sobota, 14 listopada 2015

Solne miasto – Zipaquirá (Kolumbia)


Równie pożądaną jak złoto kopaliną, chociaż z innych pobudek, jest sól. W Kolumbii, na północ od Bogoty, sól wydobywano już w V wieku przed naszą erą. Solnym miastem zwana jest Zipaquirá. W języku pierwotnych mieszkańców tych ziem Zipa to król/władca. Zipaquirá to „ziemia króla”.















„Ziemia króla” podoba mi się. Rozległy rynek. Niskie budynki sprzed wieków pokryte są półokrągłą czerwoną dachówką typu „mnich-mniszka”. Zgrabne balkony dodają domom uroku, chronią przed słońcem. Ale i tak większość – o ile nie wszyscy przyjeżdżający do miasta – przybywa tutaj z powodu solnej katedry.
Wielka góra soli, na stoku której rozłożyło się miasto, jest eksploatowana od wieków. Jedną z wydrążonych komór przekształcono w latach pięćdziesiątych w kaplicę. Z powodów bezpieczeństwa zamknięto ją na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku i prawie natychmiast rozpoczęto budowę nowej, sześćdziesiąt metrów poniżej tej starej. Solną katedrę, taką bowiem nazwę nosi, oddano do użytku w 1995 roku. Służy wiernym jako świątynia, ale jest również, a może przede wszystkim, obiektem turystycznym. W roku 2007 została uznana za „Pierwszy Cud Kolumbii”. My powiedzielibyśmy raczej „numer jeden” – wśród największych atrakcji, jakie ma do zaoferowania jakiś kraj. 



Przy okienku kasowym tablica informująca o różnych atrakcjach i zróżnicowaniu cen biletów w zależności od tego, z czego chce się skorzystać. Wśród przybywających krążą panie udzielające informacji i pomagające podjęć decyzję, co zwiedzać. No i po paru pytaniach już wiadomo, że i tak nie bardzo jest w czym wybierać, bo muzeum nieczynne, park tematyczny też, a Muro de Escalada to nic innego jak ścianka wspinaczkowa, najwyższa w Kolumbii. Co do ścianki, to… może skorzystam następnym razem. Może gdyby była jeszcze wyższa…

Decyduję się na trasę „górniczą”, lustro wodne oraz światło i dźwięk. I oczywiście zwiedzanie samej katedry. To ostatnie jest możliwe tylko z przewodnikiem. Zatem kolejna okazja do ćwiczenia hiszpańskiego, bo trasa z przewodnikiem anglojęzycznym będzie dopiero za dwie godziny. Nie będę czekała. 





 

Wzdłuż chodnika prowadzącego do katedry stacje Drogi Krzyżowej. Każda z nich to wyciosany w soli krzyż ustawiony w niewielkich wyrobiskach różniących się kształtem i symboliczną aranżacją solnego wnętrza.






Sama katedra rzeczywiście imponująca. Pan przewodnik kilkakrotnie podkreśla, że to największa tego typu świątynia w świecie. Myślę o „naszej”, wielickiej kopalni i kaplicy św. Kingi. Dawno tam nie byłam, więc trudno mi porównać, może jest większa, może nie[1], ale jakże od niej inna.

Trzy nawy katedry noszą nazwy: Nawa Życia, Nawa Narodzenia i Chrztu, Nawa Śmierci i Zmartwychwstania. Proste, bez zbędnych ozdób. Nawa Życia to nawa środkowa. Od naw bocznych oddzielają ją cztery olbrzymie filary nazwane imionami Ewangelistów. W ołtarzu La Cruz Mayor – Wielki Krzyż. Wyrzeźbiony w soli krucyfiks ma szesnaście metrów wysokości, rozpiętość ramion – dziesięć metrów, grubość – osiemdziesiąt centymetrów. Za sprawą oświetlenia zmienia co chwilę kolor. W centralnej części, w podłodze, wyrzeźbiona w marmurze, nie w soli, scena stworzenia Adama według fresku z Kaplicy Sykstyńskiej. Z chóru dogląda świątyni Archanioł Gabriel wyrzeźbiony w soli (ta rzeźba widoczna jest na pierwszym zdjęciu tego postu).



