czwartek, 17 kwietnia 2014

Wielki Tydzień w San José

Czas zwiedzania stolicy Kostaryki i jej okolic dzielę z czasem uczestnictwa w uroczystościach Wielkiego Tygodnia.

Zbliżając się w Niedzielę Palmową do katedry, nie poznaję miejsca, w którym byłam wczoraj. Wielka brama, replika bramy miejskiej, stanowi scenografię do przedstawienia scen wjazdu Chrystusa do Jerozolimy. Zgromadzeni na palcu wierni trzymają w rękach palmy – takie naturalne, będące liśćmi drzewa palmowego.


Uroczystości Wielkiego Poniedziałku przewidują Drogę Krzyżową ulicami miasta. Wieczorem, już po zachodzie słońca. Numery poszczególnych stacji zaznaczono światłami wysoko na ulicznych latarniach. W procesji prowadzonej przez biskupa niesiony jest wizerunek „Chrystusa u słupa” i wiele osób niesie podobne figurki. Kiedy chcę zrobić zdjęcie i pytam jedną z kobiet, czy powoli mi sfotografować jej figurkę, pani pozuje do zdjęcia. Nie mogę jej zrobić afrontu i fotografuję ją razem z figurką.

Na Wielki Wtorek i Wielką Środę przewidziano koncerty w katedrze. We wtorek występują mistrzowie (śpiewacy), w środę ich uczniowie.

Główną uroczystością Wielkiego Czwartku jest Msza Krzyżma Świętego. Przed południem. W wieczornej Mszy Wieczerzy Pańskiej bierze udział już dużo mniej wiernych.

Uroczystości Wielkiego Piątku są analogiczne do uroczystości w polskich kościołach. Chwilę zaskoczenia przeżywam w trakcie adoracji Krzyża, słysząc śpiewaną przepięknym głosem pieśń. Skąd ja znam tę melodię?! To przecież Góralu, czy ci nie żal! Już po powrocie do kraju dowiem się, że tę samą melodię ma francuska pieśń wielkopostna Victoire, która rozpowszechniła się również w Hiszpanii (w śpiewnikach jest ona opatrywana przypiskiem sur une melodie polonaise – „według melodii polskiej”).

Zarówno w Wielki Czwartek, jak i Wielki Piątek odbywają się procesje. Odprowadzenie Pana Jezusa do Ciemnicy, Droga Krzyżowa z wybranymi scenami Męki Pańskiej, Pogrzeb Chrystusa – z figurą Chrystusa w przeszkolonej, bogato zdobionej trumnie. Procesje „krążą” między katedrą a kościołem El Carmen, a czasami łączą się z procesjami z kościołów La Soledad i La Merced. Poszczególne sceny w trakcie tych procesji odtwarzane są przez zawodowych aktorów, podobno najlepszych aktorów Kostaryki. I chyba nie można mieć wątpliwości, że to profesjonaliści, obserwując chociażby Poncjusza Piłata. W trakcie całej, blisko trzygodzinnej procesji idzie dumnie wyprostowany, całą swoją postawą podkreślając godność rzymskiego namiestnika. Jakby nie wiedział, co to zmęczenie!


W organizację procesji zaangażowane są służby miejskie. Chociaż nie bardzo rozumiem, dlaczego w kulminacyjnym momencie Drogi Krzyżowej, w trakcie inscenizacji sceny na Golgocie, na tyłach zaimprowizowanego przed katedrą Wzgórza osoby sprzątające plac muszą być tak aktywne w swoich obowiązkach. Pięknej pieśni śpiewanej u stóp Krzyża towarzyszy turkot kółek kosza na śmieci i szuranie szczotek o miejski bruk (no i w tym momencie pojawiają się wątpliwości co do stopnia ucywilizowania… ale raczej jednostek, nie całego narodu).

