wtorek, 16 lipca 2019

Wąż wężowi nierówny...



W naturze występuje na wszystkich kontynentach (poza Antarktydą), w jednym z ponad 3000 opisanych gatunków. W sztuce pojawia się we wszystkich chyba kulturach, i religiach, i krajach. I nie ma chyba zwierzęcia o tak zróżnicowanej symbolice jak wąż, żeby wymienić tylko niektóre: pokusa, grzech, podstęp, głupota, zło, zniszczenie, śmierć, zazdrość, tajemnica ale i mądrość, dociekliwość, przyjemność, energia, podświadomość, ostrożność, proroctwo, logika. Wąż bywa przedmiotem kultu, jest symbolem medycyny (Laska Eskulapa).

A skoro wąż jest gatunkiem tak powszechnym – i w realu, i w kulturze różnych krajów – to nie można się dziwić, że prawie w każdej mojej podróży dochodzi do „bliskich spotkań”.

Na temat „wąż w sztuce i architekturze” mogłabym stworzyć kilka postów, ograniczę się do jednego przykładu przytaczając fragment eEmerytki w Wietnamie


Da Nang (Wietnam) pozostanie w mojej pamięci miastem smoków. Bo chociaż ze smokami spotykam się w Wietnamie, jak zresztą w innych azjatyckich miastach, codziennie, to tutaj znajduję dwa szczególne.

W samym centrum miasta brzegi rzeki Han spaja Smoczy Most oddany do użytku 29 marca 2013 roku, w 38. rocznicę wyzwolenia miasta. Żółte, stalowe cielsko smoka mające sześćset sześćdziesiąt sześć metrów długości wygina się w trzy przęsła wijące się pośrodku jezdni. Sama głowa potwora ma siedemdziesiąt dwa metry. Nie ma obawy, że ktokolwiek przybywający do miasta nie zauważy go i nie zapamięta.

 














Niewielu zapewne zobaczy jednak skromnego, mającego „zaledwie” pięćdziesiąt siedem metrów długości smoka w parku poza uczęszczanymi przez przyjezdnych szlakami. Moje spotkanie z nim też jest przypadkowe. Szukam przystanku, z którego odjeżdżają autobusy do Hoi An i nagle znajduję się w otoczeniu zielonej małpy, żubra, psa, węża – sztuka formowania figur z krzewów jest tutaj bardzo popularna i zielona menażeria właściwie nie robi już na mnie większego wrażenia. 

Ale porcelanowy stwór na niewielkim skwerku kilkanaście metrów dalej – już tak. Zamieszkał w parku kilka lat temu z okazji festiwalu kwiatów. I tak sobie pozostał.

















Wykorzystanie porcelany w zdobieniu elewacji pagód czy płaskorzeźb jest w Azji powszechne – ale zwykle są to kawałki potłuczonej porcelany. Łuski na grzbiecie bestii, przed którą stoję, wypustki łba, wachlarz ogona i szpony łap zostały pracowicie ułożone z całych elementów porcelanowej zastawy. Owalne półmiski, okrągłe spodki i talerzyki, czarki, kieliszki, a nawet charakterystyczne porcelanowe chińskie łyżki tworzą skórę fikcyjnego zwierza. Wzdłuż grzbietu biegnie – nie wiem, jak nazwać tę część ciała smoka, wykorzystam więc terminologię wziętą z architektury – fryz zrobiony z filiżanek włożonych jedna w drugą. Plątanina kabelków z mikroskopijnymi żaróweczkami oplatająca porcelanowego stwora podpowiada, jak ciekawie musi on wyglądać już po zachodzie słońca.
















W malezyjskim Georgetown odwiedziłam buddyjską Świątynię Węży. Jak głosi legenda, pewien bogobojny człowiek udzielił niegdyś wężom schronienia w świątyni, chroniąc je przed niebezpieczeństwem, a one zadomowiły się na stałe. I rzeczywiście, węże (grzechotniki) są, ale, wbrew informacjom zawartym w przewodnikach, nie pełzają po ołtarzach i filarach, lecz leżą spokojnie, zwinięte na konstrukcjach z patyków, chyba odurzone dymem z palących się kadzideł.















Najwięcej żywych węży spotkałam na Kaukazie – czterokrotnie nieomal uciekły mi spod nóg – ale pozować nie chciały. Zdarzyło mi się jednak kilka wijących się gadów z całkiem niedużej odległości oglądać – i nie mam tu na myśli tych zniewolonych w klatkach ogrodów zoologicznych (poza tym jednym, który wybrał wolność…) – nie wnikając, który z pozujących bohaterów jest wężem a który żmiją (jednym z jadowitych gatunków węży).












Te dwa również są wykorzystywane do pozowania do zdjęć turystów – na zapleczu Świątyni Węży w Georgetown (Malezja)