Na mnie szczególne wrażenie robi Nawa Narodzenia i Chrztu. Jakże doskonale pasuje tutaj kaskada skrystalizowanej soli oświetlana kolejno wszystkimi odcieniami błękitu – symboliczne podobieństwo do wody rzeki Jordan. W bocznej ścianie szopka betlejemska – narodzinom Chrystusa towarzyszą wszystkie możliwe kolory, nie tylko niebieskie.


W Nawie Śmierci i Zmartwychwstania gry kolorów – nie bez powodu – zabrakło. Rzeźba Pieta to odniesienie do śmierci, kaplica Najświętszego Sakramentu, raczej tabernakulum, to symbol zmartwychwstania. 

Na ścianie bocznej kaplicy obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. W gablotach na jednym z korytarzy niewielka rzeźba z wielickiej soli.

Ale zanim podeszliśmy do nich, pan przewodnik zadaje pytanie:
Czy ktoś wie, gdzie jeszcze na świecie jest podobna katedra?
– Polska, Kraków, Wieliczka – odpowiadam machinalnie, nie zdając sobie sprawy, jak wielką radość sprawiam panu tą odpowiedzią.
– Od początku, od kiedy pracuję jako przewodnik, każdej grupie zadaję to pytanie. I nigdy dotąd nie otrzymałem odpowiedzi! – Pan jest „wniebowzięty”!

Oczywiście zostaję odpytana, skąd to wiem. Myślę, że obowiązkową kwestią w trakcie prowadzenia następnych grup będzie, że kiedyś oprowadzał osobę, która mieszka w odległości dziesięciu kilometrów od kopalni soli w Wieliczce. Kiedy dwie godziny później wychodzę z kopalni i mijam pana prowadzącego kolejną grupą, macha do mnie ręką jak do starego znajomego.


Trasa górnicza to takie małe przedstawienie mające pobudzić wyobraźnię. Wędrówka w całkowitych ciemnościach, spacer chronionym stemplami chodnikiem o wysokości niższej niż ktokolwiek z uczestników, pokaz wybuchu rozbijającego solne zasoby, własnoręczna próba użycia kilofa, wreszcie zapłata „w naturze”, czyli grudkami soli. Proszę o jak najmniejszą (w trosce o nadbagaż), a i tak mam wątpliwości, co na to służby celne.

Lustro wodne rzeczywiście nieprawdopodobne. Podchodząc do balustrady, jestem przekonana, że zabezpiecza dziurę w ziemi. A to jest podziemne jezioro. Rewelacja! Za to „światło w dźwięk” tak „ni przyszył, ni przyłatał” – nie ta bajka! Ktoś chciał zaimponować najnowszymi zdobyczami techniki, ale zrobił to bez żadnego nawiązania do miejsca.
Na zakończenie jeszcze piętnastominutowy filmik w 3D, krótki rekonesans po handlowych straganach i czas wychodzić na powierzchnię. Do Bogoty mam tylko czterdzieści osiem kilometrów. Tym razem powinnam zdążyć „przed nocą”.


[1] Chyba rzeczywiście jest większa: 75 metrów długości (szerokość „na oko” podobna, ale nie znalazłam danych), 18 metrów wysokości, może jednorazowo pomieścić 8400 osób; kaplica św. Kingi ma 54 metry długości, 18 metrów szerokości, 12 metrów wysokości. 




 

piątek, 6 listopada 2015

Park Narodowy Manuel Antonio - Kostaryka


Po krótkich co prawda, ale jednak, „bliskich spotkaniach” z kamiennymi kulami (http://emerytkawpodrozy.blogspot.com/2014/06/kamienne-kule-kostaryki.html) mogę jechać dalej i zdobywać dalsze rejony Kostaryki. Przede mną Park Narodowy Manuel Antonio, uznany w 2011 roku przez magazyn „Forbes” za jeden z dwunastu najpiękniejszych parków narodowych świata. A właściwie to jadę do Quepos, niewielkiego miasta stanowiącego punkt wypadowy do parku. 