Opuszczam San José. Jadę do Nikaragui. Co prawda nie skończyłam jeszcze zwiedzania Kostaryki, ale w San José nie bardzo mam już co oglądać, a w słabiej zaludnione tereny na północ od stolicy wolę się na razie nie zapuszczać – kto wie, jak będzie z komunikacją w ten świąteczny czas. A autobusy do granicy z Nikaraguą jutro, w Wielką Sobotę, jeżdżą.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Przygodę z Kolumbią czas zacząć

A gdzież ty jedziesz! Przecież tam narkotyki, napady, rozboje, morderstwa… Taka była reakcja większości znajomych, kiedy dowiadywali się, jaka jest trasa mojej kolejnej podróży. Nawet jeżeli nie do końca tak brzmiała ich reakcja słowna, to tak myśleli. 
-                   Byłeś, widziałeś?
-                   No, nie… Ale tak wszyscy mówią.
-                   Jacy wszyscy?

Tutaj interlokutor zwykle zaczynał plątać się w zeznaniach.

A ja wiem, że opinie tych, którzy ten kraj odwiedzili, są zupełnie odmienne. Kraj ciekawy, ludzie przyjaźni. Przy zachowaniu zdroworozsądkowej ostrożności można bez większych obaw podróżować, i to w pojedynkę.

Mam nadzieję, że tego zdrowego rozsądku mi nie zabraknie, kiedy będę obalała mit o niewyobrażalnych niebezpieczeństwach czyhających na przybywających do Kolumbii – kraju Gabriela Garcii Márqueza i Fernando Botero. I Escobara też… Kraju złota i szmaragdów. Kraju tajemniczych cywilizacji Tierradentro i San Agustin… 



piątek, 11 kwietnia 2014

Dominikana - Santo Domingo

Miało być Emerytka na Karaibach, ale z Karaibów została tylko Dominikana. Zresztą i Dominikana zdarzyła się tak trochę przez przypadek. Przez przypadek, bo gdy szukałam sposobu, jak dotrzeć do Panamy, najtańsze i najwygodniejsze (bo z Krakowa) połączenie na drugą półkulę znalazłam do Santo Domingo, stolicy Dominikany. No cóż, w końcu tam mnie jeszcze nie było, a Dominikana jest bliżej Panamy niż Europa. Niedaleko Dominikany – Kuba, niewątpliwie ciekawy kraj. Jamajka też zasługuje na zwiedzenie…

Dalej już tak łatwo nie było. Nie udało mi się znaleźć sensownych połączeń przemieszczenia się z wyspy na wyspę. To znaczy były, ale przez USA, a kiedyś obiecałam sobie, że nie będę żebrała u Wielkiego Brata o wizę i mam w nosie takie połączenia.

Kubańskie linie lotnicze podobno obsługują najwięcej lotów z Kuby i na Kubę, ale internetowa strona linii lotniczych Cubana była zablokowana. Nie wiem, czy tylko w tamtym okresie, czy na stałe, ale moje wysiłki, żeby kupić bilet, były daremne.

Przyjęłam inną strategię. Gdzie ja mogę z tej Dominikany dolecieć? Bezpośrednio i w miarę tanio. Znalazłam połączenie do Bogoty. Zatem zwiedzę Dominikanę, a potem polecę do Kolumbii. Tymczasem lecę na „ląd, który Kolumb umiłował najbardziej”, jak twierdzą biura turystyczne zachęcające do wizyty w tym kraju.

Santo Domingo. Faro de Colón – Latarnia Kolumba. Jego grobowiec. 


