czwartek, 26 stycznia 2017

26 stycznia – Dzień Duarte. Dominikana


Dzisiaj, 26 stycznia, mieszkańcy Dominikany świętują Dzień Duarte. Kilka lat temu byłam w Santo Domingo właśnie w styczniu, obchodzono wtedy dwusetną rocznicę urodzin Juana Pablo Duarte, poety, filozofa, pisarza, aktora, żołnierza, generała. I bohatera narodowego Dominikany.  

  

Zachodni kraniec kolonialnego Santo Domingo wyznacza pochodząca z XVII wieku brama miejska, Puerta del Conde. Była sceną i świadkiem ogłoszenia w 1844 roku niepodległości Dominikany od Haiti. Tutaj po raz pierwszy zawieszono flagę niepodległego państwa.

Rozpościerające się za bramą pola zmieniono w Parque Independencia (Park Niepodległości) z pomnikami i symbolami odnoszącymi się do walki o wolność. W samym centrum wzniesiony z białego marmuru El Altar de la Patria (Ołtarz Ojczyzny), w którym znaleźli wieczny spoczynek Ojcowie Ojczyzny: Juan Pablo Duarte, Francisco del Rosario Sánchez i Ramón Matías Mella. W jego wnętrzu trzy wielkie posągi, pomniki bohaterów, również z białego marmuru, wznoszą się nad płytą kryjąca ich prochy. Kiedy docieram do parku, właśnie kończy się jakaś uroczystość. Nie mam czasu na wnikanie, z jakiego powodu została zorganizowana, bo prawdę powiedziawszy, głównym moim celem jest w tej chwili dotarcie do informacji turystycznej.


Wszystko staje się jasne, gdy dzień później, 26 stycznia wychodzę z hotelu i wita mnie pochód uczniów ubranych w niebieskie koszule i bluzki oraz beżowe spodnie lub spódniczki, z flagami i portretami Juana Duarte. Bo to właśnie dzisiaj mija dwusetna rocznica urodzin Duarte – poety, pisarza, filozofa, aktora, żołnierza, generała i bohatera narodowego. Jednego z Ojców Ojczyzny. Obchody zaczęto już wczoraj złożeniem kwiatów w mauzoleum na Placu Niepodległości – to właśnie była uroczystość, na której zakończenie trafiłam.



Kiedy jeszcze kilkakrotnie mam okazję przechodzić koło parku, widzę, z jakim zainteresowaniem ludzie czytają ustawione wokół parku tablice ze szczegółowym życiorysem Duarte, ilustrowanym obrazami przedstawiającymi szczególnie ważne chwile jego życia. Żurnaliści przeprowadzają wywiady. Filmują ludzi studiujących życiorys bohatera narodowego.  


Tymczasem idę z młodzieżą. Nie wiem dokąd, ale pewnie gdzieś dojdę i zobaczę, jak Dominikańczycy świętują ważne dla nich rocznice. Dochodzę do katedry. Tutaj ustawione w szpalery wojsko oczekuje na oficjalne delegacje rządowe. O godzinie 10.00 ma się odbyć uroczysta msza. Wpuszczani są tylko zaproszeni goście. 

 
A ja to co, nie gość jestem?! Podchodzę do bramy placu przed katedrą i pytam pani „ochroniarki”, czy mogę wejść. Pani chyba nie spodziewała się tego, że ktoś obcy zechce wziąć udział w uroczystościach, wygląda na zaskoczoną, moment się waha, ale w końcu prosi o pokazanie zawartości plecaka (ta procedura nie tylko mnie dotyczy) i pozwala wejść. Kolejna pani, już przy drzwiach katedry, zdecydowanie nie chce mnie wpuścić, ale tłumaczę, że pierwsza pani nie miała zastrzeżeń, że chcę uczestniczyć w ich święcie itd. I zostaję wpuszczona.


(...) Uroczystości w katedrze to nie ostatni punkt obchodów rocznicy urodzin Pablo Duarte. Późnym popołudniem na ulicy Dam jestem świadkiem uroczystej kawalkady. Najpierw orkiestra, później jadący na koniach wojskowi z flagami. Kolejni jeźdźcy są zapewne reprezentantami jakiejś społeczności, jak wynika z jednakowych strojów, w jakie są ubrani. Na końcu wszyscy „niezorganizowani” w strojach dowolnych, ale za to co drugi z komórką przy uchu. Towarzyszą im cykliści i pieszy. I wszyscy muszą, obowiązkowo, przed Panteonem zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie na koniu. Koniom ślizgającym się na miejskim bruku chyba nie bardzo się to podoba…
















