czwartek, 19 października 2017

Zagadki Tierradentro – Kolumbia. Cz. II.


Na mniej więcej piętnastokilometrowej trasie zwiedzania wyodrębniono pięć stanowisk. Najzasobniejsze w liczbę podziemnych grobowców jest stanowisko Segovia – jest ich tutaj dwadzieścia osiem. Na stanowiskach Alto de Duende i Loma de San Andrés jest tylko po kilka komór. Opiekun tego ostatniego miejsca, Jesus, koniecznie chce odkupić moją czołówkę. Przykro mi, ale jednak taka latarka bardzo się przydaje w podróży.

 













W El Tablón grobów nie ma w ogóle, jest tylko ekspozycja kamiennych, rzeźbionych w wulkanicznej skale figur, podobnych do tych znalezionych w San Agustin. Posągi mają od jednego do dwóch i pół metra. Przedstawiają postacie ludzkie z nieproporcjonalnie dużymi głowami. Żaden z posągów nie został znaleziony w podziemnych grobowcach, ale na dnie doliny. Niektóre są poważnie uszkodzone.
















Alto del Aguacate to wyzwanie dla zwiedzających i niewielu ich tutaj dociera. Bo Alto to całkiem spora góra. Żeby zobaczyć szeregiem ułożone na szczycie grobowce, tym razem płytkie, bez schodów, trzeba pokonać ponad czterystumetrową różnicę poziomów. Biorąc jeszcze pod uwagę odległość, jest to jednak pewien wysiłek. Ale zdobywanie wzgórza sprawia mi niekłamaną radość. Mam wrażenie, że cofnęłam się w czasie i jak przed laty wędruję tatrzańskimi szlakami. Pogoda wspaniała. Domostwa rozrzucone na stokach sąsiednich gór świadczą, że ktoś tutaj mieszka. 




























O ile wejście na szczyt zabiera mi trochę czasu, zejście jest błyskawiczne. A to za sprawą niemal pionowego zbocza. Właściwie to nie schodzę, ale ześlizguję się. I jestem przeszczęśliwa. Po pierwsze, że wróciłam do rzeczywistości cała, nie połamana. Po drugie, że nie posłuchałam rady pana muzealnika. Podczas mojej wizyty w muzeum sugerował, żeby zacząć zwiedzanie od Alto del Aguacate, a skończyć na stanowisku Segovia. Myślę, że zdobywanie tak stromego zbocza góry dałoby mi w kość tak, że o Segovii już bym nie miała siły nawet myśleć. 


Między stanowiskami El Tablón a Loma de San Andrés trasa wiedzie przez centralną część wioski Andrés de Pisimbalá. Warto się tutaj na chwilę zatrzymać ze względu na unikatowy, kryty strzechą kościół z XVIII wieku. Siedząc w jego wnętrzu (o dziwo, otwartym!), patrząc na surowy wystrój ołtarza, indiańskie rzeźby, drewniane belki stropu, nie zdaję sobie sprawy, że jestem jednym z ostatnich podróżników odwiedzających to miejsce. Dokładnie za miesiąc, w Wielki Czwartek, kościół przestanie istnieć. Wielki pożar unicestwi budowlę.

Okazuje się, że w wiosce jest parę sklepów. I kręci się nawet kilku podróżników! Czyli w jakiś sposób przybyli tutaj, czyli „coś” jednak jeździ! Kupuję bułki, colę, lody i przeprowadzam wywiad na temat: gdzie też można stąd, z San Andrés, dojechać. Pan sprzedawca zapewnia mnie, że codziennie o godzinie 6:00 jeżdżą autobusy do Popayán! Podaje nawet nazwę firmy, jaka ma być napisana na autobusie.
– Jutro, w niedzielę też?
– Tak, każdego dnia.
– A blokady?
– Są, ale na razie ten autobus jeździ. A przynajmniej dzisiaj jechał!
Wstaje świt, gdy wychodzę z hotelu i staję na skraju drogi. I prawdę powiedziawszy, nie wierzę własnym oczom, gdy o 6:10, czyli zaledwie z dziesięciominutowym spóźnieniem, przybywa biało-czerwony autobus będący kiedyś amerykańskim autobusem szkolnym. 

Kilka godzin później jestem w Popayán.


 

 


























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz