sobota, 29 lipca 2017

Święta Góra Song – Song Shan (Chiny)


 
 
Jakieś trzysta metrów za klasztorem Szaolin znajduje się Las Pagód, każda z 248 pagód upamiętnia mnicha, który szczególnie zasłużył się dla klasztoru. To tutaj chowano prochy zmarłych mnichów, począwszy od czasów dynastii Tang. Najstarsza pagoda pochodzi z VII wieku. Przed niektórymi stoją niewielkie ołtarzyki – miejsce składania ofiar, palenia kadzideł. A gdzie chowano mnichów przeciętnych, którzy nie mieli żadnych szczególnych zasług?


Dopiero minęło południe, a ja w zasadzie wyczerpałam program na dziś. Na Lesie Pagód kończy się opis klasztoru Szaolin w każdym z przewodników, który przeglądałam przed podróżą. Nie będę jednak wracała już teraz do Luoyangu, zrobię sobie mały hiking. Przecież klasztor Szaolin leży w paśmie górskim Song, a to jedna ze świętych chińskich gór taoizmu – to dlaczego mam nie przejść się jej ścieżkami? W programie podróży mam co prawda wspinaczkę, za kilka dni, na świętą górę Tai Shan (por. http://emerytkawpodrozy.blogspot.com/2016/10/swieta-gora-tai-tai-shan-chiny.html) dlaczego jednak mam nie zaczerpnąć dobrej energii i z tego świętego miejsca?

W informacji turystycznej klasztoru otrzymałam schematyczną mapkę terenu w języku chińskim. Tylko kilka nazw jest w języku angielskim, które zresztą nic mi nie mówią. Mapka nie jest w skali, ale wynika z niej, że sporo można jeszcze zobaczyć. O, na przykład jest zaznaczona jaskinia Dharma. To zapewne ta jaskinia, w której najsławniejszy rezydent klasztoru spędził dziewięć lat, zanim go zaakceptowano. Może uda mi się do niej dojść…

Na mapce są też zaznaczone dwie kolejki linowe. Mogłabym pojechać w górę kolejką, a wrócić pieszo. Nie mogę jednak dogadać się z obsługą, nie wiem, dokąd bym nimi dojechała, do jaskini Dharmy raczej nie… Szybka decyzja – jednak idę pieszo. Taki piękny mamy dzień… Droga nie jest zbyt trudna. Najpierw spotykam polanę z dość gęsto ustawionymi stelami. Może to cmentarz tych mnichów, którzy nie zasłużyli się wystarczająco, aby po śmierci spocząć w historycznym Lesie Pagód? 
 
Potem zaczynają się schody. Nie, nie te przysłowiowe, tylko autentyczne, kamienne schody wznoszące się zboczem góry. Nie przepadam za schodami w górach, zdecydowanie preferuję wydeptane ścieżki, nawet strome, ale wyboru nie mam. Przeszłam jakieś trzy kilometry, gdy niespodziewanie odkrywam, że jestem w miejscu, do którego dociera jedna z kolejek linowych. Ludzi tutaj więcej, wszyscy udają się w jednym kierunku.
Muszę zobaczyć, co jest tam, dokąd idą. Muszę sprawdzić, co jest za tamtym zakrętem…

Jeszcze parę chwil i… nieruchomieję z wrażenia. W połowie wysokości prostopadłej niemal ściany skalnej zawieszona jest betonowa półka. Ta półka to przygotowana ręką człowieka ścieżka prowadząca do… żebym to ja wiedziała dokąd. Rozglądam się – ta ściana to zbocze wąwozu. Głębokiego. 

 













Z drugiej strony tegoż wąwozu też wiedzie ścieżka, chociaż mniej spektakularnie wyglądająca. W cieniu drzew. W dali, w przymglonym górskim powietrzu ledwo widać dachy i pagody jakiegoś klasztoru. 

Aha, czyli tam mogłabym dojść. Gdzieś tam między ścianami wąwozu jest jeszcze, jak wynika z mojej mapki, wiszący most. Schematyczne ikonki oznaczające pagody i świątynie oraz narysowane byle jak ścieżki stają się nagle czytelniejsze. Szkoda, że dopiero teraz… 

 

Idę jeszcze jakieś 300–400 metrów – dobrze, że półkę zaopatrzono w barierkę. Napawam się atmosferą tego miejsca, chłonę widoki, pragnąc zapisać je na trwałe w mojej pamięci. Ścieżka zaczyna prowadzić w dół, zapewne zbliżam się do tego wiszącego mostu, ale dawno minęła 15:00. Nie mogę zapomnieć, że jeżeli schodzę, to muszę też wrócić do góry, a to zawsze jest trochę uciążliwsze. Nie mogę zapomnieć, że przystanek, z którego mam autobus do Luoyangu, jest odległy o co najmniej pięć kilometrów. Nie mogę wreszcie zapomnieć, że nie wiem, o której godzinie jest ostatni autobus. Jedni mówili, że o 18:00, ale inni twierdzili, że o 17:00. Muszę wracać.