Pełna wrażeń wracam do hotelu, ale… Chyba nie tak prędko. Droga do hotelu przebiega obok ruin klasztoru franciszkanów. Zabytkowe mury i brama stanowią tego wieczoru scenografię widowiska, pobliska ulica – widownię. O, to znaczy, że ruiny służą nie tylko do fotografowania. Impreza – też z okazji obchodzonego święta – właśnie się zaczyna, prawie wszystkie miejsca są już zajęte. Jedna z pań „trzyma” aż cztery miejsca. Przysiadam na jednym z krzeseł, mówiąc, że jak przyjdą jej znajomi, zwolnię je. Pani chyba nie bardzo się to podoba, co widzi „sąsiad” za moim siedzeniem. Zaprasza mnie na miejsce zarezerwowane przez niego. Mówi, że zawsze rezerwuje jedno miejsce „na wszelki wypadek”.



Fernando jest doskonale „przygotowany” do imprezy (zresztą, jak widzę dookoła, nie tylko on). W małej, przenośnej lodówce lód, w reklamówce wino i woda. Nie nalega, gdy dziękuję i nie chcę poczęstować się drinkiem, ale równocześnie deklaruje, że jego towarzystwo jest bezpieczne, bo on jest militar. Nie jestem pewna, czy zawód, może raczej funkcja wojskowego gwarantuje bezpieczeństwo, ale skoro tak twierdzi… I jak podglądam, jego drinki składają się głównie z wody i lodu, a przyniesiona butelka wina chyba na długo mu wystarczy.

Zaczynają się występy. Kolejne zespoły prezentują swoje programy. Fernando komentuje je, wyjaśnia, który utwór to salsa, który merengue. Merengue, znane i popularne na całych Karaibach, ma swoje korzenie właśnie tutaj, na Dominikanie, a ja w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałam, że moje spotkanie z tą muzyką, a ściślej mówiąc, z muzyką i tańcem – narodową muzyką i tańcem Dominikany – odbędzie się w tak fantastycznych okolicznościach.

Obserwuję uczestników imprezy. Wszyscy, ale to dosłownie wszyscy, ruszają w tany. Niekoniecznie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Niektóre pary rzeczywiście tańczą na każdym skrawku wolnej przestrzeni. Między rzędami krzeseł, na chodniku, na murawie wokół estrady. Inni stojąc przy swoich krzesłach. Nawet ci, którzy nie wstali, też tańczą – siedząc, podrygują w takt żywej i radosnej muzyki.

W pewnym momencie, po zapowiedzi konferansjera wszyscy cichną, powstają z miejsc i zwracają się w stronę pobliskiego budynku, na którym powiewa flaga. Następuje część oficjalna uroczystości – oddanie hołdu fladze Republiki Dominikany. W utworze będącym rodzajem dialogu uczestniczą wszyscy. Przypomina to trochę nasze „Kto ty jesteś? Polak mały”, tylko jest dużo, duże dłuższe, a stojący obok mnie ludzie znają na pamięć wszystkie odpowiedzi, do ostatniego wersu. 

I tylko trochę dziwnie się czuję, kiedy dzień później w parku Centro de los Heroes (Centrum Bohaterów) na pomniku „Kula ziemska” widzę graffiti: ni patría, ni bandera (ani ojczyzna, ani flaga). A skoro o graffiti mowa… Przez noc na ścianach domów przybyło kilka nowych portretów Pablo Duarte – nawiasem mówiąc, bardzo starannie wykonanych – a że tuż obok istniejącego wcześniej graffiti ostrzegającego przed narkotykami, to jakie to ma znaczenie. 


Jeden z murali - cytat Duarte
Kościół pw. św. Barbary, w którym Juan Pablo Duarte został ochrzczony
Chrzcielnica w kościele św. Barbary
Muzeum w domu, w którym urodził się Duarte


Komórka - wyposażenie obowiązkowe jeźdźca...

Ruiny klasztoru franciszkanów –
na tych schodach zainstalowano trybunę,
na której odbywała się wieczorna impreza „ku czci”

















Murale z motywem flagi narodowej (Salcedo)

Dach ozdobiony motywem flagi (Puerto Plata)

piątek, 20 stycznia 2017

Stopover w Santiago de Chile


Do Santiago de Chile przylatuję o drugiej w nocy. Czeka na mnie umówiony wcześniej przez Internet kierowca, jak się okazuje, właściciel hotelu. Pan jest bardzo towarzyski, dużo mówi, chociaż jego angielski jest jeszcze gorszy niż mój hiszpański. Udaje mi się zrozumieć, że prowadzi hotel razem z synem. Chcąc podtrzymać rozmowę, chociaż oczy same się zamykają, pytam:
– Ile lat ma syn?
– Trzy piętra, a na parterze mieszkamy.
No to sobie porozmawialiśmy…

 
Ta noc jest baaardzo krótka. Jeżeli chcę zjeść śniadanie, a chcę, muszę się na nim stawić do godziny dziewiątej. 

