![]() |
Niedziela Palmowa w San Jose (Kostaryka) |
niedziela, 29 marca 2015
wtorek, 24 marca 2015
Góra Kościuszki – nie wszystko musi kończyć się sukcesem
Jadę do Thredbo. Dlaczego? Bo Thredbo to punkt wypadowy do zdobycia
Góry Kościuszki (2228 m
n.p.m.), najwyższego szczytu Gór Śnieżnych i całej Australii. No więc być w
Australii i nie pojechać do Thredbo? Tym bardziej że z Canberry to tylko trzy
godziny!
Thredbo położone jest na stromym
zboczu. Jak strome jest to zbocze, najlepiej widać na przykładzie mojego,
niezbyt dużego, hotelu. Prowadzą do niego dwa wejścia. Jedno z ulicy, którą
idę, szukając noclegu, drugie z ulicy, która przebiega powyżej wioski i wiodące
wprost na trzecie piętro budynku.
Wszystkie umocnienia stromego
zbocza i dróg wyglądają, jakby były nowe. I rzeczywiście. To efekt generalnej
przebudowy wzmocnień po tragedii, do jakiej doszło w 1997 roku. Zwały rozmytego
błota zniosły dwa hotele, grzebiąc osiemnaście osób. Przeżył tylko jeden
człowiek, Stuart Diver, wydobyty przez ratowników po sześćdziesięciu siedmiu
godzinach akcji ratunkowej. Jego historia stała się kanwą filmu Heroes'
Mountain – the Thredbo story (polski tytuł: Na ratunek), którego scenariusz oparto
na napisanej przez niego samego biografii. Teren w centrum wioski, gdzie stały
zniszczone przez lawinę błotną budynki, pozostaje niezabudowany, tworząc swego
rodzaju miejsce pamięci (The
Commemorative Platform).
Zdobycie Góry Kościuszki
zostawiam sobie na jutro, dzisiaj przejdę
się po wiosce. Jak na tak małą miejscowość ustawiono sporo rzeźb, tworząc – na
potrzeby turystów – „szlak artystyczny” i „szlak pamięci” opisane w specjalnie
przygotowanych broszurach. Niech się turysta nie leni, tylko zwiedza! Koala,
kangur, wombat, emu doczekały się tutaj swoich pomników. Przodkowie mieszkający
na tych ziemiach też. Nawet chmurki zostały upamiętnione na jednym z murów. I
Kościuszko. Chociaż spodziewałam się zobaczyć wizerunek naszego rodaka, podobieństwa
doszukać się nie mogę.
Abstrakcyjna rzeźba, zgodnie ze słowami autora Petera D.
Cole’a: „opisuje i wykorzystuje symbole i wyobrażenia krajobrazu”. A, zatem nie
chodzi o Polaka, ale o górę nazwaną jego imieniem. Obelisk z popiersiem
Kościuszki „mignął” mi przed wjazdem do wioski.
Na krańcu wioski Centrum Pamięci
tych, którzy zginęli podczas tragicznych wydarzeń w 1997 roku, po drugiej
stronie ulicy Centrum Ekumeniczne Jana Pawła II. Obydwa ośrodki zamknięte.
A w hotelu przytulnie,
cieplutko. Grzeją kaloryfery, nie jakieś rzężące urządzania jak w Nowej
Zelandii. Żyć, nie umierać!
W minioną sobotę zaczął się
oficjalny sezon narciarski. Widzę chodzących po ulicach narciarzy, chociaż nie
widzę śniegu, ale pewnie jakieś stoki dla nich przygotowano. Na Górę Kościuszki można dojść szlakiem (wysoko!)
lub część trasy pokonać wyciągiem krzesełkowym o szumnej nazwie Kościuszko
Express, pokonującym sześćset metrów różnicy wysokości – z 1370 do 1970 m n.p.m. Jasne, że
wybieram tę opcję.
Mży, jest potwornie zimno i
jestem jedyną osobą, która wykazuje chęć wjechania na górę. Obsługa wyciągu
ostrzega mnie, że na popołudnie przewidywana jest zamieć śnieżna. Na górze jest
jeszcze gorzej. W życiu nie miałam do czynienia z takim wiatrem, idę zgięta
wpół, ale nie pada, mżawka też ustała.
