sobota, 19 sierpnia 2017

Delfin, wieloryb czy wzgórze? DDP – Seul. Korea Południowa


Potrzeba zaledwie kilkudziesięciu metrów (od fragmentu murów obronnych we wschodniej części Seulu), żebym z czasów średnich przeniosła się do współczesności. Dongdaemun Design Plaza, czyli DDP, to najnowszy punkt orientacyjny na mapie Seulu, częściej nazywany centrum designu, a bardziej swojsko – centrum projektowania.


DDP to „nowy świat łączący historię i kulturę”. „Historia” to odniesienie do znajdującego się kiedyś w tym miejscu stadionu sportowego, z którego nawet ślad nie pozostał. Chociaż nie, jednak coś pozostało, skoro przewidziano muzeum nieistniejącego stadionu – na razie zamknięte – i fragmentów fortyfikacji, które odrestaurowano i wkomponowano w cały kompleks. „Kultura” to przyszłość. A na razie najlepiej ma się mall (centrum handlowe) na skraju całego kompleksu.


Mam wrażenie, że w tym momencie sami organizatorzy nie bardzo mają ostateczną wizję tego, co się tutaj będzie działo. A przynajmniej nie wiedzą tego pracownicy centrum informacji, które uruchomiono w brzuchu delfina. „W brzuchu delfina”, bo kształt budowli został zainspirowany kształtem ciała delfina. Chociaż inni mówią o inspiracji wielorybem, falą oceanu, a jeszcze inni znajdują podobieństwo do wzgórza. Skojarzenia odległe, ale jakiekolwiek by było źródło inspiracji, obiekt jest imponujący. 

Nie znajduję kątów prostych, nie znajduję linii równoległych – chociaż zdecydowanie nie chodzi tu o architekturę w stylu Gaudiego! Kształt obiektu jest obły, wydłużony i lekko zygzakowaty. Zdjęcia całego „cielska” nie zaprezentuję – w obiektywie mieszczą się zaledwie fragmenty nieoddające w najmniejszym stopniu tego, co oglądam. Cała zewnętrzna powierzchnia pokryta jest 45 133 aluminiowymi panelami, z których każdy podobno ma nieco inny kształt. Jest to prawdopodobne, jakoś przecież trzeba było tę „obłość” uzyskać. 

 











 


Idę sterylnie białym, szerokim i wysokim korytarzem i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że przejście nim ma wzbudzić poczucie wędrowania we wnętrzu gigantycznego ssaka. Korytarz prowadzi mnie do jedynej chyba na razie czynnej muzealnej sali, na czasową wystawę malarstwa współczesnego zatytułowaną „Jutro”, ale cena biletu (około sześćdziesięciu złotych!) nie zachęca do jej zwiedzenia. Niemniej wizyty w DDP nie żałuję, wręcz przeciwnie, widziałabym ją jako must see pobytu w Seulu.

Na grzbiecie (czyli na dachu) "delfina"

 

















poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Japoński Niepokalanów


Dzisiaj przypada 76. rocznica męczeńskiej śmierci św. Maksymiliana Kolbe. W latach 1930–1935 o. Kolbe prowadził działalność misyjną w Japonii, zaczął wydawać japońską wersję „Rycerza Niepokalanej” oraz założył japoński Niepokalanów. Będąc w Nagasaki odwiedziłam miejsca, które powstały dzięki jego tutaj bytności.


Kolejny dzień w  Nagasaki chcę zacząć od odwiedzenia japońskiego Niepokalanowa. Kiedy tuż po przyjeździe w informacji turystycznej zdobywałam mapki i foldery, zapomniałam poprosić o pokazanie na planie miasta, gdzie dokładnie znajdują się miejsca związane z pobytem tutaj polskiego świętego. Może też trochę liczyłam, że otrzymane materiały zapewnią mi konieczne wskazówki… Przeliczyłam się, muszę zatem ponownie jechać do informacji turystycznej. Trochę szkoda mi czasu. Pytam dziewczynę na recepcji, ale nazwisko Kolbe nic jej nie mówi. Jednak nazwa Hongochi, nazwa przedmieścia, w którym misjonarze kupili pierwszy kawałek gruntu, jest jej znana. Z wielkim zaangażowaniem tłumaczy mi, jak tam dojechać. Kiedy wieczorem wracam do hotelu, nie omieszka mnie dokładnie wypytać, jak trafiłam i czy nie miałam jakichś problemów.

 
Problemów nie mam, dojeżdżam tramwajem, wiem, że jeszcze kawałek muszę dojść piechotą. Kiedy wysiadam na ostatnim przystanku i widzę sklep, wchodzę, żeby kupić sobie coś do picia. Żeby się upewnić, w którym kierunku mam iść, pytam, a właściwie powtarzam kilkakrotnie nazwisko Kolbe. Jedna z pań sprzedawczyń kojarzy, wychodzi ze mną na zewnątrz i pokazuje widniejący w oddali na zboczu góry krzyż na szczycie wysokiej wieży. Już bez problemu trafię do japońskiego Niepokalanowa.