  Idea budowy mauzoleum Kolumba, a właściwie czegoś więcej niż mauzoleum, raczej pomnika upamiętniającego jego odkrycia, zrodziła się już w latach 20. XX wieku. Na przeszkodzie realizacji stanął brak środków. Zamysł ten odrodził się przed rokiem 1992, przed pięćsetną rocznicą przybycia Kolumba na wyspę. Aby rozpocząć budowę, wysiedlono setki ubogich rodzin. Drugie tyle, żeby zagospodarować teren wokół – tak aby nędzne domy nie straszyły przyjezdnych. Sama budowla w kształcie leżącego krzyża ma 210 metrów długości, 59 metrów szerokości. Otaczający ją park rozciąga się na przestrzeni około 3 kilometrów. Tyle że mimo wysiłków, aby to miejsce uczynić przyjaznym, przyjazne nie jest. Kiedy oddalam się trochę w bok od drogi prowadzącej do głównego wejścia, żeby zrobić zdjęcie (cóż, gmaszysko jest tak wielkie, że nie mieści się w obiektywie), pan z ochrony coś woła i wymachuje do mnie rękami – jak się domyślam, żebym za daleko nie odchodziła. Lub inaczej mówiąc, żebym nie podchodziła zbyt blisko do grających niedaleko w piłkę wyrostków!

Singapur

O ile dwa lata temu Singapur nie zrobił na mnie jakiegoś nadzwyczajnego wrażenia, w tym roku – tak. Dlaczego?


Przecież nie z powodu Marina Bay Sands Resort, najnowszej ikony Singapuru, oddanego do użytku 23 czerwca 2010 roku o 3:18 (!!!), kompleksu zawierającego wszystko, co możliwe: kasyno, teatry, centra konferencyjne, spa, „prady”, „chanele”, „armanie”, nad którymi górują trzy pięćdziesięciopiętrowe hotele połączone parkiem i basenem na „łódce”, położonej na ich dachach. Na basen wpuszczają tylko rezydentów hoteli. Zwykli śmiertelnicy mogą co prawda wjechać na dach, ale tylko po to, żeby popatrzeć sobie z góry na port i na powstający na olbrzymim terenie ogród. Za kilka miesięcy będzie można go zwiedzać. Na razie zwiedzić można tzw. artystyczną ścieżkę – wyznaczoną wokół kompleksu trasę, na której kolejne przystanki to dzieła sztuki. Jedna z dróg do kompleksu to The Helix Bridge – interesująca żelazna konstrukcja, której kształt został zainspirowany budową DNA. Inspiracji do stworzenia Muzeum Sztuki i Nauki dostarczył z kolei kwiatu lotosu – jeszcze jeden wzorowany na tej roślinie budynek na mojej trasie, ale o wiele piękniejszy niż kasyno w Makau.



Chodzenie po miejskiej dżungli urozmaicam sobie spacerem dookoła MacRitchie Reservoir, sztucznego rezerwuaru wody dla Singapuru, wybudowanego przez Anglików w XIX wieku. Prowadząca w lesie deszczowym dookoła zbiornika ścieżka (tylko 11 km) wiedzie częściowo drewnianym pomostem, po którym biegają zwolennicy joggingu, małpy biją się lub iskają, na słońcu wygrzewa się jaszczurka i szczupła czerwona żmijka. Niestety, ucieka spłoszona odgłosem stóp, zanim uwiecznię ją na zdjęciu.




To był wspaniały dzień! Ostatni dzień mojej trzymiesięcznej podróży. Trzy miesiące minęły jak jeden dzień. W mojej głowie kłębią się tysiące kolorowych obrazków i wspomnień. Ludzi, miejsc, wydarzeń…


I nawet pora deszczowa była dla mnie bardzo łaskawa, właściwie w ogóle nie dała mi się we znaki. Na Borneo, gdzie liczyłam się z codziennymi i długimi opadami, spadło na mnie zaledwie kilka kropli deszczu – jak z kropidła – nie zdążyłam nawet wyciągnąć parasolki, a już przestało padać. Na Jawie i Bali, owszem, padało, w Dżakarcie – zawsze koło 10:00 rano, w Yogyakarcie i w Denpasarze – po południu. Jednak dzięki stałym porom opadów można było odpowiednio zaplanować sobie czas. Poza tym ciepły deszcz, nawet jeżeli są to obfite strugi lejące się z nieba, jest do przeżycia.