Gdybym ja wiedziała, co ja mogę tutaj zobaczyć… Gdyby chociaż jeden przewodnik wspomniał, jak wygląda góra Song. Gdyby chociaż w jednej relacji z podróży ktoś napisał, co jeszcze oprócz ćwiczącej młodzieży, klasztornych zabudowań i Lasu Pagód w Szaolin zobaczył. Hm… wspomniałby zapewne, gdyby tutaj dotarł. Śmiem twierdzić, że jestem jedną z bardzo niewielu osób niemieszkających w Chinach, które postanowiły zrobić sobie mały hiking w lasach góry Song i zobaczyły to, co ja teraz oglądam.

Gdybym była dociekliwsza, przygotowując się do odwiedzenia Tai Shan, zainteresowałabym się pozostałymi świętymi górami, może zobaczyłabym jakieś zdjęcie, które skutecznie zachęciłoby mnie do odwiedzenia tego, co jest „za klasztorem Szaolin”. Wtedy zupełnie inaczej zorganizowałabym sobie ten dzień. Nie skupiałabym się na zwiedzaniu jeszcze jednej świątyni, która prawdę powiedziawszy, „gra” na legendach i na filmach z Bruce’em Lee, a niczym szczególnym się nie wyróżnia z setek innych buddyjskich klasztorów. Mogłabym wtedy, już na wstępie, już przy wejściu na teren klasztoru, dowiedzieć się, która z kolejek linowych dociera w to właśnie miejsce. Ograniczając czas wizyty w samym klasztorze, mogłabym zaoszczędzony czas przeznaczyć na dotarcie do świątyni po drugiej stronie wąwozu, a może i do miejscowości leżącej gdzieś tam, na przeciwległym zboczu Song Shan.

Mogłabym…

Mogłabym, ale i tak… przecież widziałam dużo więcej, niż widzi uczestnik przeciętnej wycieczki do klasztoru Szaolin. 









































piątek, 21 lipca 2017

Park Narodowy Yangmingshan. Tajwan



Żaden szanujący się podróżnik nie opuści Tajpej i w ogóle całego Tajwanu bez przewędrowania bodajże jednym szlakiem Parku Narodowego Yangmingshan, jednego z dziewięciu parków narodowych Tajwanu, chyba najpopularniejszego, bo i najłatwiej dostępnego. Położony jest na północnych peryferiach Tajpej.

Najpierw metro, potem autobus i jeszcze nie minęła godzina ósma, jak już jestem w samym centrum parku narodowego. Mapka, którą dostaję w informacji turystycznej, jest gęsta od szlaków i szlaczków. Który z nich mam wybrać, tak żeby nie wracać tą samą drogą? Aha, to jak pójdę w kierunku góry Qixing, to mogę zejść na jej drugą stronę. Do szczytu tylko 2,5 kilometra.


Nie tylko ja wybrałam się dzisiaj w góry, na szlaku całkiem tłoczno. Na szczycie – jeszcze bardziej. Nic dziwnego, Qixing (1120 metrów n.p.m.) to najwyższy szczyt Parku Narodowego Yangmingshan i w ogóle najwyższy nieczynny, przynajmniej na razie, wulkan Tajwanu. To zresztą doczytałam dopiero na szczycie, kiedy skonfrontowałam mapkę z przewodnikiem. O jakże się cieszę, że wędrowałam w nieświadomości – bo gdybym wiedziała, że tak wysoko i tak stromo, to może obeszłabym Górę Siedmiu Gwiazd, jak tłumaczy się chińską nazwę tego szczytu, jakimś okrężnym szlakiem. Góra Siedmiu Gwiazd, bo po ostatniej erupcji, 700 tysięcy lat temu, z wcześniejszego krateru wyłoniło się siedem małych szczytów. Teraz zarośniętych, nierozpoznawalnych przez laika.

