość duże, jakikolwiek upadek może być równoznaczny z końcem mojej podróży. Wolę nie ryzykować. Pomagam Marco włożyć rower z powrotem na dach samochodu. Schodzę ścieżką, przecinając od czasu do czasu serpentyny drogi dojazdowej. Oglądam marne na tej wysokości kwiatki, pasące się lamy oglądają mnie. Wspaniały spacer!


Czterdzieści minut później Marco dogania mnie, wsiadam do samochodu i w tym momencie zaczyna lać. Gdy chwilę później spotykamy naszą trzyosobową drużynę kolarzy górskich, są już przemoczeni do suchej nitki. To światełko ostrzegawcze dotyczyło chyba nie tylko stromego zbocza! 

Zatrzymujemy się w tej samej hacjendzie co rano, kolejna czekolada, pyszna, gorąca. Samochód, którym rano przyjechaliśmy z Quito, tym razem jest przepełniony. Obok Marko kierowca, który nas rano przywiózł, i jego dziewczyna. Dziewczyna siedzi na kolanach swojego chłopaka, bo innego miejsca już nie ma. Na nasze pytanie, czy w Ekwadorze tak wolno, panowie odpowiadają, że nie, i spokojnie jedziemy dalej!

wtorek, 12 sierpnia 2014

Managua - zaprzeczenie mitu o Feniksie




Wzdłuż prowadzącej do brzegu jeziora Managua alei postawiono tablice, może raczej billboardy, opisujące historię kraju, przedstawiające jego symbole i bohaterów narodowych. Dowiaduję się, że narodowym kwiatem Nikaragui jest plumeria biała, zwana również kwiatem Majów, a narodowym ptakiem jest piłodziób czarnogardły. Mogę również przestudiować szczegóły dotyczące flagi, herbu i hymnu, ale to sobie jednak podaruję. Są jednak tablice, od których nie mogę oderwać wzroku. To tablice prezentujące zdjęcia niektórych ulic przed trzęsieniem ziemi w 1972 roku i po nim.
Niewiarygodne. Wstrząsające. Nie ma słów, które mogłyby oddać moje uczucia, gdy patrzę na te kilka fotografii. Budynki, banki, ludzie, samochody. Ulice, które, gdyby nie podpis, można byłoby przypisać każdemu zurbanizowanemu miejscu na ziemi. Tak wyglądały przed 23 grudnia 1972 roku. Obok zdjęcia tych samych miejsc obecnie. Polne drogi zarośnięte spaloną słońcem trawą, kury, drzewa, tutaj nawet zorganizowany skwerek. Ale żadnych zabudowań. To dlatego, kiedy byłam w okolicy ronda Rubena Darío, odebrałam budowle niedawno powstałe jako porozrzucane enklawy.



Managua to miasto, które zadaje kłam mitowi o Feniksie. Mija czterdzieści dwa lata od tragedii, a wielomilionowe przecież miasto jeszcze się nie odrodziło. Może się kiedyś odrodzi, ale już nie za mojego życia.



Kontynuuję spacer aleją Boliwara. Plac Rewolucji, przed 1972 roku serce miasta, dzisiaj też tętni życiem. Czy tylko dzisiaj, a może tylko dlatego, że jest święto? Bo widać, że gros ludzi jest tutaj właśnie na niedzielnym spacerze. Popielata bryła starej katedry dominuje nad placem. Sąsiedni budynek, wybudowany w 1935 roku Pałac Narodowy, przetrwał kataklizm z 1972 roku. Kiedyś siedziba Kongresu, dzisiaj Narodowy Pałac Kultury mieszczący Archiwum Państwowe, Bibliotekę Narodową i Muzeum Narodowe. Podobno ciekawe, ale nie zwiedzę – zamknięte. Kolejną pierzeję placu zajmuje Pałac Prezydencki, od 2007 roku noszący nazwę Dom Ludów/Narodów. Przed nim pomniki Sandino i Rubena Darío. Nieco dalej kolejny pomnik poety. I Teatr Narodowy nazwany jego imieniem. Też przetrwał trzęsienie ziemi.



Duży plac po drugiej stronie ulicy, przy której stoi teatr, to plac Wiary im. Jana Pawła II. Wysoki obelisk to pomnik zadedykowany Janowi Pawłowi II, z drugiej strony placu konny pomnik Boliwara. Tutaj odbywają się największe uroczystości państwowe. I chyba nie tylko państwowe – pokaźnych rozmiarów muszla koncertowa jest sceną imprez kulturalnych. Repliki dwóch łodzi i samolotu opatrzono wielkimi napisami: „Radość z życia w pokoju”.


Mój spacer kończę nad brzegiem jeziora Managua. Kamienisty brzeg nie sprzyja kąpieli. Tym bardziej zanieczyszczenia. Te, które widzę, i te niewidoczne, spowodowane przez fabrykę firmy Kodak, która w latach pięćdziesiątych wprowadziła do wód jeziora rtęć.