Ścieżka ma postać metalowych
krat usytuowanych około połowy metra ponad powierzchnią gruntu, tak aby nie
niszczyć górskiej flory. Dookoła krat jakieś jesienne fioletowe kwiatki. Lada
dzień, o ile nie lada godzina, zostaną pokryte śniegiem.
Do pokonania mam jakieś trzy,
cztery kilometry i 298
metrów różnicy wysokości. Gdyby nie taka pogoda, byłoby
to piękne wędrowanie. Przypominam sobie, że miałam się zgłosić w punkcie
„ichniejszego” GOPR-u, który mieści się w restauracji przy górnej stacji
kolejki. Poczucie obowiązku każe mi wrócić.
Okazuje się to czasem straconym,
nikt nie jest zainteresowany, gdzie mam zamiar iść i czy w ogóle mam zamiar.
Nie, to nie. Szkoda tylko tego czasu, który straciłam, wracając się.
Dochodzę do punktu widokowego –
pierwszego miejsca, z którego można zobaczyć Górę Kościuszki.
Można, ale nie dzisiaj. W tej
chwili widoczność sięga nie więcej niż pięćdziesięciu metrów. Napis na tablicy
informuje, że polski odkrywca Paweł Edmund Strzelecki nadał, w roku 1840, tej
najwyższej górze Australii nazwę Kościuszko, ponieważ kształt góry przypominał
mu grób Generała Kościuszki[i],
polskiego bojownika o wolność. Hm…
Jak można się domyślać, chodziło
Strzeleckiemu o Kopiec Kościuszki, co nie zmienia faktu, że tenże nie jest
grobem, ale pomnikiem polskiego bohatera. Ale dla większości zwiedzających jest
to szczegół bez znaczenia, generalnie rzecz biorąc, w ten sposób została
uczczona pamięć wielkiego Polaka.
Z żalem podejmuję decyzję o
powrocie.
Ale kiedy już minęło parę chwil
mojej drogi powrotnej, nagle przez mgłę zaczyna przeświecać słońce.
No nie, wracam…
Ponownie mijam punkt widokowy,
szczytu jednak nadal nie widać. Po następnych piętnastu minutach marszu nawet
te wątłe promienie słońca nikną, mgła się nasila, może to chmury, zaczyna padać
zmrożony deszcz. Wiatr coraz bardziej porywczy… czy to już ta zapowiadana
zamieć śnieżna? Jedno jest pewne, tak pewnie wygląda gwałtowna zmiana pogody w
górach.
Zwycięża resztka rozsądku –
wracam, tym razem ostatecznie i definitywnie. Może gdybym wcześniej dwukrotnie
nie zawracała. Kto wie…
Góry Kościuszki nie zdobyłam.
Porażka. Ale w końcu nikt nie obiecywał, że będę odnosić same podróżnicze
sukcesy.
Nie mogę jednak sobie pozwolić
na czekanie na poprawę pogody, jutro opuszczam Thredbo. Kierunek: Melbourne i
Wielka Droga Oceaniczna.
[i]Informacja ta jest zgodna ze
sprawozdaniem, jakie napisał Strzelecki dla gubernatora Nowej Południowej Walii
po zakończeniu ekspedycji, w czasie której zdobył szczyt.
piątek, 20 marca 2015
czwartek, 12 marca 2015
Tokio - Asakusa
Na wschód od hotelu, w którym się
zatrzymałam, rozciąga się dzielnica Asakusa, serce Shitamachi – Dolnego Miasta obejmującego północno-wschodnią część
Tokio. Shita znaczy „dół/spód”, machi oznacza „miasto”. Określenie „Dolne
Miasto” nie odnosiło się jednak w tym przypadku do ukształtowania terenu, ale
do faktu zamieszkiwania tutaj, już od XVII wieku niższych warstw społecznych,
plebsu. W 1945 roku bomby zapalające zniszczyły Dolne Miasto. Po raz kolejny,
po wcześniejszych, kilkakrotnych pożarach i trzęsieniach ziemi. I po raz
kolejny zostało przez jego mieszkańców odbudowane.