Ojciec Kolbe przybył do Nagasaki wraz z trzema współbraćmi w kwietniu 1930 roku. Nie mając dużych środków, nabył kawałek gruntu poza centrum miasta, na zboczu góry Hikosan. Większość budynków, które widzę, wybudowano w latach 60. XX wieku. Obecnie mieści się tutaj szkoła prowadzona przez ojców franciszkanów.


 














Zwiedzam Muzeum Ojca Kolbe, oglądam zgromadzone pamiątki związane z jego pobytem w Japonii, z wydawaniem „Rycerza Niepokalanej”. Sporo przedmiotów dotyczy ojca Zenona Żebrowskiego, który był w pierwszej grupie polskich franciszkanów przybyłej do Nagasaki i pozostał w Japonii do swojej śmierci w 1982 roku. Organizował sierocińce i schroniska dla bezdomnych, tych, którzy zostali bez dachu nad głową, dzieciom, których rodzice zginęli w wybuchu bomby atomowej. Nic zatem dziwnego, że cieszył się wielkim uznaniem Japończyków. Nazywany był przez nich Zeno, od japońskiego słowa zennō – wszechmocny. Doczekał się w Japonii pomnika (u stóp Fudżi) i filmu opartego na swojej biografii.


Budynek w którym znajduje się muzeum (na parterze)
i kaplica (na I piętrze)



Drzwi do muzeum szeroko otwarte, ale nie ma nikogo, kogo mogłabym o coś spytać. Mogłabym wynieść książki przeznaczone do sprzedaży i komputery, a nawet zgromadzone eksponaty… Automatyczny przewodnik uruchamiany czerwonym przyciskiem powiedział, co wiedział. Nagle wpada jakiś człowiek, kłania się nisko – jakżeby inaczej – bierze coś z półki i wychodzi prędzej, niż zdążyłam otworzyć usta.

Nad muzeum kaplica. Druga znajduje się w dużym kościele wchodzącym w skład zabudowań klasztornych. Na zboczu, powyżej zabudowań, Ogród Niepokalanej. Pomysł jego utworzenia podsunął ojciec Kolbe, ale nie zdążył go zrealizować, opuścił Japonię w 1934 roku. Projekt został urzeczywistniony dopiero w 1940 roku, sześć lat po opuszczeniu przez niego Japonii. Teren ogrodu jest tak mały, że nie było miejsca na piętnaście tablic-stacji różańcowych. Ustawiono pięć – każda z trzema płaskorzeźbami odnoszącymi się do kolejnych tajemnic każdej części Różańca. W najwyższym punkcie ogrodu grota z figurką Matki Boskiej z Lourdes. I niewielki punkt widokowy, z którego doskonale widać miasto.

Kiedy na drugi dzień zwiedzam najstarszy katolicki kościół w Japonii, Oura Catholic Church, w budynku szkoły obok kościoła oglądam niewielką wystawę pokazującą pamiątki po Ojcu Kolbe, głównie niezliczone numery „Rycerza Niepokalanej”.


















Pomnik/ołtarz poświęcony św. Maksymilianowi Kolbe
na dziedzińcu kościoła katolickiego w Fier (Albania)

wtorek, 8 sierpnia 2017

Z Melbourne do Adelajdy Wielką Drogą Oceaniczną. Australia. Cz. II.




Góry Grampians, bardzo przypominające Góry Stołowe, zdobywamy w trakcie dwóch nietrudnych spacerów. Podobnie jak u nas wielkie głazy wprost skłaniające do nadania im nazw, potoki, wodospady, kamienne labirynty…
 
I pomyśleć, kiedy przed podróżą postanowiłam przetestować swoją sprawność fizyczną, pojechałam właśnie w Sudety!


Zza krzaków przyglądają się nam walabie. Z jeszcze większym zaciekawieniem my oglądamy stada kangurów pasących się wzdłuż drogi, którą jedziemy. O, te raczej nie pozwoliłyby się głaskać! Parę kilometrów dalej równie wielkie stado emu pozwala się podziwiać. Też tylko z daleka…



 









Uroda Mostu Londyńskiego, Dwunastu Apostołów (dwunastu wystających z oceanu skał wyrzeźbionych przez wieki siłami wody i wiatru) oraz poszarpanego skałami wybrzeża na pewno nie została przeceniona w licznych opisach, przewodnikach, relacjach. 

