poniedziałek, 15 czerwca 2020

Ginza – teatr Kabuki i suczka Chirori – ostatni spacer po Tokio. Japonia



Moja podróż po Japonii zbliża się ku końcowi, ostatnie dwa dni spędzam w Tokio. Znów muszę dokonać wyboru co chcę i zdążę jeszcze zobaczyć.
Nie byłam jeszcze w Ginza, jednej z najbardziej popularnych (i najdroższych) dzielnic japońskiej stolicy. Nie byłam w „eleganckiej i stylowej dzielnicy, gdzie atmosfera retro splata się z nowoczesnością”.

Niewątpliwie reprezentantem tego „retro” jest teatr Kabuki. Wpisany na listę Niematerialnego Dziedzictwa UNESCO teatr Kabuki to jeden z gatunków japońskiego teatru klasycznego wywodzącego się z XVII wieku. Wyróżnia się silną ekspresją i bogatą charakteryzacją aktorów, tylko mężczyzn. Łączy w sobie dialog, taniec i pantomimę, czasem widowisko kukiełkowe. Scenariusze nawiązują do narodowych legend.

Pierwszy budynek teatru został wzniesiony z drewna w 1889 roku. W 1921 roku spłonął w wyniku niesprawności instalacji elektrycznej. Rozpoczęto odbudowę z materiałów ognioodpornych „zgodnie z tradycyjną japońską architekturą”, ale trzęsienie ziemi w 1923 roku zniweczyło dotychczasowe wysiłki. Odbudowany rok później teatr nie oparł się jednak alianckim bombardowaniom w czasie II wojny światowej. Otwarto go ponownie w 1950 roku, zachowując styl, jaki uzyskał w 1924 roku. W planie jest kolejna przebudowa – tuż za zabytkowym budynkiem ma powstać wieżowiec, przejmując częściowo funkcje administracji teatru. Zdjęcie budynku, jakie robię, bez wieżowca w tle, będzie unikalnym dowodem przemijania.

Spektakle rozpoczynają się już przed południem, czasami trwają wiele godzin. Można jednak wykupić bilet tylko na jeden akt – to propozycja chyba głównie dla turystów. Wybieram się na godzinę 11:00. Zbliżając się do budynku teatru, widzę masę ludzi, niektórzy siedzą na przyniesionych ze sobą krzesełkach. Dziwne, Japończycy i krzesełka?! Jestem zupełnie zdezorientowana. Gdzie wejście, gdzie są jakieś kasy, gdzie jakiś koniec kolejki?

Powoli przepychając się przez tłum, znajduję jednak kasy, pokazuję jednemu z porządkowych ulotkę z godzinami spektakli otrzymaną wcześniej w biurze informacji turystycznej. Pan daje mi do zrozumienia, że mam iść za nim, wiedzie mnie do kas znajdujących się po przeciwnej stronie budynku. Jestem mu bardzo wdzięczna, bo nie tylko wskazał kierunek, dokąd powinnam iść, ale doprowadził mnie do celu. Znalezienie właściwych okienek w tym tłumie nie byłoby łatwe.


Jestem przy kasach, w których sprzedawane są bilety na jeden tylko akt. Kolejka, w której nie widzę Japończyków, ustawiła się na schodach. Koniec na drugim piętrze. Wraz ze sprzedażą kolejnych biletów przesuwa się w dół. Pół godziny później dochodzę do kasy i już z biletem w ręce ponownie wspinam się do góry, tym razem na balkon trzeciego piętra. Napisy przy okienku kasy głosiły, że są to miejsca stojące. W rzeczywistości na tym balkonie jest około osiemdziesięciu miejsc siedzących. Gdybym przyszła pół godziny wcześniej, pewnie bym się załapała na miejsce siedzące. Ale jakoś tę godzinę wytrzymam.

Wytrzymałam. I nie oszukujmy się. Mimo zapoznania się z krótkim streszczeniem zupełnie nie zrozumiałam, o co w tym przedstawieniu chodzi. Co nie znaczy, że nie oglądałam z przyjemnością popisów aktorów w maskach i w historycznych strojach.

Zupełnie niedaleko teatru Kabuki zaczyna się „inna bajka” – nowoczesność – podążając za przytoczonym wyżej sloganem. Ale zanim zacznę swoje spotkanie z nowoczesnością Ginzy, postanawiam chwilę odpocząć. Przysiadam, w otoczeniu wszechobecnych onętek, na skwerku niedaleko teatru. W centralnej części pomnik psa z pięcioma szczeniakami. Pomnik poświęcono legendarnej Chirori, którą na początku lat dziewięćdziesiątych znaleziono porzuconą wraz z jej potomstwem. Wyszkolono ją na pierwszego w Japonii psa-terapeutę. Do swojej śmierci w 2006 roku odwiedzała szpitale, pomagając chorym w rekonwalescencji. Zapoczątkowała cały program szkolenia psów wspomagających terapię chorych i niepełnosprawnych i doczekała się pomnika.

 












 
Dokoła skwerku rodzaj amfiteatru, na siedzeniach którego zrobiło się teraz, w porze lunchu, dosyć tłoczno. Większość z przysiadających dzierży w dłoniach pojemniki z daniami na wynos. I ja wyjmuję z plecaka coś do zjedzenia…

Sąsiad z prawej kilka razy zerka w moją stronę, mam wrażenie, że chce mi coś powiedzieć, pewnie zapytać, skąd jestem. W końcu pan odkłada swoje danie i na migi mówi mi, żebym dała mu swój aparat, to zrobi mi zdjęcie. Ależ oczywiście, czemu nie. Nigdy za dużo zdjęć pod tytułem „my tam byli”. Pan wraca do swojego dania, a ja kontynuuję spotkanie z Ginzą. 





1 komentarz:

  1. Fantastyczna przygoda, kolejne marzenie zrealizowane. Dziękuję za piękną podróż:)))

    OdpowiedzUsuń