poniedziałek, 22 czerwca 2020

Tam, gdzie urodził się Budda – Lumbini, Nepal. Cz. I.



Plan, aby przed wyjazdem do Lumbini przejść się uliczkami Surahy (Park Narodowy Ćitwan), spełzł na niczym. Ranek przywitał mnie ulewnym deszczem, jakiego już od dawna nie widziałam. Na szczęście już tylko siąpi, gdy muszę jechać na dworzec autobusowy. Wyjeżdżamy prawie punktualnie, ale podróż do Lumbini – 160 kilometrów – zajmuje nam blisko sześć godzin. Zbliża się 15:00, gdy rozkopanymi ulicami wioski Lumbini Bazar dojeżdżamy do jej „centrum”. Polecany w przewodniku hotel chyba rzeczywiście cieszy się powodzeniem, bo kieruje się do niego większość obcokrajowców, który jechali w tym samym autobusie. Tyle że większość z nich ma zarezerwowany nocleg. Ja i Ola – Francuzka z polskimi korzeniami, którą poznałam w autobusie (rozmawiamy po polsku) – nie dokonałyśmy wcześniejszej rezerwacji. Pokoje wolne są, co prawda poniżej standardu, ale są. Szkoda nam czasu, żeby szukać innego lokum, zostajemy i od razu idziemy zobaczyć to, po co do Lumbini przyjechałyśmy. Ola zaczyna od czasów najnowszych, ja zaczynam „od początku”.

Ten „początek” to rok 563 p.n.e. Królowa Maya Devi (w języku pali: Māyādevi), żona przywódcy klanu Siakjów, Suddhodany Gotamy, władcy miasta Kapilavastu (obecnie Tilaurakot, 27 kilometrów na wschód od Lumbini), wybrała się w odwiedziny do swojego ojca w królestwie Devadaha – miejsce to nie zostało jeszcze zidentyfikowane przez archeologów. Była brzemienna i chciała urodzić dziecko w swoim rodzinnym domu. Dziecko poczęte w niezwykły sposób – weszło do łona matki jako biały słoń. Po drodze Maya (co znaczy „iluzja”) Devi zatrzymała się w gaju Lumbini, założonym przez jej ojca, który nazwał go imieniem żony. Chciała odpocząć i ochłodzić się w wodach stawu Puskarini. Po kąpieli zrobiła 25 kroków, poczuła bóle porodowe i na stojąco, podtrzymując się ręką gałęzi damarzyka mocnego (Shorea robusta), powiła chłopca. On zresztą też nie urodził się jak zwykli śmiertelnicy, ale wyszedł z ciała Mai Devi prawym bokiem. Natychmiast po przyjściu na świat dziecko zostało obmyte wodą z tegoż stawu i położone na kwiatach lotosu, po czym wstało i postawiło po siedem kroków w kierunku każdej ze stron świata. I już było wiadomo, że nie jest to takie zwyczajne dziecko. Dano mu imię Siddhartha, które oznacza „ten, który osiągnął cel”, chociaż bardziej znany jest jako Budda Siakjamuni (Siakjamuni, czyli „z rodu Siakjów”).
Siedem dni po urodzeniu syna Maya Devi zmarła. Dzieckiem zaopiekowała się jej siostra Pradźapati Gautami (Mahapajapati, Pajapati), która też była żoną Suddhodany Gotamy.


Mam do zwiedzenia spory obszar – z mapy wynika, że jego długość to blisko 5 kilometrów, szerokość – prawie 1,5 kilometra. Scena wydarzeń z 563 roku p.n.e. to Święty Ogród, do którego tuż po śmierci Buddy w 483 roku p.n.e. zaczęli napływać pielgrzymi. Powstawały świątynie, klasztory i stupy, a w 249 roku p.n.e. przybył z pielgrzymką sam indyjski cesarz Aśoka, rok wcześniej nawrócony na buddyzm. Nie tylko przybył, ale upamiętnił swoją wizytę i miejsce, do którego pielgrzymował, ufundowaniem kolumny z inskrypcją, w dwóch językach, poświadczającą fakt narodzin Buddy w tym właśnie miejscu. A jakby tego było mało, to swoją inskrypcję na tej samej kolumnie dodał jeszcze jeden z monarchów, Ripu Malla, w XIV już wieku. W źródłach pisanych Lumbini jako miejsce narodzin Buddy zostało po raz pierwszy wymienione w pismach buddyjskich z III i IV wieku n.e.


Lata i wieki mijały, pątnicy do Lumbini przybywali ze wszystkich stron świata aż do XV wieku, kiedy pielgrzymki z niewiadomego powodu ustały, a opuszczone świątynie i klasztory popadły w ruinę i zarosły dżunglą. Chociaż już wcześniej chińscy mnisi, którzy odwiedzili Lumbini – Fa Hsien w 403 roku n.e. i mnich Hiuen Tsang (Xuanzang) w 636 roku n.e. – sygnalizowali dewastację zarastającej roślinnością świątynnej zabudowy tego miejsca.