 













Ciekawa jest historia Mostu Londyńskiego. Żółto-pomarańczowa formacja skalna wpija się dość daleko w wody oceanu. Natura wyrzeźbiła w niej naturalne łuki, przez które z dziką siłą przedziera się woda. 15 stycznia 1990 roku dwoje ludzi przeszło prawie na koniec skały, gdy usłyszeli ogłuszający huk. Zapadła się górna część jednego z łuków, odcinając śmiałków od stałego lądu. Zostali ewakuowani helikopterem po kilkunastu godzinach. Teraz ogląda się Most Londyński z wygodnej platformy widokowej.



Odwiedzamy też rezerwat z kolonią białych kangurów, białych genetycznie, nie jako wyjątek od reguły, czy raczej natury. A spodziewałabym się, że jeżeli już trafi się biały kangur, to będzie to albinos!
 
 
Tuż przed Adelajdą ratujemy życie kolczatce, która koniecznie chce się przedostać na drugą stronę jezdni, leząc na pewną śmierć. Nie dotykając jej, delikatnie, stopami kierujemy ją w stronę przeciwną, ale czy po naszym odjeździe nie będzie chciała jednak iść dalej swoją drogą?

 

Jest już ciemno, gdy zostajemy rozwiezieni do hoteli w Adelajdzie, stolicy kolejnego stanu, Australii Południowej. Tym razem zatrzymuję się w schronisku YHA. Obok recepcji biuro turystyczne, od niego zacznę jutro mój pierwszy dzień w Adelajdzie. 





czwartek, 3 sierpnia 2017

Z Melbourne do Adelajdy Wielką Drogą Oceaniczną. Australia. Cz. I.


Z Melbourne do Adelajdy jest około siedmiuset kilometrów. Aby przejechać ten dystans, potrzebny jest jeden dzień lub jedna noc. Chcę jednak zobaczyć Most Londyński i Dwunastu Apostołów – wapienne formacje skalne na brzegu oceanu. Wykupuję zatem trzydniową wycieczkę, z którą pokonam trasę z Melbourne do Adelajdy Wielką Drogą Oceaniczną.

The Great Ocean Road zaczyna się około stu kilometrów za zachód od Melbourne i wije się brzegiem oceanu przez 243 kilometry. Jest to równocześnie największy w świecie pomnik ofiar wojny. 

Droga została zbudowana w latach 1919–1932 w hołdzie żołnierzom poległym w I wojnie światowej przez ich kolegów, którzy z wojny powrócili.

Oddana do użytku droga na zawsze zmieniła i morskie wybrzeże, i życie zagubionych wśród bezdroży osad ludzkich. Dzisiaj służy głównie podróżnikom i turystom. Spiżowe figury dwóch rozbijających skały robotników, w miejscu, gdzie droga się zaczyna, każą pamiętać o warunkach, w jakich łopatami i kilofami pracowali. 

Okazuje się, że poza przejazdem malowniczą trasą brzegiem oceanu zobaczymy jeszcze parę innych miejsc. W wycieczce bierze udział jedenaście osób, w tym jedna Aussie (Australijka) z Perth. Ella dokładnie przestudiowała program wycieczki i teraz pilnuje kierowcy-przewodnika, czy nie realizujemy programu wycieczki na skróty.
O, jak fajnie, tym razem nie muszę się troszczyć, czy kolejne biuro podróży mnie nie roluje!

Jeden z pierwszych postojów to okazja do kolejnego podglądania koali. Dziwne, ale nikomu się to nie nudzi, mimo że wszyscy mieliśmy już kontakty z tymi zniewalającymi torbaczami. Karmimy też przecudne czerwono-niebieskie rozelle królewskie, niewielkie papużki, które niczym gołębie na Rynku Głównym w Krakowie zlatują się do ziarna trzymanego w dłoniach. O to, żebyśmy mieli czym je karmić, zadbał nasz opiekun. 

Las deszczowy Otway oglądamy z kładek umieszczonych na poziomie koron drzew. Tablica na początku trasy informuje, że ścieżka została zawieszona na wysokości 25 metrów, ma 600 metrów długości i do jej wykonania zużyto 120 ton stali. Uff…

Ale jakże inaczej wyglądają z tej perspektywy eukaliptusy z odpadającą płatami korą! A paprocie! Dotychczas oglądałam je tylko z ziemi, od dołu. Teraz oglądam je z innej perspektywy. A między paprociami szaleją dinozaury, ale to już nie moja bajka.

 
 












 


Tam, gdzie wybrzeże ukształtowało się w plaże, mimo zimy, kilkanaście czarnych kropeczek, bo tak z daleka wyglądają surferzy, czeka w lodowatej wodzie na wysoką falę. Gdzieś tam, jakieś 2700 kilometrów dalej, jest Antarktyda, nawet w lecie woda nie jest tu zbyt ciepła. Brr…



Sanitariaty na parkingu, na którym zatrzymują się serferzy,
jedyna też ich „przebieralnia”.
Zdjęcie zrobiłam ze względu na dekorację –
malarstwo kropkowe opisuje
jedną z aborygeńskich historii czasu snów (Dreamtime).