Zjadłam, spakowałam rzeczy, które w hotelu zaczekają na mnie do wieczora. No i niespodzianka! Kiedy chcę wymienić kartę w aparacie fotograficznym, okazuje się, że tej zapasowej, która była w bocznej kieszeni torby, nie ma. Mogła zostać ukradziona tylko przez obsługę lotniska lub hotelu w Quito. Ale prawdy już się nigdy nie dowiem, a zresztą do czego mi ta wiedza teraz potrzebna! Ważne jest, że nie wymieniłam karty wczoraj – pozbyłabym się wszystkich dotychczas zrobionych zdjęć, w tym tych z Galapagos! Chociaż może tę zapełnioną schowałabym do środka torby, a nie zostawiła tak, żeby był do niej łatwy dostęp. No, to dzisiaj czeka mnie jeszcze kupno karty.

Stolica Chile nie jest mi zupełnie nieznana. Dwa lata temu spędziłam tutaj dwa dni z ostatnią zorganizowaną wycieczką, w jakiej brałam udział. Nie znaczy to jednak, że nie ma tu już nic więcej do zobaczenia ponad to, co widziałam.
 
Cerro Santa Lucía to kolebka Santiago i chyba najbardziej znane i rozpoznawalne miejsce w stolicy. Tutaj, na wzgórzu zwanym przez rdzennych mieszkańców Huelén, 12 lutego 1541 roku konkwistador hiszpański Pedro de Valdivia rozłożył obóz i postanowił założyć nowe miasto. Ponieważ był to dzień poświęcony św. Łucji, wzgórze zostało mianowane jej imieniem. Wieńczy je wybudowany w 1820 roku Fort Hidalgo. Pod koniec XIX wieku wzgórze otrzymało barokową oprawę. Wytyczono ścieżki, założono ogrody, fontanny, wiele z nich przyozdobiono, na hiszpańską modłę, płytkami azulejos.  

 
Odwiedzam i Plaza de Armas, i Palacio de Moneda, i nawet nie odpuszczam sobie uznawanego za najlepsze i najbardziej interesujące w Santiago Muzeum Sztuki Przedkolumbijskiej. Rzeczywiście, zbiory imponujące, a pani kasjerka daje mi grzecznościowo bezpłatny bilet na legitymację przewodnika turystycznego. 



Zgodnie z tym, jak się umówiłam z właścicielem hotelu i kierowcą w jednej osobie, o 18:00 stawiam się w hotelu i niecałą godzinę później jestem na lotnisku.


Palacio de La Moneda – siedziba prezydenta Chile (1784–1805)
















Catedral Metropolitana de Santiago (1748–1800)


Mercado Central de Santiago (1872)

Pomnik poświęcony bohaterom poległym

w czasie bitwy morskiej pod Iquique (1879),

jednej z bitew
w tzw. wojnie saletrzanej między Peru a Chile

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Antigua Guatemala – Gwatemala


Antigua Guatemala – Stara Gwatemala – to miasto założone w marcu 1543 roku przez hiszpańskich konkwistadorów. Otrzymało wtedy nazwę La Muy Noble y Muy Leal Ciudad de Santiago de los Caballeros de Guatemala co znaczy „Najbardziej Zaszczytne i Najwierniejsze Miasto Świętego Jakuba od Rycerzy Gwatemali”. Było stolicą kolonialnych posiadłości hiszpańskich w Ameryce Środkowej. Liczne barokowe kościoły, klasztory, pałace i kamienice z arkadami sprawiły, że Starą Gwatemalę uważano za najpiękniejsze miasto barokowe poza Europą rywalizujące z Limą i Meksykiem o miano najbogatszej stolicy Nowego Świata. Aż nadszedł rok 1773 i miasto nawiedziły dwa silne trzęsienia ziemi zrównując je z ziemią.

Nowa stolica, nosząca takie samo miano jak państwo – Gwatemala – została odbudowana już w innym miejscu, jakieś 30 kilometrów na wschód .   


Miasto leży w cieniu Wulkanu Wody (Volcán de Agua),
który jednak nie chciał pokazać się w całej okazałości

W roku 1776 władze zarządziły całkowite opuszczenie zniszczonego miasta, jednak jego mieszkańcy wykazali się niesubordynacją i pozostali w ruinach swoich domów. Odbudowali je ale ich miasto nigdy już dawnej świetności nie odzyskało.

O ile domy zostały odbudowane, lub raczej wzniesione od nowa, większość kościołów i klasztorów  nigdy nie powstało z ruin. 



Ruiny klasztoru franciszkanów
W głębi częściowo odrestaurowany kościół

















Ruiny pierwszej katedry
Zachowany detal w ruinach katedry