Wracam do hotelu. Na ulicach szaleją smoki, przypominając, że niedawno, zgodnie z chińskim kalendarzem, zaczął się rok smoka. Ten w centrum handlowym jest piękny, złoto-żółto-czerwony, animowany ciałami dwóch młodych chłopców w takt przeraźliwie głośnej muzyki ich kolegów. Te wijące się w osiedlowych uliczkach w pobliżu hotelu są długie, poruszane przy pomocy kijów, na końcach których doczepione jest wielokolorowe ciało gada.

Brunei (Borneo) – Bandar Seri Begawan



W centrum miasta chluba stolicy: meczet sułtana Omara Ali Saifuddiena, nazwany tak imieniem ojca obecnie panującego sułtana, aby oddać mu cześć. Wybudowany w 1958 roku na niewielkim półwyspie, otoczony laguną, na której falach unosi się replika XVI-wiecznej łodzi królewskiej, oślepia bielą marmurów i złotymi kopułami w dzień, a światłami iluminacji w nocy.

Jeszcze większy przepych i bogactwo widać w drugim z meczetów, w sąsiedniej miejscowości (administracyjnie rzecz biorąc – w rzeczywistości to część aglomeracji stolicy), wzniesionym w 1994 roku dla uczczenia 25-lecia panowania obecnego sułtana i nazwanym jego imieniem. Cztery minarety i 25 złotych kopuł. Kolorowe, zielono-żółto-granatowe, ceramiczne zdobienia z zewnątrz, marmury i kryształy wewnątrz, a wszystko to w otoczeniu przepięknych ogrodów z licznymi fontannami.

Znacznie mniej przepychu widać w Kampong Ayer (z malajskiego Wodne Miasto). Chociaż ludzie mieszkają w domach na palach w wielu krajach, Kampong Ayer to największa na świecie osada na wodzie, której początki sięgają X wieku. Obecnie na ośmiokilometrowym brzegu rzeki Brunei znajduje się kilka wiosek, a każda z nich posiada odrębnego przywódcę – lidera.

Podejmowano wprawdzie wysiłki, żeby mieszkających tu ludzi przenieść do domów na lądzie – w końcu nie wypada, żeby mieszkańcy tak bogatego kraju mieszkali niczym w slumsach – ale wysiłki władz spełzły na niczym. Zatem w latach 2007-2009 wioski poddano generalnej renowacji. Na froncie, naprzeciwko centrum miasta, postawiono budynek z muzeum obrazującym dzieje osady i ludzi tu zamieszkujących, zainstalowano iluminację świetlną, tworząc z Wodnego Miasta atrakcję turystyczną. Nawet biuro informacji turystycznej nie znajduje się na lądzie, lecz tylko w Wodnym Mieście, właśnie w tym budynku mieszczącym muzeum.

Obecnie Kampung Ayer zamieszkuje ok. 30 tysięcy ludzi – co dziesiąty mieszkaniec BSB… i nadal się rozbudowuje. Jest tu szpital, straż pożarna, stacja benzynowa, szkoły. Lokalny meczet też mają… Podobno nawet jest ich kilka, ale ja widziałam tylko jeden. Co kawałek schodki prowadzące w dół, ku powierzchni wody – tak wyglądają postoje wodnych taksówek. Wzdłuż drewnianych kładek pełniących rolę ulic kolorowe domy, niektóre nadgryzione zębem czasu, niektóre bardzo zadbane. Anteny satelitarne i wygodne, skórzane kanapy na tarasach. Otoczone dziesiątkami donic i skrzynek z kwiatami i krzakami. Suszące się na płachtach ryby. I dzieci jeżdżące na rowerach po tych pozbawionych poręczy „ulicach”.


wtorek, 8 kwietnia 2014

Indonezja - Bali - Ubud


Po niemęczącym locie ląduję znów na Bali. Nie minęły nawet dwadzieścia cztery godziny od chwili, gdy rozdzierana wątpliwościami i niepewna najbliższych godzin stanęłam na rozstaju dróg przed hotelem w Moni. Dwie godziny później jestem u celu, w Ubud, 30 kilometrów na północ od Denpasaru, nieomalże w samym środku Bali. Poznana wczoraj Rosjanka jest gdzieś w połowie drogi między Ende a Labuanbajo. Znów spadłam na cztery łapy!