Najznamienitszym
zabytkiem dzielnicy jest najstarsza świątynia Tokio, Sensōji Temple. Legenda
mówi, że jej początki sięgają roku 628, kiedy to dwaj rybacy, bracia, w trakcie
połowu wyłowili z rzeki posąg bogini Kannon, protektorki ludzi potrzebujących
szczególnej pomocy – chorych, ubogich, kobiet w ciąży. Naczelnik wioski,
rozpoznając świętość postaci, polecił braciom przekształcić ich dom w
świątynię, gdzie mieszkańcy wioski mogliby oddawać cześć bogini. Pierwszą prawdziwą
świątynię wzniesiono w 645 roku. Kilkakrotnie przebudowywana, ostateczną postać
przybrała w XVII wieku, ale nie ostała się bombom II wojny światowej. W 1958
roku została odbudowana jako symbol pokoju i odrodzenia narodu.
Na teren świątyni wchodzi się przez Kaminarimon Gate (Bramę Pioruna) z olbrzymim lampionem wiszącym w przejściu. Groźne spojrzenia bóstw usytuowane po bokach bramy lustrują tłumy przekraczających bramę. Teraz tylko trzeba pokonać dwieście pięćdziesiąt metrów handlowej uliczki Nakamise, której pierwsze stragany ustawiono tutaj już w XVII wieku. Nie, żadnych pamiątek, nawet jeżeli miałyby być kupowane w tak „zacnym” miejscu. To dopiero mój trzeci dzień w Japonii.
Na dziedzińcu,
przed wejściem do świątyni kadzielnica w kształcie kotła otoczona wiernymi (i
nie tylko, turystami też) zapalającymi kadzidełka i zagarniającymi rękami
snujący się z nich dym. Trudno się dziwić, skoro ma on uzdrawiające właściwości!


Jest ciepło, ale wilgotno. Zaczyna padać. Przysiadam na schodach świątyni, żeby przeczekać mżawkę. Nie ja jedna. Siedzący obok mnie chłopak zaczyna rozmowę, okazuje się, że pochodzi z Paryża, a zatrzymał się w tym samym hotelu co ja. Wymieniamy doświadczenia, porównujemy trasy.
Przestaje padać.
Poświęcam trochę czasu na sprawy organizacyjne. Na pobliskim dworcu kupuję
pakiet turystyczny do Nikkō, w innym biurze bilet na autobus, który zawiezie
mnie na górę Fudżi. Teraz mogę oddać się dalszemu poznawaniu miasta.
sobota, 7 marca 2015
Kawaguchiko – miasto i jezioro
Fudżi z okna pociągu jadącego z Kioto do Tokio |
Kilka muzeów i
galerii, m.in. Muzeum Zabawek i Muzeum Kamieni (tych szlachetnych,
oczywiście!), zaprasza, aby je zwiedzić. Przegrywają z naturą. Trasa jest tak
malownicza, że szkoda czasu na przebywanie w jakimkolwiek wnętrzu. W oddali
góry i górki (z wyjątkiem tej najważniejszej!), na brzegu liczne, znane mi z
dzieciństwa, a ostatnio chyba w Polsce nieco zapomniane, onętki. Już wcześniej
zwróciły moją uwagę, zdobiąc chociażby kilkudoniczkowe „przydomowe ogródki” i w
Tokio, i w Kamakurze. Teraz, obok kwitnących
wiśni, to dla mnie kolejny symbol Japonii.
Autobus, którym
wracam do Tokio, przybywa do dworca z półtoragodzinnym opóźnieniem za sprawą gigantycznego
korka na peryferiach miasta (mimo woli przychodzi na myśl Zakopianka w
niedzielne popołudnia!). Co ciekawe, mimo zmroku światło w autobusie jest cały
czas zapalone. Obserwuję, że w innych mijanych lub mijających nas autobusach
też. Widać taki tutaj, a Japonii, zwyczaj.
Znów się nie wyśpię, jutro wcześnie rano mam pociąg do Nikkō.
Subskrybuj:
Posty (Atom)