poniedziałek, 17 sierpnia 2026

„Mój” Dzień Pozytywnie Zakręconych.

Dzisiaj jest Dzień Pozytywnie Zakręconych. A ponieważ uzurpuję sobie przywilej przynależenia do szacownego grona pozytywnie zakręconych, to traktuje ten dzień jako MOJE święto. 

AI podpowiada, że „pozytywnie zakręcony to człowiek z ogromną pasją, który ma "bzika" na punkcie swoich zainteresowań, miewa nietypowe pomysły i zaraża otoczenie optymizmem. Taka osoba nie przejmuje się schematami i wnosi do życia dużo dobrej energii.” 

Czy zarażam, to nie wiem, ale parę razy usłyszałam, że „inspiruję”.

Faktem jest, że schematami się nie przejmuję. Nietypowe pomysły też mi się zdarzają!


A mój „bzik” to podróże.

I w miarę upływających lat emerytury, coraz bardziej chce mi się podróżować.

Do miejsc, które mnie kiedyś zafascynowały a na odwiedzenie których zabrakło czasu w przeszłości.


Zerkam sobie do początku tego roku…

Zaczęłam w Kenii – styczeń/luty.



Kwietniowe plany życie mi skorygowało (incydent na Bliskim Wschodzie przewracający połączenia lotnicze do góry nogami) – tam, gdzie chciałam, nie doleciałam. Z ostrożności pojechałam na południe Francji (i do Lyonu) oraz do Monako. Ostatecznie można stamtąd wrócić na piechotę!😉



W czerwcu wpadłam na chwilę – przez przypadek zresztą – do Dublina, do pana Leopolda Blooma, głównego bohatera Ulissesa. „Załapałam się” na Bloomsday/Dzień Blooma – święto obchodzone od 1954 roku przez wielbicieli Jamesa Joysa i właśnie Ulissesa.



W lipcu wreszcie dojechałam do dawno planowanego i wielokrotnie odkładanego Liechtensteinu. Przy okazji odwiedziłam Monachium, zaglądnęłam nad Jezioro Bodeńskie, a w Salzburgu odwiedziłam Mozarta.




W sumie zajęło mi to siedemdziesiąt dni – pozostaje mieć nadzieję, że do końca roku ta liczba ulegnie zmianie (in+).

Zdjęcia obrazujące te podróże przywołują wspomnienia… miasta i wioski, brzegi morskie, rzeki i jeziora… wodospady... plaże i klify… ślady historii sprzed wieków, ale i efekt wyobraźni współczesnych architektów i budowniczych. Artystyczna spuścizna malarzy, rzeźbiarzy, ale i rękodzielników. Tych znanych i uznanych a także bezimiennych. I street art! Zwierzęta i rośliny… znane i widziane po raz pierwszy. Utarte ścieżki turystyczne i te poza utartymi szlakami.




Z pewnością nie jest to reprezentatywny wybór zdjęć! I celowo anonimowy. To raczej skromne zasygnalizowanie doświadczeń i doznań estetycznych jakie czekają na człowieka w podróży.

Może kogoś zainspirują?

Więcej zdjęć: https://www.facebook.com/share/p/1HLzCgRofm/










piątek, 7 sierpnia 2026

Prawie, że na końcu… Liechtenstein. Cz. II.

Moje pierwsze kroki w Liechtensteinie opisałam w poście: https://emerytkawpodrozy.blogspot.com/2026/08/prawie-ze-na-koncu-lichtenstein-cz-i.html

Po spacerze wzdłuż Renu, docieram najpierw do katedry św. Floryna. Tuż za katedrą zaczyna się ścisłe centrum Vaduz. To miejsce, gdzie „tradycja spotyka się z nowoczesnością” – dzielnica rządowa, w której zabytkowy Budynek Rządowy Księstwa Liechtensteinu z 1905 roku sąsiaduje z nowoczesnym zespołem budynków parlamentu i archiwum państwowego. 

Ten współczesny zespół przy Peter-Kaiser-Platz, został zaprojektowany przez firmy Architektengemeinschaft Hansjörg Göritz z Hanoweru (Niemcy) i Frick Architekten AG z Schaan (Liechtenstein). Pierwsza sesja parlamentarna odbyła się w lutym 2008 roku, rok później ukończono archiwum przylegające do budynku parlamentu.


Przed parlamentem ciekawa współczesna rzeźba „Rada” (Consilium) upamiętniająca setną rocznicę podpisania Konstytucji Liechtenstaeinu – 21 października 1921 roku. Dzieło osłonięte 21 października 2021 roku wykonał artysta z Liechtensteinu Heinz P. Nitzsche.

Nieco dalej Muzeum Narodowe Liechtensteinu, Muzeum Poczty Liechtensteinu, Muzeum Etnograficzne, Muzeum Sztuki Liechtensteinu i Fundacja Sztuki Hilti oraz Ratusz.