Ubud, centrum kulturalne Bali! Zaledwie dobę temu wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że mój pobyt w tym mieście może zostać drastycznie ograniczony. Tymczasem przede mną całe cztery dni, a w końcu dzisiejszy dzień dopiero (!) się zaczyna. Dobrze, że tyle – szkoda, że tylko tyle. Bo, nie nudząc się, spędzić tu można tygodnie. Bowiem to miasto szczególne, jedyne godne odwiedzenia na Bali – chociaż zwolennicy plaż Kuty i Sanur pewnie się z tym nie zgodzą. Nawet otwory kanałów w chodnikach w Ubud osłonięte są kratami!

Ubud to miasto artystów z niezliczoną liczbą galerii sztuki. Wysokiej lub niskiej, ale zawsze warto popatrzeć lub porozmawiać z ludźmi, którzy się sztuką – w baaaardzo szerokim tego słowa znaczeniu – parają.

Nazwa Ubud pochodzi od starobalijskiego wyrazu oznaczającego medycynę. I rzeczywiście przez wieki w mieście parano się ziołolecznictwem, a tutejsi kapłani cieszyli się dobrą sławą, jako medycy. W XIX wieku osiedliło się tutaj wiele arystokratycznych rodzin.

Najnowsza historia Ubud zaczęła się w latach 20. XX wieku, kiedy, zachęcani przez członków rodziny królewskiej, zaczęli przybywać tutaj artyści z Europy. Jednymi z pierwszych byli Walter Spies i Rudolf Bonnet. Z ich inicjatywy sprowadzano do Ubud artystów z całej Bali, aby uczyli swoich rodaków, Balijczyków, rodzimej sztuki, chroniąc ją od zapomnienia. Zachęcali też Balijczyków do malowania technikami europejskimi. Rozdawali mieszkańcom Ubud i okolic farby, aby ci malowali sceny z codziennego życia właśnie tak, jak robili to oni.

Europejscy artyści inspirowali się sztuką balijską, artyści miejscowi chętnie czerpali wzory ze sztuki uprawianej przez przybywających gości. Dzisiaj w licznych galeriach można oglądać efekty tych wzajemnych inspiracji.

Boom turystyczny rozpoczął się na Bali w latach 60. XX wieku. Sztuka niekiedy obniżała swe loty, stając się turystyczną tandetą, co nie zmienia faktu, że Ubud pozostaje centrum artystycznych poszukiwań.



Kambodża - Angkor

Czas leci. Wreszcie, w dwunastym dniu podróży, docieram tam, gdzie wszystko się zaczęło, parafrazując słowa klasyka i odnosząc to do miejsca, które stanęło u zarania mojej obecnej podróżniczej przygody. Przybywam do miasta Siem Reap, miejsca wypadowego do zwiedzania Angkoru.

Angkor to osobny rozdział, Angor zasługuje na słów wiele. Chociaż… może raczej na milczenie i pochylenie głowy nad umiejętnościami i zręcznością dawnych mistrzów, architektów, budowniczych, rzeźbiarzy, oraz nad potęgą władców, którzy zadecydowali o stworzeniu i rozbudowywaniu Angkoru, a i nad naturą, która zakpiła sobie ze wszystkich i dokładnie ukryła – na całe stulecia – efekt wysiłków tychże władców, architektów, budowlańców, artystów…

Angkor to hasło. Nazwa stosowana do istniejącego w okresie od 802 roku do 1432 roku państwa Khmerów, Imperium Angkoru. Świątynie, pałace, miasta, zbiorniki wodne rozrzucone są na terenie blisko tysiąca kilometrów kwadratowych na wschód od Siem Reap. Szacuje się, że Angkor był zamieszkany przez około milion mieszkańców, co zapewnia mu pozycję największego miasta świata z okresu przed rewolucją przemysłową.

