Park Hallera to park w Bamburi, na peryferiach Mombasy, który powstał w wyniku przekształcenia nieużytku po kamieniołomie.
Historia parku zaczyna się w latach 1952-1954, kiedy - ze względu na pokłady wapienia - zlokalizowano w tym miejscu zakład produkcji cementu (Bamburi Cement). Produkcja szybko wzrastała. Zakładane zdolności produkcyje wynosiły poczatkowo 140 tys. ton cementu rocznie, z czasem wzrosły do 1,1 mln ton rocznie. Działalność przedsiębiorstwa i intensywne wydobycie wapienia spowodowało kolosalną degradację terenu. W 1970 roku Bamburi Cemet powierzyło René Hallerowi (podobno na jego wniosek, czy raczej prośbę) zbadanie możliwości zrewitalizowania nieużytków powstałych na miejscu kamieniołomów wapienia.
René Haller (ur. 1933) – szwajcarski przyrodnik, z wykształcenia architekt krajobrazu i ogrodnik, specjalista w zakresie agronomii. W 1959 roku został zatrudniony przez Bamburi Cement do nadzorowania plantacji warzyw i owoców.
Opis trwajacej latami jego pracy - próby z różnymi roślinami, metodami przekształcenia wyjałowionej gleby w taką, na której mogłoby coś wegetować i przyciagać ptaki i owady - nie jest przedmiotem tego wpisu. Ważne jest, że po kilkunastu latach teren został przekształcony w obszar ochronny i nazwany imieniem René Hallera - Bamburi Haller Park. W 1984 roku udostępniono go zwiedzającym.
W ostatnich dekadach XX wieku w parku zadomowiło się ponad 300 gatunków roślin, 30 gatunków ssaków i 180 gatunków ptaków.
Na terenie parku zorganizowano niewielki ogród zoologiczny i farmę rybną. Niektóre źródła mówią o ogrodzie botanicznym, ale nie znajduję go, widzę natomiast przy niektórych roślinach napisy, więc może to taki "ogród w ogrodzie".
Zresztą "ogród zoologiczny" to też za dużo powiedziane. Organizacyjnie i terytorialnie wydzielono m.in. "park gadów", "sanktuarium krokodyli", "pawilon motyli", dwa wybiegi dla hipopotamów, wybieg dla żyraf. Dużych żółwi nie widziałam - o ich istnieniu wiem z tabliczek: "siadanie na żółwiach jest zabronione". Małe żołwiki innych gatunków pływały w basenie w parku gadów.
I nie ma co ukrywać - większość odwiedzających przychodzi tutaj właśnie dla żyraf. Bo to jedna z niewielu okazji aby na własnej dłoni podać takiej damie z długą szyją smaczki zakupione u pana strażnika. I można ją nawet pogłaskać!
A biegające między ludźmi a żyrafami (w zagrodzonej strefie ochronnej) werwety (kotawiec sawannowy z rodziny koczkodanów) mają używanie - sporo granulek karmy dla żyraf spada z rąk karmiących lub rozerwanych torebek, a one tylko na to czekają.
Na karmienie hipopotama można tylko popatrzyć - jak pan z obsługi wrzuca do jego rozwartego pyszczydła połówki kapusty czy arbuza. I posłuchać mlaskania kiedy je pracowicie przeżuwa.
Kiedy po zaspokojeniu potrzeby nakarmienia żyrafy i popatrzenie na mlaskającego hipcia chodzę ścieżkami parku mam wrażenie, że jest nieco zaniedbany. Jedna z farm rybnych pracuje, jest zadbana (w 1971 roku, równolegle z projektem zalesiania, rozpoczęto projekt hodowli ryb; dochody z ich sprzedaży idą na potrzeby parku), druga farma na jaką się natykam, jest opuszczona. Może tylko czasowo.
Być może, że to co biorę za zaniedbanie jest celowym działaniem nastawionym na naturalną regeneację środowiska.
Jakkolwiek jest, bliskie spotkanie z żyrafami warte bylo przyjazdu tutaj.
Więcej zdjęć: https://www.facebook.com/share/p/1AbV85jz7F/

















