poniedziałek, 9 lutego 2026

Z miłości. Zamek Lorda Egertona. Nakuru, Kenia


Maurice Egerton, 4. baron Egerton (1874–1958) był synem Lady Anny Louisy Taylor i Alana de Tattona. Brat i siostra zmarli w dzieciństwie, Maurice pozostał jedynym spadkobiercą olbrzymiego majątku. Pasjonat lotnictwa, motoryzacji, fotografii i polowań.

Nie wnikając w szczegóły tytułów brytyjskiego systemu  arystokratycznego - posiadając tytuł barona, Maurice Egerton był tytułowany "lordem", który to tytuł może być używany w stosunku do wszystkich stopni arystokratycznych (baronów, wicehrabiow, earlów i markizów, mimo ze lord jest w tej hierarchii stopniem najwyższym).


W czasie I wojny światowej służył jako porucznik w Ochotniczej Rezerwie Marynarki Wojennej. Po wojnie, w ramach programu Soldier Settlement Scheme (Program osiedlania żołnierzy) otrzymał ziemię w rejonie Ngata niedaleko Nakuru. Później kupił  kolejne 21 000 akrów ziemi w tym samym obszarze. Na tej ziemi Egerton założył w 1939 roku szkołę o nazwie Egerton Farm School (obecnie Egerton University), która miała "przygotowywać białą europejską młodzież do kariery w rolnictwie".

Już wcześniej zbudował niewielki dom żeby mieć gdzie mieszkać, zaraz po tym drugi, nieco większy, z czterema sypialniami. W tym też okresie Maurice Egerton zapragnął zawrzeć zwiazek małżeński. Wybranką była "jasnowłosa Angielka o imieniu Victoria" (według innych źródeł  austriacka księżniczka). Dziewczyna, po dwugodzinnej wizycie w jego dobrach, odrzuciła jego oświadczyny stwierdzając, że nie będzie mieszkała w kurniku. 


Lord nie poddał się i w 1938 roku rozpoczął budowę domu, który odpowiadałby jej gustowi i standardom na miarę jej ambicji, i która uczyniłaby go godnym jej towarzystwa. Postanowił zbudować zamek na wzór neoklasycystycznej rezydencji rodzinnej w Tatton Park w Cheshire.


Nadeszła jednak II wojna światowa i budową została przerwana. Ostatecznie została ukończona w 1954 roku. Ale i ten "dom" nie spodobał się wybrance Egertona, która po raz drugi odrzuciła oświadczyny Lorda, tym razem nazywając zamek "pomnikiem próżności", spakowała walizki i wróciła do Anglii. 


A upokorzony, zrozpaczny i rozgniewany Lord Egerton stał sie mizoginem. Zakazał kobietom wstępu do swojego domu, nawet żonom pracowników. Przyjaciele i znajomi, jeżeli chcieli widzieć się z właścicielem "musieli zostawić swoje żony przy bramie". Ten przekaz chyba lekko przesadzony - nie sądzę, żeby żony chciały w ogóle przyjeżdżać, wiedząc co je czeka.

Lord Egerton mieszkał samotnie w swoim zamku tylko cztery lata, do śmierci w 1958 roku (zmarł w wieku 83 lat).


W swoim testamencie Lord Egerton zastrzegł, że założona przez niego szkoła rolnicza ma być instytucją wyłącznie dla mężczyzn. Jednakże jego życzenia były spełniane zaledwie kilka lat. Wobec braku placówek edukacyjnych rzad Kenii nakazał przyjmowanie kobiet do szkoły.

W kolejnych latach szkoła zmieniła status - stała się uniwersytetem - Uniwersytetem Egertona, który secjalizuje się w rolnictwie i naukach pokrewnych.


W 1996 roku zamek, zarządzany przez Uniwersytet Egertona, został uznany za zabytek. Dla zwiedzajacych otwarto go w 2005 roku. A ponieważ Lord Egerton nie przewidział, że jego zamek zostanie w przyszłości zabytkiem, i nie zastrzegł w testamencie, że nie mogą go zwiedzać kobiety, mogę wejść do wnętrza i zobaczyć co czas zrobił z jego zamkiem, w którym "legiony gości podziwiały  ten ślad kolonialnego przepychu".


Do realizacji swojejego projektu zatrudnił Egerton angielskiego architekta Alberta Browna.

Zamek posiada 52 pomieszczenia spośród ktorych na pierwszym miejscu wymieniane są: sala taneczna z organami elektrycznymi oraz ciemnia fotograficzna. Poza tym "normalka": zielone marmury kominków z Włoch, płytki ceramiczne zdobiące wnętrza z Chin, cynkowe dachówki z zagranicy (brak danych zza ktorej), brytyjski dąb do wyłożenia ścian wewnątrz i budowy schodów.




Jedynymi lokalnymi materiałami budowlanymi użytymi do budowy zamku było pewnego rodzaju drewno i kamienie z okolic Nakuru.


