sobota, 13 stycznia 2018

León to po hiszpańsku lew – Nikaragua


Powstała na miejscu pierwotnej osady Indian Managua otrzymała prawa miejskie w 1846 roku, stolicą Nikaragui została w 1855 roku.

Dużo wcześniej, w latach 1523–1524 roku, hiszpański konkwistador Francisco Hernández de Córdoba założył dwa miasta. León, na północny zachód od jeziora Managua, i Granadę, na południowy wschód od jeziora. Gdy w 1839 roku Nikaragua wystąpiła ze Stanów Zjednoczonych Ameryki Środkowej (krótkotrwałego, istniejącego zaledwie siedemnaście lat tworu państwowego wzorowanego na Stanach Zjednoczonych Ameryki), stolicą zostało León. Nikaraguańscy konserwatyści widzieli jednak stolicą Granadę. I znów sprawdziło się stare przysłowie: „gdzie dwóch się bije…”. W 1855 roku zdecydowano, że stolicą będzie Managua. 

A postać konkwistadora upamiętniono, nazywając nikaraguańską walutę córdoba. I tylko znajdując nagminnie porozrzucane po ziemi monety (nieporównywalnie często w stosunku do innych krajów), mam poważne wątpliwości co do szacunku Nikaraguańczyków do swojej waluty!

Dzisiaj León to drugie pod względem wielkości miasto Nikaragui. León to po hiszpańsku lew. Zatem i na centralnym placu miasta, tym przed katedrą, fontannę ozdabiają figury lwów. 

Tradycyjnie miasto było i jest najbardziej postępowym z nikaraguańskich miast. Tutaj założono, w 1912 roku, pierwszy nikaraguański uniwersytet. León stanowił też najważniejszy strategicznie rejon w czasie rewolucji. Szereg murali w różnych punktach miasta nawiązuje do tragicznych wydarzeń. Tuż obok katedry mauzoleum poświęcone bohaterom i męczennikom rewolucji nikaraguańskiej – plac z pomnikiem pośrodku i obiegającym plac muralem przedstawiającym historię Nikaragui od czasów przedkolumbijskich do czasów najnowszych. Przecznicę dalej ulica, na której doszło do masakry w czasie marszu protestacyjnego 23 lipca 1959 roku. Zginęło czterech studentów, kilkanaście osób zostało rannych. Teraz jest tutaj Cancha 23 de Julio (Boisko 23 Lipca) i mural obrazujący tamte wydarzenia. 

 













Fakt, że właśnie w León 21 września 1956 roku został zastrzelony dyktator generał Anastasio Somoza, widzę jako swego rodzaju zamknięcie ciemnych kart historii Nikaragui.

Jak przystało na „perłę kolonialnej architektury”, wiele budowli León, szczególnie kościołów, pamięta czasy kolonialne. 















Katedra w León to największa katedra w Ameryce Środkowej. Trwającą sto lat budowę rozpoczęto w 1747 roku. Największym skarbem świątyni i prawdopodobnie najstarszym katolickim wizerunkiem w Ameryce Łacińskiej jest Cristo Negro de Pedrarias, przywieziona z Hiszpanii w 1528 roku czarna figura Chrystusa Ukrzyżowanego. Stacje Drogi Krzyżowej namalowane na ścianach świątyni przez Antonio Sarría uważane są za arcydzieło sztuki kolonialnej. W katedrze pochowany jest Rubén Darío, który w tym mieście spędził dzieciństwo i tutaj zmarł w 1916 roku. Strażnikiem jego grobu jest smutny lew. Marmurowy.





Oprócz katedry jeszcze kilka kościołów jest wartych zobaczenia: El Calvario, La Recolección, La Merced…

Południową pierzeję centralnego placu miasta zajmuje Colegio la Asunción de León, dawny pałac biskupi, częściowo więzienie, obecnie biblioteka. 















Jednym z czterech teatrów León jest Teatr Miejski im. José de la Cruz Mena, oddany do użytku w 1885 roku. W roku 1956 pożar strawił prawie cały budynek – pozostała fasada. Po kilkunastu latach, z pomocą europejskich miast: Utrechtu, Saragossy i Hamburga, teatr odbudowano, zainstalowano nowoczesne urządzenia teatralne, oświetlenie, udźwiękowienie. Otrzymał imię nikaraguańskiego kompozytora José de la Cruz Mena (1874–1907). Jego kompozycje, niekoniecznie religijne, zyskały akceptację Watykanu jako te, które mogą być wykonywane w kościołach.

