czwartek, 10 września 2020

Lankijski parlament. Sri Dźajawardanapura Kotte, Sri Lanka



Wczoraj widziałam zaprojektowaną przez Geoffreya Bawę świątynię Seema Malaka (http://emerytkawpodrozy.blogspot.com/2020/05/seema-malaka-kolombo-sri-lanka.html) w Kolombo. Żeby zobaczyć najbardziej chyba znaczącą realizację Bawy, muszę pojechać do Sri Dźajawardanapury Kotte.

Pan w informacji turystycznej tonem wszystkowiedzącego informatora tłumaczy mi, a nawet podaje różne warianty (bliżej lub dalej celu), jak dojechać z przystanku najbliższego mojemu hotelowi do konstytucyjnej stolicy Sri Lanki. Są bezpośrednie autobusy, nie muszę się przesiadać? Wspaniale! Po czym pan bardzo sprawnie wchodzi na stronę, na której można dokonać oceny jego usługi i skłania mnie do napisania pozytywnej opinii. No cóż, w końcu to jedna z najbardziej kompetentnych informacji, jakiej od dłuższego czasu wysłuchałam…

Kiedy jednak dzień później czas oczekiwania na wskazany przez niego autobus wydłuża się, jestem zmuszona zasięgnąć informacji u innych osób czekających na przystanku. Okazuje się, że ani z tego przystanku, ani nie ten numer autobusu. Szkoda mi było czasu, żeby ponownie wejść na właściwą stronę sieci i skorygować swoją opinię o tym punkcie informacji turystycznej wymuszoną przez jej pracownika.
W końcu docieram do przystanku Maradana. Kiedy jednak podjeżdża właściwy autobus i wsiadam do niego, chwilę później okazuje się, że jadę nie w tym kierunku – pan konduktor prawdopodobnie nie zrozumiał mojego pytania (czy autobus jedzie do Kotte) i potwierdził – nie chcąc się blamować prośbą o powtórzenie pytania – że jadę tam, dokąd chcę jechać.
Tak więc z przygodami, rankiem świtkiem koło południa docieram do byłej stolicy Królestwa Kotte (XIII–XIV), od 1982 roku stolicy współczesnej Sri Lanki, odległej zaledwie o dziesięć kilometrów od centrum Kolombo. 


Decyzję o uczynieniu tej miejscowości stolicą podjęto już w 1977 roku, wtedy też przystąpiono do porządkowania terenu pod budowę nowego parlamentu na wyspie o powierzchni pięciu hektarów na jeziorze Diyawanna Oya, na której w czasach królestwa Kotte była rezydencja jednego z ówczesnych ministrów. Nowy parlament został zaprojektowany przez Geoffreya Bawę, a wybudowany – przez japońskie konsorcjum za gigantyczną kwotę 25,4 miliona dolarów w zaplanowanym okresie 16 miesięcy. Został oddany do użytku 29 kwietnia 1982 roku, równocześnie z inauguracją nowej stolicy.

Wbrew wczorajszej „kompetentnej” informacji żaden autobus nie podjeżdża na odległość bliższą niż ponad kilometr od granic terenu zamkniętego wokół jeziora, po jego północnej stronie, czyli tam, gdzie znajduje się wejście do parlamentu. Od posterunków kontrolnych do wejścia na półkilometrowej długości groblę prowadzącą na wyspę jest również prawie pół kilometra. Aby wejść do parlamentu, trzeba zostawić wszystko – dosłownie. Nie można mieć ze sobą nawet saszetki z dokumentami, nie mówiąc o aparacie fotograficznym czy telefonie. Kiedy już zaczynam wypełniać stosowny dokument, kiedy dowiaduję się, że całe oprowadzanie trwa dwie godziny, podczas których zostanie mi przedstawiony dokładnie sposób funkcjonowania parlamentu Sri Lanki, zaczynam się zastanawiać, czy ja na pewno chcę w tym uczestniczyć. Przecież interesuje mnie głównie, a może tylko, architektura budynku, a nie system sprawowania władzy ustawodawczej w tym państwie. A południe już dawno minęło, a to już mój ostatni dzień w Sri Lance, a mam jeszcze kilka miejsc do zobaczenia w Kolombo. Podejmuję szybką, choć nie jestem przekonana, czy słuszną decyzję. Odbieram swoje rzeczy i spacerkiem – długim – wobec rozmiarów obszaru kontrolowanego przez wojsko, idę na wschodni brzeg jeziora. Z mapy wynika, że budynek znajduje się najbliżej tego brzegu, może zatem „coś” jednak zobaczę. O ile zasieki ochrony tam nie sięgają…
 
Nie sięgają. Z promenady nad brzegiem jeziora parlament widać zupełnie dobrze. Chwilę rozkoszuję się widokiem kilku zgrabnie skomponowanych w jeden kompleks budynków różnej wysokości, otoczonych kolumnadami i pokrytych czterospadowymi dachami z rozszerzającymi się ku dołowi połaciami. Fajnie byłoby popatrzeć na rozwiązania architektoniczne wewnątrz i pomiędzy poszczególnymi pawilonami, jednak widać nie było mi dane tego doświadczyć. Wracam do Kolombo. 

 
Jeszcze jeden budynek zaprojektowany przez Bawę, jego mieszkanie w Kolombo, też oglądam tylko z zewnątrz. Teraz jest to muzeum, ale możliwe do zwiedzenia o określonych porach i tylko po uprzednim umówieniu się. Wiedziałam o tym i na zwiedzanie nie liczyłam, ale dom jest tak trochę po drodze, gdy wracam z Parku Viharamahadevi, zatem szkoda byłoby nie skręcić z głównej ulicy i nie zobaczyć go. Niewątpliwie różni się od domów sąsiadów.

 











1 komentarz:

  1. A myślałam że stolicą jest Kolombo, a tu niespodzianka.
    Fajna relacja z ciekawej wyprawy:)))

    OdpowiedzUsuń