Zapomnianymi ruinami zainteresowali się w XIX wieku archeolodzy. Jednym z pierwszych znalezisk, w 1896 roku, była kolumna Aśoki. Wykopaliska na większą skalę prowadzono już w XX i XXI wieku.


Jestem trochę zawiedziona tym, co widzę po wejściu na teren Świętego Ogrodu. Płaski, współczesny budynek na planie kwadratu oznaczony jako świątynia Mai Devi jakoś nie pasje mi do wagi tego miejsca. Dopiero po chwili, po przeczytaniu kilku tablic edukacyjnych, poznaję jego historię. Po pierwszych pracach archeologicznych, w latach trzydziestych XX wieku, postawiono świątynię upamiętniającą narodziny Buddy. Rozebrano ją w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, aby ułatwić dokładniejsze badania archeologiczne. Przyczyniła się do tego śmierć wielkiego figowca, który padając, odsłonił relikty sprzed wieków, między innymi charakterystyczny kamień, który jest uważany przez wielu naukowców za kamień oznaczający miejsce narodzin Buddy. Odkryto go w 1996 roku (!), jakkolwiek wspominał już o nim w swojej relacji z podróży mnich Hiuen Tsang. Prowadzone teraz już na szeroką skalę drobiazgowe badania pozwoliły na odkrycie resztek budowli z V wieku p.n.e., które zostały zinterpretowane jako najstarsze na świecie święte miejsce buddyzmu.
W 2002 roku nad tą świątynią wzniesiono pawilon, który wzbudził moją dezaprobatę, a którego zadaniem jest tylko ochrona starożytnych ruin przed wpływem czynników atmosferycznych.


Poprowadzone we wnętrzu pawilonu chodniki, wykonane częściowo z hartowanego szkła, umożliwiają oglądanie ruin pierwszej świątyni, tej z V wieku p.n.e., i wiodą do niewielkiej platformy w centralnej części. Z niej można spojrzeć w dół na „kamienny znak” o rozmiarach 70×40×10 centymetrów upamiętniający znamienne w skutkach zdarzenie sprzed dwudziestu sześciu prawie wieków. Nad nim, nieco powyżej poziomu naszych głów, wisi jeszcze jedna pamiątka dawnych czasów. To Narodowa Rzeźba – wykute w kamieniu, w IV wieku n.e., wyobrażenie sceny przyjścia na świat księcia Siddharthy. Zniszczona, ale można rozpoznać figurę kobiety dotykającej prawą ręką gałęzi drzewa, podtrzymującej ją drugiej kobiety i dziecię stojące między nimi. Dwóch figur niebiańskich pomagających w porodzie wypatrzyć nie potrafię.


Oczywiście nie jestem tutaj sama. Przed platformą ustawiła się dość długa kolejka, ale przemieszcza się sprawnie – jak zawsze, kiedy nie można fotografować. O tym, jak kamień wygląda, będzie mi przypominało zdjęcie tablicy edukacyjnej z fotografią tej buddyjskiej świętości. Kiedy tak stoję w tej cichej (o dziwo!) kolejce i patrzę na ludzi, to wyraźnie widać, że podróżników i turystów jest zdecydowanie mniej. W większości kolejkowiczów rozpoznaję pielgrzymów.

Dokoła pawilonu można się zagubić w ruinach stup, świątyń. Można też przyglądnąć się kolumnie Aśoki. Jest do połowy wkopana w ziemi, powyżej poziomu gruntu widać zaledwie trzy metry. Inskrypcja jest widoczna, obok tablica z tłumaczeniem.

Staw Pokarini, za pawilonem, otoczony jest trzystopniowym ocembrowaniem. Jakże inaczej musiał wyglądać, kiedy kąpała się w nim Maya Devi! Na przeciwległym jego brzegu, dokoła wiekowego figowca pagodowego, przystrojonego flagami modlitewnymi i lampionami siedzą na matach buddyjscy mnisi. Niektórzy coś czytają. Myślę, że gdybym mała więcej czasu i mogła dłużej posiedzieć, doczekałabym się recytacji buddyjskich tekstów.

 













Pomyśleć, że gdybym przyjechała tutaj w latach mojej młodości, zastałabym zupełnie inny obrazek! Zagospodarowaniem terenu zajęto się dopiero w latach siedemdziesiątych XX wieku. Zadanie to powierzono japońskiemu architektowi i urbaniście, Kenzō Tange (1913–2005).

Ciąg dalszy:
http://emerytkawpodrozy.blogspot.com/2020/06/tam-gdzie-urodzi-sie-budda-lumbini_28.html?m=1







2 komentarze:

  1. Pięknie opowiedziałaś tę historię! Ciekawe miejsce kultu religijnego, jakże inne od naszych, chrześcijańskich:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Miejsce bardzo ciekawe, mogę tylko ubolewać, ze byłam tak krótko. Ale materiału na kolejny wpis (za kilka dni) wystarczyło.

      Usuń