wtorek, 19 marca 2019

Mesrop Masztoc i Matenadaran. Erywań, Armenia



W końcu XIX wieku Erywań był zapadłą mieściną, w której mieszkało niespełna 30 tysięcy mieszkańców. Dzisiaj to ponad milionowa metropolia. Zbudowana głównie z różowego tufu. Jej współczesny plan został wytyczony w latach 20. XX wieku przez architekta Aleksandra Tamaniana (1878–1936), który uznał, że główne bulwary miasta powinny biec w kierunku góry Ararat. Ścisłe centrum o średnicy półtora kilometra opasuje pierścień ulic i parków.

Trochę poza centrum znajdują się dwa obiekty z dwóch przeciwstawnych biegunów na osi czasu, dla których – nawet gdyby w Erywaniu nic innego nie było do zobaczenia – warto do stolicy Armenii przyjechać. Jeden to Matenadaran nawiązujący do schyłku starożytnej historii Armenii, drugi to Centrum Sztuki Cafesjiana – sztuki najnowszej pokazanej we wnętrzu na miarę XXI wieku.

Słowo matenadaran dosłownie oznacza repozytorium ksiąg. W przeciwieństwie jednak do repozytoriów znajdujących się w innych miastach i krajach ten zbiór ksiąg ma znaczenie szczególne. Aby to zrozumieć, trzeba się wrócić myślą do IV wieku, do czasu, kiedy żył mnich Mesrop Masztoc, późniejszy święty Kościołów ormiańskiego i katolickiego, który od 392 do 406 roku pracował nad stworzeniem alfabetu ormiańskiego. Mniej więcej w tym czasie, kiedy powstał alfabet, Armenia utraciła niepodległość.


Patrząc na kamienną postać Mesropa Masztoca strzegącego wejścia do Matenadaranu, przypominam sobie, co napisał Ryszard Kapuściński w reportażu Wanik, czyli druga Armenia[1]:
„Jest zdumiewające, że wymysł mało wówczas znanego mnicha mógł się tak natychmiast powszechnie przyjąć. A jednak to fakt! Już wówczas musiała istnieć wśród Ormian silna potrzeba identyfikacji i wyodrębnienia. […] Pobita na polu oręża, Armenia szuka ocalenia w scriptoriach. […] Czym jest scriptorium? Może to być cela, czasem izba w lepiance, nawet – pieczara skalna. W takim scriptorium stoi kopista i pisze. […] Tak powstaje to unikalne w kulturze światowej zjawisko: ormiańska książka. Mając swój alfabet Ormianie zaraz biorą się do pisania książek. Sam Masztoc daje przykład. Ledwie objawił alfabet, a już go zastajemy przy tłumaczeniu Biblii. […] Zaczynają powstawać całe biblioteki. Musiały to być zbiory ogromne: w 1170 roku Seldżucy niszczą w Suniku bibliotekę składającą się z 10 tysięcy tomów. Są to wszystko ormiańskie manuskrypty. Do dziś zachowało się 25 tysięcy ormiańskich manuskryptów. Z tego ponad 10 tysięcy znajduje się w Erewanie, w Matenadaranie. Kto chciałby obejrzeć resztę, musiałby odbyć podróż dookoła świata. […] Najpierw pisali na skórach, potem już na papierze. […] Kto umiał czytać i pisać, kopiował, ale byli zawodowi kopiści, którym całe życie zeszło za pulpitem. Owanes Mankaszarenc przepisał w XV wieku 132 księgi. […] Wiele tych ksiąg jest arcydziełem sztuki poligraficznej. Złote armie ormiańskich literek pełzają przez setki stronic. Kopiści byli jednocześnie wybitnymi malarzami. W książce ormiańskiej sztuka miniatury osiąga światowe wyżyny. Zwłaszcza nazwiska dwóch miniaturzystów – Torosa Roslina i Sarkisa Picaka – błyszczą nieśmiertelnym blaskiem. […] Losy tych ksiąg to historia Ormian”.
Czyż trzeba jeszcze coś więcej dodawać?















Pozostaje mi tylko wejść do wnętrza i przez szyby gablot popatrzeć na bezcenne dzieła. Podziwiać kolory i złocenia, które przetrwały dziejowe zawieruchy. Ewangelie, modlitewniki, zbiory kazań, dzieła filozoficzne, historyczne, poematy średniowiecznych poetów, książki medyczne, receptury… W formie tradycyjnej książki i w formie zwojów, teraz rozwiniętych, a nawet na korze brzozowej. Zachwycają nie tylko precyzyjnie pisane litery – chociaż nie rozumiem tekstu (podobnie jak wielu Ormian, ponieważ to język staroormiański), nie tylko zdobiące karty ksiąg miniatury, lecz także okładki, które same z siebie są dziełami sztuki – ze skóry i z drewna, zdobione metalowymi ornamentami. Ze srebra i złota, repusowane i upiększone szlachetnymi kamieniami. Historia niejednej księgi pisana jest śladami miecza, ognia, zacieków wody, krwi, ziemi. Niektóre księgi przebyły drogę tysięcy kilometrów, aby wrócić do ojczyzny ofiarowane Matenadaranowi przez umierających na obczyźnie, gdzie znalazły się wywiezione przez przodków traktujących je jak relikwie.