Angkor Wat to najważniejsza i największa ze świątyń. Powracam do niej kilkakrotnie. Robi wrażenie. Ale zarówno Angkor Wat, jak i Bajon, najwyżej cenione i niejednokrotnie jedyne odwiedzane przez jednodniowych turystów, są inne, niż się spodziewałam, ogołocone z porastających je niegdyś drzew – to efekt pracy archeologów i konserwatorów zabytków.

Żeby oglądnąć walkę tego, co stworzył człowiek, z tym, czego dokonała natura, trzeba pojechać chociażby do Ta Prohm, chociaż tutaj zwiedzający ustawiają się w kolejce, by zrobić sobie zdjęcie na tle muru w uścisku korzeni figowca. Mając jednak sporo czasu (a dałam sobie sześć dni na pobyt w Siem Reap), mogłam poobcować trochę sam na sam z takimi obrazkami w Ta Nei, Prasat Prei czy Benteay Prei. Tylko ja, resztki budowli i kroczące po kamieniach figowce. Kroczące i wciskające się w szczeliny murów. Obejmujące mocnymi, śmiertelnymi uściskami resztki kamiennych budowli. I jaszczurki uciekające spod stóp. A zdarzyło się i coś długiego, cienkiego… Żmija? Ona przeżyła. Miałam szczęście, że stanęłam tuż obok i zdążyła ocalić życie. Swoje, a przy okazji może i moje.

Japonia



Podróż dostarczyła mi wielu niezwykłych wrażeń. Nie znając języka japońskiego, miałam poważne obawy, jak sobie dam radę. I może dobrze, że planując podróż, nie zdawałam sobie sprawy, że znajomość języka angielskiego nie jest tak powszechna, jak się powszechnie uważa. Oczywiście w hotelach, informacjach turystycznych z porozumieniem się w języku angielskim problemu nie było. Ale już na przykład w kasach kolejowych niekoniecznie, tym bardziej na ulicach. Język gestów i napisana po japońsku nazwa są jednak w takich przypadkach wystarczające.

Muszę też podać w wątpliwość pojawiający się w różnych opisach inny stereotyp, ten mianowicie o braku otwartości Japończyków na to, co obce i nieznane. Bardzo często przypomina mi się scena z parku cesarskiego w Kioto. Ławkę, na której przysiadłam na chwilę, studiując plan miasta, mijał… nawet nie mogę powiedzieć starszy pan. Staruszek… Miał chyba z dziewięćdziesiąt lat. Miałam wrażenie, że chce coś powiedzieć. Ośmieliłam go uśmiechem. Z trudem zrozumiałam, bardziej domyśliłam się angielskiego pytania:
– Where are you from?
– Poland, Krakow, Cracovia – powtórzyłam kilkakrotnie, najwyraźniej jak mogłam.

Pan odwzajemnił uśmiech, skinął głową, co zrozumiałam, że wie, gdzie ta Polska leży, i poszedł swoją drogą.

I natychmiast zaczęłam się zastanawiać. Uważam się za osobę otwartą, ale nie wiem, czy odważyłabym się zapytać kogoś o egzotycznej urodzie siedzącego na krakowskich Plantach: skąd jesteś? Ot tak, bez żadnego kontekstu, bez wcześniejszego zawarcia znajomości, bez innego niż tylko pytanie o pochodzenie powodu do zawarcia tej znajomości.

