wtorek, 16 kwietnia 2019

Kota Kinabalu. Sabah, malezyjski stan na Borneo





Na Borneo lecę przez Singapur. Najpierw Kota Kinabalu, stolica malezyjskiego stanu Sabah. Właściwie niczym szczególnym niewyróżniające się miejsce, dlatego aż nie pojmuję, dlaczego jest mi tutaj tak dobrze. 
Miasto się rozbudowuje, jest czysto. Stragany na nocnym bazarze pod oknami mojego hotelu stoją równiutko jak „od sznurka”, ale kiedy budzę się rano, na placu nie ma śladu nocnego targowania. W Dżakarcie zapewne byłby…















Popularnym celem wypraw z Kota Kinabalu jest góra Kinabalu, najwyższy szczyt (4095,2 metrów n.p.m) Borneo i całego Archipelagu Malajskiego. Około 90 kilometrów od stolicy. Zdobycie szczytu zajmuje dwa dni, pierwszego dochodzi się do schroniska znajdującego się na wysokości 3272 metrów, na drugi dzień wspinaczkę rozpoczyna się o godzinie drugiej w nocy, aby na szczycie przeżyć wschód słońca. Myślę, że mimo sporej wysokości dałabym radę, ale nie bardzo już chce mi się ugadywać z przewodnikami, tragarzami. Jestem wśród tych osiemdziesięciu procent wizytujących Park Narodowy Kinabalu, którzy na sam szczyt nie wchodzą, robię sobie tylko kilkugodzinny hiking do wodospadu Langganan  (http://emerytkawpodrozy.blogspot.com/2017/02/gora-kinabalu-sabah-malezyjski-stan-na_10.html

[…]

 













Wracam do Kota Kinabalu. I w mieście trzeba coś zobaczyć…
Oglądając budynki i budowle w skansenie w Narodowym Muzeum Sabah, przenoszę się myślami do niedostępnych dla zwykłych zjadaczy chleba miejsc wnętrza Borneo, tej trzeciej pod względem wielkości wyspy świata.















Siedząc na ławce nadmorskiej promenady, w otoczeniu różnokolorowych bugenwilli, słucham młodzieżowych zespołów koncertujących z okazji rozpoczynającego się dzisiaj karnawału. Na jednym z rozłożonych kramów prezentuje mi się jeszcze jedno oblicze sztuki: pomalowane żywymi kolorami kamienie – zwinięty w kłębek kot, głowa małpki, twarz ufoludka, ryba… Jak bogatą trzeba mieć wyobraźnię, nie tylko żeby w zwykłym kamieniu zobaczyć coś więcej, niż widzą zwykli śmiertelnicy, i schylić się, aby go podnieść, ale jeszcze aby to „coś” namalować na kamiennej bryle.
















Zdążająca do meczetu procesja muzułmanów zdaje się nie mieć końca. Bo dzisiaj właśnie przypada święto Maulidur Rasul, urodziny proroka Mahometa. I tylko czuję lekkie ciarki, gdy widzę niezbyt przyjazne gesty kierowane, przez bardzo nielicznych na szczęście uczestników pochodu, w stronę mijanej katolickiej katedry pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa.

 













Prezbiterium katedry przystrojone jest chińskimi kupletami (fragmentami poezji) i czerwonymi lampionami z racji obchodzonego kilka dni temu chińskiego Nowego Roku. Mimo woli przypomina mi się melodia Salem alejkum, znanej pieśni, której ostatni raz, śpiewanej przez doskonały chór, słuchałam podczas noworocznej mszy świętej w katolickiej katedrze w Dżakarcie. Jak widać, są takie miejsca na świecie, gdzie nikomu nie przeszkadza swego rodzaju miks kulturowy.















Pobyt w stolicy Sabah kończę na przecudnej plaży Tanjung Aru. Ludzi niewiele. W ostrym świetle zachodzącego słońca mienią się żagle jachtów. Kilku mężczyzn wprost z plaży zarzuca do morza sieć i wyławia jakieś małe rybki. Dwie muzułmanki ulegają presji dziecka, zapewne synka jednej z nich, i wchodzą wraz z nim do wody – całkowicie ubrane. Inne panie w ogóle nie wychodzą z cienia palm rosnących wzdłuż plaży!

I znów kolejny dzień okazał się za krótki. Jutro rano mam autobus do Brunei.

Zobacz też:















Ketmia jest narodowym kwiatem Malezji – pomnik na jednym z rond w Kinabalu.

Zobacz też album zdjęć "Podróże ketmią pisane"










































4 komentarze:

  1. Jaki to był wspaniały dzień, tyle wrażeń, atrakcji, ciekawych miejsc. Życie jest piękne, że można takie widoki podziwiać!

    OdpowiedzUsuń
  2. A dzieci wszędzie tak samo budują zamki z piasku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taki "materiał". I samemu chciałoby się usiąść i coś zbudować!

      Usuń