Museo Archivo Rubén Darío w domu, w którym wychował się poeta, i Museo de Arte Fundación Ortiz, podobno najlepszego muzeum sztuki współczesnej w Ameryce Środkowej, nie zwiedzę. Poniedziałek! Bardziej mi szkoda tego drugiego – podobno w kolekcji są prace Diego Rivery, Rufino Tamayo… Wróciłabym wspomnieniami do Meksyku. W Meridzie byłam na wernisażu wystawy Tamayo.


Museo de Leyendas y Tradiciones jest co prawda otwarte, ale nie jestem pewna, czy mam ochotę studiować legendy i tradycje Nikaragui, gdy są one opisane tylko po hiszpańsku.

Nie docieram do dzielnicy Subtiava. Tam właśnie znajduje się najstarszy w mieście, oryginalny, nieskażony żadną późniejszą przebudową, kościół św. Jana Chrzciciela. I El Tamarindón, święte drzewo Indian. Stare drzewo, na którym w 1614 roku został powieszony, wiadomo, przez Hiszpanów, indiański kacyk Adiáct.

Nie docieram, bo środki komunikacji miejskiej, jakie widzę na ulicach, nie zachęcają mnie do podjęcia próby, aby tam dojechać. Wielkie, kryte brezentem ciężarówki, co prawda mają schodki ułatwiające wejście „na pakę”, ale działają na mnie jakoś dziwnie odstraszająco. Po drugie, chyba po raz pierwszy w czasie moich podróży, przeżywam kryzys „cieplarniany”. Bo jakkolwiek jestem z tych ciepłolubnych i w krajach równikowo-zwrotnikowych raczej dobrze się czuję, tym razem blisko czterdziestostopniowa temperatura mnie wykończyła. Po trzecie jestem zmęczona wszechobecnym handlem. 

Podejmuję decyzję o powrocie do Managui. Współpasażer w busie mówi mi, że marzec–kwiecień (jest 1 kwietnia) to najcieplejsze miesiące w tej części Nikaragui. Pyta, czy prezydent Wałęsa jeszcze żyje.
Jedziemy idealnie prostą drogą. Przed nami szczyt wulkanu Momotombo. Kierowca zwalnia, gdy widzi, że wyjmuję aparat, aby zrobić jego zdjęcie.

Mijamy ruiny León Viejo, pierwszej osady, którą założył Córdoba. Powtarzające się wybuchy wulkanu zniszczyły ją do tego stopnia, że w 1610 roku zdecydowano o przesiedleniu się w miejsce, które dzisiaj zwiedzałam. A León Viejo to ważne miejsce badań archeologicznych wpisane na listę UNESCO. Szkoda, że zabrakło mi czasu, a i sił, aby pospacerować po zasypanych wulkanicznymi popiołami ulicach, popatrzeć, jak wygląda niemal pięćset lat później osada, która istniała zaledwie osiemdziesiąt siedem lat. I jakkolwiek nie wszystko, co ciekawe, zdążyłam w León zobaczyć, to ten jeden dzień daje mi jednak jakieś wyobrażenie o mieście. Ale wiem również, że na zwiedzenie Granady, „konkurencji” León w drodze do honoru bycia stolicą, jeden dzień mi nie wystarczy.

Inne posty o Nikaragui: 
http://emerytkawpodrozy.blogspot.com/2017/05/masaya-miasto-i-jezioro-nikaragua.html



































 











2 komentarze:

  1. I znowu dzielisz się z nami wspaniałymi przeżyciami. Tyle wiedzy o kraju, który ledwo umiem wskazać na mapie. Podziw dla odwagi i realizacji marzeń niejednej osoby

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje bardzo,cieszę się,że mogę się tymi moimi doświadczeniami i wrażeniami podzielić.
      A poza tym Basiu,nie przejmuj się,ja też, zanim tam nie dojechałam, nie do końca wiedziałam gdzie też ta Nikaragua leży...

      Usuń