 

To było jednak, mimo pewnego wysiłku, przyjemne wędrowanie, chociaż jaszczurki, nawet te ze srebrzysto-niebieskim ogonem, nie chciały pozować do zdjęć. Tym bardziej niegościnny okazał się ponad metrowej długości wąż wygrzewający się na kamiennych schodach szlaku. Pokazał mi tylko ogon – może to i dobrze! Za to mogłam się napatrzeć na rozleniwione wiewiórki i nieuświadomionych turystów, którzy je dokarmiali. A, i mogłam też nasłuchać się przebojów tajwańskiego popu wydobywających się z niesionych w rękach „nadajników” – niczym z tranzystorów z lat mojej młodości. Nie pierwszy to przypadek, który obserwuję, takiego umilania sobie wędrowania. Czy ktoś kiedyś położy kres tej okropnej modzie?!



Schodzę północną stroną zbocza, szlak wiedzie u podnóża Datun, szczytu znanego z pewnej aktywności wulkanicznej. Księżycowe krajobrazy, opary wydobywające się przez szczeliny w ziemi, gorący żużel, fumarole i inhalacja siarkowodorem. I nawet jedno bulgocące wrzątkiem źródełko.
Pozostaje niedosyt, że mogłam przejść tylko jednym ze szlaków Yangmingshan.



środa, 12 lipca 2017

Żółwie, legwany, głuptaki... – Wyspy Żółwie czyli Galapagos (Ekwador). Cz. II.



Na jednej z wysp zaglądamy na pocztę. Szczególną. Bez urzędników i znaczków pocztowych. Stara, rozlatująca się beczka pokryta graffiti służy za skrzynkę pocztową. Przewodnik wybiera znajdujące się w skrzynce kartki i odczytuje kolejno adresy, a właściwie nazwę państwa, w którym mieszka adresat widokówki. Większość z nas zabiera kartkę lub kilka do swojego kraju. Niestety, nie mogę się „wykazać” – nie ma żadnej kartki do Polski.

Teraz wrzucamy do beczki kartki do naszych znajomych. Może ktoś kiedyś je wybierze, weźmie z sobą do kraju i prześle w naszym imieniu. Tak ta poczta funkcjonuje – już od XVIII wieku. Niektóre z kartek pewnie nigdy nie dotrą do miejsca przeznaczenia. Ale to działa. W ramach eksperymentu wrzucam kartkę ze swoim adresem. Kilka miesięcy później otrzymam ją z powrotem – z pieczątką z Inowrocławia.


W czasie między spacerami po wyspach siedzimy na pokładzie, opalamy się, rozmawiamy czy wykorzystujemy ten czas na swój sposób, planując dalszą podróż. A gdy zapadnie już zmrok, nie mogę się napatrzeć na rozgwieżdżone niebo. W naszej szerokości geograficznej nigdy takiego nie widzimy.

Patrząc w ostatni wieczór na czerwone niebo w promieniach zachodzącego słońca, wracam myślami do czasu sprzed paru tygodni. Kiedy zaczęłam szukać rejsu, starałam się dowiedzieć, gdzie, na której z wysp, jakie zwierzęta można zobaczyć. Kiedy właściwie i na jakiej wyspie powinno się być… Innymi słowy, „doktoryzowałam się” z wysp Galapagos. Teraz widzę, że właściwie nie ma to znaczenia. Liczy się ogólne wrażenie. A to jest nie do zapomnienia…

 

W wyniku niedopełnienia jakichś formalności przez właściciela jachtu rejs zaczyna się z jednodniowym opóźnieniem – w zamian za stracony dzień w ostatnim dniu mamy pięćdziesięciominutową wycieczkę niebędącą wcześniej w programie, która niestety nie rekompensuje nam straconego dnia. Z jakichś półsłówek załogi domyślamy się, że może raczej chodzić o oszczędności. Taki dobowy przestój w porcie to krótsza trasa dla jachtu, a tym samym oszczędność paliwa. Dlatego myślę, że jednak lepiej było kupić rejs na dużym wycieczkowcu. Ceny porównywalne, a dużym statkom wycieczkowym trudniej chyba byłoby nie dotrzymać warunków opisanych w ofercie. I rekompensata za ewentualnie stracony dzień byłaby bardziej adekwatna. Cóż, jak zwykle podróże kształcą, ale to doświadczenie chyba już mi się nie przyda.


W ostatnim dniu rejsu znajdujemy na kojach po dwie koperty. Są przeznaczone na napiwki, jedna dla załogi, druga dla przewodnika. Wspólną decyzją wszystkich uczestników koperty przewodnika pozostają puste. Jak powiedział na początku, to jego ostatni rejs, rezygnuje już z wykonywania tego zawodu. I chyba dlatego nie starał się zbytnio, co znalazło przełożenie w zawartości kopert.