Oczywiście pytanie to słyszałam wielokrotnie. Parę przykładów pomocy, jakiej doświadczyłam od mieszkańców Japonii, przytoczyłam wyżej. Czasami samą chęcią udzielenia mi pomocy byłam wręcz zakłopotana. Tak było w autobusie z Nagasaki do Unzen. Tuż obok siedziała Japonka w towarzystwie Europejczyka. Widząc, że jadę sama, w poczuciu odpowiedzialności zadała mi serię pytań, czy i jak może mi pomóc, co nie bardzo podobało się panu Europejczykowi – chyba nie bardzo chciał się jej towarzystwem dzielić z kimś innym. Podziękowałam, tym bardziej że w tamtym momencie rzeczywiście żadna pomoc nie była mi potrzebna.

Co mnie najbardziej zaskoczyło? Niechęć do kart płatniczych i tym samym konieczność uiszczania większości płatności gotówką, ale o tym już napisałam wcześniej.

Samolot do Londynu odlatuje tuż przed południem. Planując podróż, sądziłam, że skoro lotnisko Narita jest tak odległe od Tokio, lepiej będzie ostatnią noc spędzić w jakimś hotelu w pobliżu lotniska. Ale okazało się to niepotrzebne. Doskonałe kolejowe połączenie lotniska ze stolicą gwarantuje bezproblemowy dojazd na jeszcze wcześniejszy samolot niż mój.

Nie wiem, w jakim stopniu uporządkowałam moją wiedzę na temat kraju, który z żalem opuszczam.

Z żalem, bo trzy tygodnie to bardzo krótki czas.

Z żalem, bo Mariola-san w ustach Japończyków brzmiało tak ładnie…

Japonia





Ośnieżony szczyt góry Fudżi, drewniane torii, bonsai, origami.Gejsze, samuraje i Richard Chamberlain w roli Szoguna. I jeszcze Madame Butterfly. Hiroszima i Nagasaki. Malowane tuszem żurawie, tygrysy i smoki. I kwiaty też. Teatr Kabuki. Kolekcja Feliksa Manggha Jasieńskiego w krakowskim muzeum. Partnerstwo Krakowa z Kioto… 

Japonia. Hokkaido, Honsiu, Sikoku i Kiusiu – cztery główne wyspy archipelagu obejmującego 6852 wyspy. Tylko która jest która? Już tyle razy usiłowałam to zapamiętać…

            Czy podróż do Kraju Wschodzącego Słońca pomoże mi uporządkować informacyjny chaos, jaki mam na temat tego kraju?



Australia - Londyn - Kraków

I kiedy tak sobie jadę autobusem z Londynu, a dom coraz bliżej, znów mam czas na przemyślenia.

Kiedy, i czy w ogóle, będzie możliwe dokończenie mojego spotkanie z Australią? Co jeszcze, oprócz Cairns i Townsville, powinnam była zobaczyć? Na pewno Park Narodowy Kakadu, a jeżeli tak, to i Darwin. Pytania się mnożą, odpowiedzi na nie teraz nie znajdę.  

Kiedy przed wyjazdem znajomi dowiadywali się, że jadę sama, nawet jeżeli tego nie mówili, widziałam w ich oczach dezaprobatę. Byłam co prawda skłonna zorganizować ten wyjazd z kimś, przeprowadziłam nawet kilka rozmów, ale albo termin nie ten, albo jakieś zobowiązania.

Przywołuję w myślach te chwile w trakcie podróży, gdy nie wszystko szło zgodnie z planem. A to uciekający autobus, a to konieczność przejścia dodatkowych paru kilometrów, a to standard hotelu znacznie odbiegający od tego, co wynikało z Internetu… W takich przypadkach wrodzone poczucie odpowiedzialności istotnie zatrułoby mi życie, no bo przecież naraziłam kogoś czy to na dodatkowy wysiłek, na niewygody, czy wreszcie na kolejny wydatek.

A ileż to razy sama się biłam z własnymi myślami, gdy trzeba było dokonać wyboru… A przecież jadąc z kimś, musiałabym uwzględnić również czyjeś zdanie.

Nie, luksus całkowitej niezależności decyzyjnej jest nie do przecenienia.   