Największą moją uwagę zwraca budynek Muzeum Sztuki Liechtensteinu (Kunstmuseum) zaprojektowany przez szwajcarskich architektów Meinrada Morgera, Heinricha Degelo i Christiana Kereza. Budowę sześcianu z czarnego bazaltu i barwionego betonu ukończono w listopadzie 2000 roku. W 2015 roku do Kunstmuseum dobudowano nowy budynek wystawowy Fundacji Sztuki Hilti. Też sześcian, trochę wyższy, raczej prostopadłościan, w tym przypadku jasny, z otworami okiennymi w połowie wysokości i lokalami użyteczności publicznej na parterze. 



Od strony północnej budynku strzeże jedna z kobiet Ferdynanda Botero (1932–2023), kolumbijskiego artysty znanego z przedstawiania w swojej twórczości ludzi, zwierząt i przedmiotów jako przesadnie okrągłe, puszyste i masywne.

Na północnym krańcu centrum ratusz zbudowany w latach 1932–1933 według planów miejscowego architekta Franza Roeckle. Południowo-wschodnią fasadę ratusza, a właściwie balkon na tej fasadzie, zdobi fresk z 1937 roku. Przedstawia on świętego Urbana – patrona winiarzy – trzymającego pędy winorośli, „spływające” z boków drzwi balkonowych. Przedstawienie to ilustruje wciąż silną tradycję winiarstwa w Vaduz.


Przed budynkiem zwraca uwagę współczesna rzeźba „Trzy konie” (Tres Cavalli) z 2002 roku szwajcarsko-włoskiego rzeźbiarza Naga Arnoldiego (1928–2017).

Trudno mi się spaceruje po centrum Vaduz, trudno zrobić jakieś zdjęcie, żeby nie ujęło ono czegoś z „infrastruktury eventowej” – fragmenty trybun, aparatura nagłaśniająca, krzesła – czy chociażby parasoli kawiarnianych ogródków. Trwają przygotowania do jakiejś imprezy.


Coraz częściej zerkam w górę – prawie z każdego miejsca, czy to wcześniej, gdy szłam ścieżką wzdłuż Renu, czy kiedy błądziłam wśród zabudowy Vaduz, prawie z każdego miejsca widziałam wznoszący się na skale zamek Vaduz. Wejść do niego nie wejdę, ale mogę podejść i zobaczyć go również z drugiej strony. A przy okazji popatrzeć na okolice z innej perspektywy. Trochę się trzeba powspinać, ale co tam… Nie jestem jedną, to „punkt obowiązkowy” wizyty w Vaduz według folderów, przewodników czy relacji tych, którzy już tutaj byli. Wzdłuż ścieżki tablice edukacyjne z krótkimi, ale rzeczowymi informacjami o geografii, przyrodzie, ale i historii zamku i księstwa.


Zamek Vaduz usytuowany na skale na wysokości 570 m n.p.m. jest siedzibą rodziny książęcej Liechtensteinów. Najstarsza jego część powstała prawdopodobnie jeszcze w XII wieku, a pierwsza oficjalna wzmianka o Schloss Vaduz pochodzi z 1322 roku. Przez wieki zmieniali się właściciele, rodzina książęca Liechtensteinów przejęła zamek w 1712 roku, nabywając hrabstwo Vaduz.


Na początku lat 30. XX wieku zamek został rozbudowany przez księcia Franciszka Józefa II, od 1938 roku jest główną rezydencją rodziny książęcej Liechtensteinu. Nie jest dostępny dla zwiedzających

Nieco okrężną drogą wracam do centrum Vaduz. Okrężną, bo chcę zobaczyć Czerwony Dom (Rotes Hous) z 1338 roku (!), a ten wznosi się nieco poza centrum Vaduz.

Pierwsza z budowla, ta z XIV wieku nie przetrwała. Obecna struktura, wzniesiona na fundamentach i wykorzystująca fragmenty starych murów, pochodzi głównie z XIX wieku. Właśnie w połowie XIX wieku budowla zyskała nazwę – od czerwonego koloru tynków. Od 1807 roku dom należy do rodziny Rheinberger. Egon Rheinberger, malarz, rzeźbiarz i architekt rozbudował go w latach 1902-1905.



Czerwony Dom jest własnością prywatną i nie jest dostępny dla zwiedzających. Ale z przyjemnością obchodzę go dokoła – no, prawie dokoła. Powoli wracam do centrum mijając pola dojrzewających słoneczników. 


Nie mogę też nie wspomnieć, że chodząc ulicami Vaduz mijałam nie tylko zabytkowe budowle, ale - obok wspomnianego wyżej Muzeum Sztuki, również inne współczesne budowle o ciekawej architekturze. I mnóstwo pomników.

To był udany dzień.