Ale tak sobie myślę, że nie powinniśmy byli również dawać napiwków dla załogi, bo przecież nasz stracony dzień wyniknął z zaniedbań załogi, a przynajmniej kapitana jachtu, który dzień wcześniej powinien był sprawdzić, czy wszystkich formalności dopełnił.  




Ponieważ poranna wycieczka w tym ostatnim dniu nie trwała zbyt długo, jesteśmy na lotnisku dużo wcześniej niż godziny zarezerwowanych odlotów. Udaje mi się jednak zmienić lot i tym samym mam dłuższe popołudnie w Quito.

Więcej zdjęć: 
https://goo.gl/photos/6iXh5dhBX7i3wZEc6





środa, 5 lipca 2017

Żółwie, legwany, głuptaki... – Wyspy Żółwie czyli Galapagos (Ekwador). Cz. I.



Galapagos! O ile Australia i Nowa Zelandia od dawna zajmowały miejsce w moich podróżniczych planach, o tyle wyspy Galapagos były czymś nierealnym, czymś, co gdzieś tam jest, ale… jak tam dojechać?!  
Po przestudiowaniu licznych ofert wybrałam rejs ośmiodniowy na niewielkiej łódce. Oprócz mnie troje Brytyjczyków, dwóch Niemców, dwoje Szwajcarów, Duńczyk i Kanadyjka. Tylko Niemcy i dwoje z Brytyjczyków podróżują „w parach”, pozostali to podróżnicy indywidualni, a zbieżność narodowości jest przypadkowa. Dla większości z nas ten rejs to tylko część podróży. Ot, chociażby brytyjska para, dziewczyna i chłopak, są właśnie w półrocznej podróży po Ameryce Południowej. 

Kajuty mikroskopijnej wielkości, łazienki przynależące do kajut jeszcze mniejsze. Urządzenie klimatyzacyjne w kajucie pracuje bardziej niż głośno, aż się dziwię, że w ogóle śpię. Ale z drugiej strony bez klimatyzacji nie dałoby się nawet zdrzemnąć. Przecież jesteśmy na równiku, słupek rtęci wysoko. Zapewnione trzy posiłki dziennie są bardzo smaczne i urozmaicone, widać, że kucharz się stara. Oprócz tego zawsze gdy wracamy ze zwiedzania, czeka na nas jakaś przekąska – ciastko, owoce, popcorn, mikropizza.


Organizacja zwiedzania wysp wygląda tak, że każdego dnia mamy dwa zejścia na ląd, jedno przed południem, drugie po. Niektóre zejścia są „suche”, wtedy gdy przy brzegu jest jakiś zaimprowizowany pomost, inne „mokre”, gdy musimy zeskoczyć wprost do wody. Każda wycieczka trwa nie dłużej niż dwie, trzy godziny – to wymóg związany z ochroną przyrody. Idziemy tylko z przewodnikiem, tylko po wytyczonych ścieżkach. Tylko dwa razy uzyskujemy pozwolenie na krótki spacer na własną rękę – gdy i tak nie bardzo jest się gdzie oddalić.

 
Oprócz tego ci, którzy nurkują, są zabierani na podglądanie podwodnego królestwa. Umiejętności pływackie moje i Duńczyka nie są wystarczające, niestety, żeby podziwiać podwodny świat. Ale raz przewodnik zostawił nas samych na plaży i jakież było moje zdziwienie, kiedy taplając się w wodzie, tuż przy brzegu, zauważyłam koło mnie dwie uchatki przejawiające wyraźną chęć do zabawy!

 

Nie da się opisać wszystkich „ochów”    
i „achów” wydawanych przez nas na widok licznych legwanów, żółwi, uchatek, albatrosów, flamingów, czapli, fregat, głuptaków błękitnonogich, pelikanów brunatnych, mew o jaskółczych ogonach, zięb Darwina i innych nienazwanych przedstawicieli galapagoskiej fauny, niezwracających najmniejszej uwagi na plączących się między nimi osobnikami na dwóch nogach.

A wszystko to w księżycowej scenerii powstałej z zastygłej lawy, słabo lub w ogóle nieporośniętej roślinnością. Najpopularniejszą przedstawicielką flory są chyba opuncje, których kwiaty to podstawowe menu legwanów. 


Więcej zdjęć:  https://goo.gl/photos/6iXh5dhBX7i3wZEc6