niedziela, 8 kwietnia 2018

Kambodża – nie tylko Angkor. Siem Reap



Czas leci. W dwunastym dniu podróży po Azji Południowo-Wschodniej, przybywam do miasta Siem Reap, miejsca wypadowego do zwiedzania Angkoru.
Angkor to osobny rozdział, Angor zasługuje na słów wiele. Chociaż… może raczej na milczenie i pochylenie głowy nad umiejętnościami i zręcznością dawnych mistrzów, architektów, budowniczych, rzeźbiarzy, oraz nad potęgą władców, którzy zadecydowali o stworzeniu i rozbudowywaniu Angkoru, a i nad naturą, która zakpiła sobie ze wszystkich i dokładnie ukryła – na całe stulecia – efekt wysiłków tychże władców, architektów, budowlańców, artystów…















Parafrazując znane przysłowie: nie samymi świątyniami, nawet najpiękniejszymi i najcenniejszymi, podróżnik żyje, chcę w Siem Reap zobaczyć coś jeszcze. Odwiedzam zatem Artisans d’Angkor, siedzibę organizacji, której celem jest zachowanie khmerskiego dziedzictwa kulturowego poprzez nauczanie rzemiosła artystycznego. Nauczanie prowadzące do usamodzielnienia się młodych adeptów różnych dziedzin sztuki. Obserwuję, jak młodzi ludzie malują na jedwabiu, rzeźbią popiersia królów Angkoru, pokrywają laką lub złocą figurki z piaskowca lub drewna. Absolwenci Artisans d’Angkor wykorzystują zdobyte z pomocą tej organizacji umiejętności przy pracach konserwatorskich zabytków Angkoru.

Artisans d’Angkor organizuje wyjazdy do gospodarstwa jedwabniczego, położonego poza centrum Siem Reap. Decyduję się na udział w takiej wycieczce.

Najpierw hodowla jedwabników. Gąsienice w różnych stadiach rozwoju. Niektóre mieszkają w drewnianych szopach na palach. Pale zanurzone są w wypełnionych wodą zagłębieniach. To tak na wszelki wypadek, gdyby wybrały wolność i chciały z przygotowanych dla nich szop wypełznąć w szeroki świat.

Obserwuję, jak gąsienice jedwabników pożerają liście morwy. Potem z ich kokonów, zanurzonych w gorącej wodzie, przędzie się jedwabną nitkę. Jeden kokon daje ok. 1,6 kilometra nici, a jedwab pozyskiwany z wewnętrznej części kokonu jest lepszej jakości niż ten z zewnętrznej. Przewodnik pokazuje kolejne etapy produkcji jedwabiu: jego barwienie, tkanie. I małe muzeum z unikalnymi, powstałymi dawno temu tkaninami. A na końcu oczywiście sklep – jakżeby inaczej. Jakkolwiek jestem uodporniona na zakupy w przyfabrycznych sklepach, które zwykle wieńczą trasy zwiedzania, kupuję niewielki notes z okładką wykonaną z rafii. Wydatki na jedwabne pamiątki przekraczają nie tylko moje możliwości finansowe, ale przede wszystkim zdrowy rozsądek.
















Do wioski na środku jeziora Tonle Sap płynę blisko godzinę szybką łodzią motorową. Z perspektywy łódki oglądam domy na palach, szkołę, sklepy, przydomowe ogródki… Tak, tak, nic mi się przywidziało. W doniczkach, bo w doniczkach, ale ogródki. Za parę tygodni mogłabym zwiedzić wioskę suchą stopą. Teraz, płynąc mangrowcowym lasem w płaskiej łodzi i słuchając cichego, zawodzącego śpiewu kobiety prowadzącej łódkę, ze smutkiem patrzę na psujące nastrój plastikowe reklamówki wiszące na drzewach – pozostałość po wyższym jeszcze stanie wody w jeziorze oraz znak braku perspektywicznego myślenia, głupoty i niechlujstwa homo sapiens.
















Zanim jednak dotarłam do przystani, z której odpływają łodzie do wioski, niechcący stałam się – a właściwie tuk-tuk, którym jechałam – współuczestnikiem kolizji, bo tak się to chyba nazywa, drogowej. Jeszcze większą wątpliwość mam co do nazywania tego, czym jadę drogą, ale chyba innego określenia nie znajdę. Jeszcze parę tygodni wcześniej miejsce to zalane było wodą, teraz koleiny, wyboje, kurz i piach. „Mój” tuk-tuk, mijając jadących na skuterze dwóch młodych mężczyzn, podskakuje na wyboju i uderza w jadących, powodując wywrócenie się skutera i upadek mężczyzn do wypełnionego wodą rowu. Pan „tuk-tukowiec” w ogóle tego nie zauważa, zatrzymuje się dopiero na mój okrzyk. Długo się zastanawia, czy wysiąść. W końcu wysiada i pomaga chłopakom pozbierać się i ich rzeczy, porozrzucane na brzegu rowu. Na szczęście nic nikomu się nie stało, poza zmoczonymi trochę spodniami panów ze skutera – i jak obserwuję, nikt nie ma do nikogo pretensji.
  
Zobacz też:




















I jeszcze kilka zdjęć - głównie świątyń - z Siem Reap















 














Zagłębione w gotowanym ryżu banany otulone liśćmi palmowymi

za chwilę będą gotowe do spożycia…

2 komentarze:

  1. Czytałam z ogromnym zainteresowaniem! Piękne zdjęcia!!!

    OdpowiedzUsuń