Autobus, który jeszcze wczoraj, kiedy zasięgałam informacji, był directo (bezpośredni), okazuje się jechać do San José, mijając Quepos w odległości około trzech kilometrów. Na dodatek ten pan kierowca chyba nie lubi obcokrajowców. Co prawda poczucie obowiązku każe mu jednak zatrzymać autobus na przystanku najbliższym miastu i podejść do mnie, mówiąc, że powinnam wysiąść, ale równocześnie nie może się powstrzymać od złośliwego komentarza w wyrazem gringa w roli głównej. No cóż, „różnych Bozia ma lokatorów”.
I tylko śmiać mi się chcę z sytuacji, jaka wydarza się tuż po opuszczeniu przeze mnie autobusu. Wyciągając z luków mój bagaż, pan kierowca zapewnia mnie, że muszę wziąć taksówkę, bo autobusy podmiejskie tutaj nie jeżdżą (a skąd tutaj w szczerym polu mam wziąć taksówkę!). Słyszy to czekający na przystanku mężczyzna i próbuje go wyprowadzić z błędu, kilkakrotnie powtarzając, że wprost przeciwnie, co chwilę jeżdżą autobusy do miasta i że za chwilę też będzie jechał. Widząc, że pan kierowca nie bardzo chce go słuchać, z tym samym zapewnieniem zwraca się do mnie, oferując dodatkowo pomoc przy wniesieniu bagażu do podjeżdżającego właśnie autobusu. 

Pan wraca z nocnej zmiany do domu w Quepos, a polecony przez niego hotelik niedaleko dworca okazuje się zupełnie przyzwoitym lokum na tę jedną noc, którą mam tutaj spędzić.
 














A sam Park Manuel Antonio? Godny swojej reputacji. Godny zatrzymania się w drodze do stolicy. I godny polecenia.


Tropikalna dżungla sięga cudownie złotych plaż nad ciepłymi wodami zatoki Oceanu Spokojnego. Czy w wielu miejscach na świecie można się kąpać w cieniu palm lasu pierwotnego? Lasu, w którym po drzewach hasają kapucynki, spoglądające na nas z taką samą ciekawością, z jaką my obserwujemy ich akrobatyczne wyczyny. No i leniwce! Są tak blisko, że dokładnie widać, iż to te trójpalczaste – w odróżnieniu od dwupalczastych. Co prawda większość z nich widać tylko od strony pleców, ale ten, który akurat chce się dostać do części lasu po drugiej stronie drogi, pokonuje tę odległość po rozciągniętym nad nią kablu i tym samym daje się oglądać w całej okazałości. Zwinność, z jaką to robi, wcale nie wskazuje, żeby był „leniwy”. 


I jeszcze kraby! Trochę się wystraszyłam szmerem dobiegającym z podszycia lasu. Żmije czy jakaś inna niebezpieczna „gadzina”? Ale aż tyle, że aż taki szum? Wpatruję się chwilę w runo leśne i… odkrywam nieprawdopodobną wprost liczbę krabów. Tak niezwykle czułych na wszelki ruch, że nie jest możliwe zrobienie dobrego zdjęcia. Kiedy zastygam w bezruchu, szelest się wzmaga i całymi dziesiątkami, może raczej setkami, wylegają na ścieżkę. Najmniejsze poruszenie, nieomalże powieką, powoduje szaloną ucieczkę w gęstwinę trawy i liści leżących między drzewami. Stąd ten szum.



Park jest doskonale przygotowany na odwiedziny przybyszów. Wytyczone ścieżki pozwalają dotrzeć do wszystkich zakamarków parku, do wszystkich punktów widokowych, z których można z dystansu oglądać morze, zaciszne plaże, wystające z niego skały – pozostałość niegdysiejszych wulkanicznych wybuchów. Jeden dzień wystarczy, żeby przejść wszystkie szlaki. Mapka otrzymana wraz z zakupem biletu daje gwarancję, że się nie zgubimy.

Jestem jedną z ostatnich osób opuszczających park. Kiedy idę do autobusu, tym razem kablami ponad jezdnią przemykają kapucynki. Całymi rodzinami!