Teraz, będąc bogatsza o ponad trzy miesiące doświadczeń, dokładnie sto pięć dni doświadczeń, wiem, że jeżeli uda mi się jeszcze gdzieś wyjechać, pojadę jednak sama.

Nowa Zelandia

Trzynasty dzień kwietnia tracę, przekraczając samolotem granicę stref czasowych. Ląduję w Auckland, zmieniam terminal na krajowy i lecę do Christchurch.

W Auckland padało, teraz zbliża się południe, a ja zbliżam się do Christchurch w promieniach słońca pięknie oświetlających Alpy Południowe. Żadnej chmurki, góry widać znakomicie, nawet zapomniałam, że boję się latać samolotami.

Gdzieś tam na dole, ponad tysiąc lat temu, do brzegu nieznanego lądu przybiły waka (łodzie) z Hawaiki, mitycznej krainy, skąd wywodzą się ludy polinezyjskie, które zaludniły wyspy obecnej Nowej Zelandii. Dowódca łodzi, która pierwsza przybiła do brzegu, Kupe, uważany przez maoryskie legendy za odkrywcę odległego od Hawaiki lądu, nazwał te ziemie Aotearoa, czyli „Kraina Długiej, Białej Chmury”. Polinezyjczycy najpierw osiedlili się na Wyspie Południowej, dopiero później zasiedlili bardziej gościnną i cieplejszą Wyspę Północną.

Ekwador - Galapagos



Galapagos! O ile Australia i Nowa Zelandia od dawna zajmowały miejsce w moich podróżniczych planach, o tyle wyspy Galapagos były czymś nierealnym, czymś, co gdzieś tam jest, ale… jak tam dojechać?! 

Nie da się opisać wszystkich „ochów” i „achów” wydawanych przez nas na widok licznych legwanów, żółwi, uchatek, albatrosów, flamingów, czapli, fregat, głuptaków błękitnonogich, pelikanów brunatnych, mew o jaskółczych ogonach, zięb Darwina i innych nienazwanych przedstawicieli galapagoskiej fauny, niezwracających najmniejszej uwagi na plączących się między nimi osobnikami na dwóch nogach. A wszystko to w księżycowej scenerii powstałej z zastygłej lawy, słabo lub w ogóle nieporośniętej roślinnością.

Patrząc w ostatni wieczór na czerwone niebo w promieniach zachodzącego słońca, wracam myślami do czasu sprzed paru tygodni. Kiedy zaczęłam szukać rejsu, starałam się dowiedzieć, gdzie, na której z wysp, jakie zwierzęta można zobaczyć. Kiedy właściwie i na jakiej wyspie powinno się być… Innymi słowy, „doktoryzowałam się” z wysp Galapagos. Teraz widzę, że właściwie nie ma to znaczenia. Liczy się ogólne wrażenie. A to jest nie do zapomnienia…

RTW - Round the World - Dookoła Świata


W czasach, kiedy szczytem marzeń podróżniczych przeciętnego Polaka były wczasy w Bułgarii czy Jugosławii, w czasach, kiedy o Internecie nikomu się nie śniło, mnie zaczęła się marzyć podróż na antypody. Nęciły ziemie Aborygenów i Maorysów.

Mijały lata, poznawałam kolejne kraje Europy, biura podróży woziły już swoich klientów na drugą półkulę, tylko mnie jakoś nie po drodze było do Australii i Nowej Zelandii.

Z czasem wyrosłam z podróży zorganizowanych. Opieka pilotów zaczęła mi doskwierać, zaczęłam jeździć na własną rękę. Oglądałam to, co chciałam, spędzałam czas tak, jak chciałam, a nie tak, jak chciał pan pilot, w dodatku niekoniecznie zgodnie z tym, za co zapłaciłam. Już wiedziałam, że te wymarzone kraje będę zwiedzała na własną rękę.

Tylko… jechać na drugi koniec świata na dwa, trzy tygodnie, bo taki mogę zaplanować urlop…