W sali balowej miały zachwycać towarzystwo organy z 411 piszczałkami. Nie wiem czy kiedykolwieki sala balowa i organy były wykorzystywane zgodnie z przeznaczeniem (bale, przyjęcia), wiadomo natomiast, że kilkukrotnie w ciągu roku rezydent zamku zapraszał muzyków z Europy żeby posłuchać granych na organach jego ulubionych utworów. 

Wyobraźnia mnie zawodzi - nie potrafię sobie wyobrazić jak wyglądały kiedyś te pełne przepychu komnaty. W sali balowej powyrywane z podłogi klepki, zdezelowane pianino, we wpuszczonych w ściany gablotach przysypane grubą warstwą kurzu artefakty.


Większość pokoi bez żadnego wyposażenia, w niektórych niby jakieś wystawy... sprzed lat...
Pusto...
Smutno...








niedziela, 1 lutego 2026

Od kamieniołomu do obszaru chronionego - Bamburi Haller Park. Mombasa, Kenia

Park Hallera to park w Bamburi, na peryferiach Mombasy, który powstał w wyniku przekształcenia nieużytku po kamieniołomie.


Historia parku zaczyna się w latach 1952-1954, kiedy - ze względu na pokłady wapienia - zlokalizowano w tym miejscu zakład produkcji cementu (Bamburi Cement). Produkcja szybko wzrastała. Zakładane zdolności produkcyje wynosiły poczatkowo 140 tys. ton cementu rocznie, z czasem wzrosły do 1,1 mln ton rocznie. Działalność przedsiębiorstwa i intensywne wydobycie wapienia spowodowało kolosalną degradację terenu. W 1970 roku Bamburi Cemet powierzyło René Hallerowi (podobno na jego wniosek, czy raczej prośbę) zbadanie możliwości zrewitalizowania nieużytków powstałych na miejscu kamieniołomów wapienia.

René Haller (ur. 1933) – szwajcarski przyrodnik, z wykształcenia architekt krajobrazu i ogrodnik, specjalista w zakresie agronomii. W 1959 roku został zatrudniony przez Bamburi Cement do nadzorowania plantacji warzyw i owoców.


Opis trwajacej latami jego pracy - próby z różnymi roślinami, metodami przekształcenia wyjałowionej gleby w taką, na której mogłoby coś wegetować i przyciagać ptaki i owady - nie jest przedmiotem tego wpisu. Ważne jest, że po kilkunastu latach teren został przekształcony w obszar ochronny i nazwany imieniem René Hallera - Bamburi Haller Park. W 1984 roku udostępniono go zwiedzającym. 


W ostatnich dekadach XX wieku w parku zadomowiło się ponad 300 gatunków roślin, 30 gatunków ssaków i 180 gatunków ptaków.


Na terenie parku zorganizowano niewielki ogród zoologiczny i farmę rybną. Niektóre źródła mówią o ogrodzie botanicznym, ale nie znajduję go, widzę natomiast przy niektórych roślinach napisy, więc może to taki "ogród w ogrodzie".


Zresztą "ogród zoologiczny" to też za dużo powiedziane. Organizacyjnie i terytorialnie wydzielono m.in. "park gadów", "sanktuarium krokodyli", "pawilon motyli", dwa wybiegi dla hipopotamów, wybieg dla żyraf. Dużych żółwi nie widziałam - o ich istnieniu wiem z tabliczek: "siadanie na żółwiach jest zabronione". Małe żołwiki innych gatunków pływały w basenie w parku gadów. 


I nie ma co ukrywać - większość odwiedzających przychodzi tutaj właśnie dla żyraf. Bo to jedna z niewielu okazji aby na własnej dłoni podać takiej damie z długą szyją smaczki zakupione u pana strażnika. I można ją nawet pogłaskać!


A biegające między ludźmi a żyrafami (w zagrodzonej strefie ochronnej) werwety (kotawiec sawannowy z rodziny koczkodanów) mają używanie - sporo granulek karmy dla żyraf spada z rąk karmiących lub rozerwanych torebek, a one tylko na to czekają. 


Na karmienie hipopotama można tylko popatrzyć - jak pan z obsługi wrzuca do jego rozwartego pyszczydła połówki kapusty czy arbuza. I posłuchać mlaskania kiedy je pracowicie przeżuwa.


Kiedy po zaspokojeniu potrzeby nakarmienia żyrafy i popatrzenie na mlaskającego hipcia chodzę ścieżkami parku mam wrażenie, że jest nieco zaniedbany. Jedna z farm rybnych pracuje,  jest zadbana (w 1971 roku, równolegle z projektem zalesiania, rozpoczęto projekt hodowli ryb; dochody z ich sprzedaży idą na potrzeby parku), druga farma na jaką się natykam, jest opuszczona. Może tylko czasowo. 



Być może, że to co biorę za zaniedbanie jest celowym działaniem nastawionym na naturalną regeneację środowiska.


Jakkolwiek jest, bliskie spotkanie z żyrafami warte bylo przyjazdu tutaj.