Poza główną ekspozycją, mieszczącą się zaledwie w trzech salach, mogę oglądnąć jeszcze wystawę: „Polscy Ormianie: tradycje piśmiennicze”. Wystawa poświęcona jest 650-leciu utworzenia diecezji ormiańskiej we Lwowie (1367–2017).


Podstawą zbioru, którego nieliczne tylko egzemplarze mogłam zobaczyć, jest księgozbiór gromadzony przez wieki w Katolikosacie Autokefalicznego Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego w Eczmiadzynie. To tam, jeszcze w czasach Mesropa Masztoca, powstał pierwszy Matenadaran. W 1920 roku księgozbiór został upaństwowiony, a w 1939 przekazano go władzom radzieckiej Armenii i przemieszczono do Erywania. Ostatecznie zbiory przeniesiono do budynku wzniesionego w latach 1945–1957, w którym właśnie jestem. Miejsce, w którym go wybudowano, nie jest przypadkowe – budynek opiera się o szczyt wzgórza. W jego skałach wydrążono magazyny, gdzie przechowywane są zbiory, które nie są w tej chwili udostępnione do oglądania. To dla bezpieczeństwa w przypadku naturalnego lub spowodowanego przez ludzi kataklizmu. 


Z niedosytem – jak zwykle – opuszczam Matenadaran, jednak myślami jestem już „w”, a może „na” Kaskadzie. Jeżeli wierzyć wirtualnej mapie, to nie muszę schodzić (Matenadaran jest na sporym wzgórzu) do centrum, ale mogę przejść bocznymi uliczkami wprost na najwyższy poziom Centrum Sztuki Cafesjiana, nazywanego popularnie „Kaskadą”. Pani z obsługi Matenadaranu potwierdza – tak można przejść „górą”. Dziesięć minut później jestem na monumentalnych schodach kompleksu architektonicznego poświęconego sztuce.

Wizycie w Centrum Sztuki Cafesjiana poświęcę jeden z kolejnych postów.

Inne posty o Armenii:


[1] Ryszard Kapuściński, Kirgiz schodzi z konia. Chrystus z karabinem na ramieniu, Czytelnik, Wydanie II, Warszawa 1990




poniedziałek, 11 marca 2019

Lin An Tai – poza utartymi szlakami w Tajpej. Tajwan


W latach 1783–1785 bogaty kupiec Lin Chin Neng, którego ojciec kilkanaście lat wcześniej przybył na Tajwan z okręgu Anxi w prowincji Fujian (Chiny), wybudował sobie posiadłość. Wszystkie budynki składające się na nią wznoszono zgodnie z zasadami feng shui oraz najlepszymi wzorami architektury Fujian. Posiadłość otrzymała nazwę Lin An Tai. Lin to imię właściciela, An to początek nazwy okręgu, z której pochodzili przodkowie inwestora, a Tai to fragment nazwy Rong Tai Company – biznesu, który założył jego ojciec, a który on sam skutecznie kontynuował.

W 1983 roku posiadłości groziło zrównanie z ziemią – wszak rozwój komunikacji miejskiej postępował szybko i bezwzględnie. Lin An Tai została przeniesiona w obecne miejsce. Trudno – nawet za cenę nowej drogi – unicestwić najstarsze budowle w mieście!

Nie tylko najstarsze, ale i bardzo cenne, właściwie bezcenne. Pod względem artystycznym. Każdy detal, każdy szczegół ma tutaj znaczenie. Estetyczne, ale i symboliczne. Płaskorzeźbione monety chińskie – takie z otworem w środku – przyniosą dostatek. Owoce guavy, lichi, brzoskwiń i palce Buddy (rodzaj cytrusa) zapewnią mieszkańcom domu długowieczność, potomstwo i zdrowie. W zdobieniach wnętrz i dekoracjach zewnętrznych nie brakuje też innych dobrze wróżących symboli, do których zaliczane są: smoki, feniksy, antyczne harfy, bukiety kwiatów. Nie bez znaczenia są też inskrypcje. Najsławniejsza z nich to: „Wybitne potomstwo dziedziczy zaszczyty przodków”. 


 




To może pochodzę trochę po ogrodzie…
Wieża Księżycowa, pawilon Księżycowy, jeden sztuczny wzgórek, drugi. I jeszcze jeden, z wodospadem. Staw – wyobrażenie morza czy oceanu i skały – wyobrażenie gór. Jak na chiński ogród przystało. Poszczególne części ogrodu oddzielają mury z księżycowymi bramami (element dekoracyjny w chińskich ogrodach – otwór w murze, zwykle okrągły). Te tutaj są w kształcie motyli, stylizowanych kwiatów lub wazonów. Usytuowane jeden za drugim tworzą niecodzienne perspektywy. Oj, jak mi się nie chce opuszczać tego miejsca. Porządkowi wzywają jednak do wyjścia, ale… jakaś para ma sesję zdjęciową, dzięki temu mogę pobyć jeszcze chwilę. 



Niedługo zacznie się ściemniać, nie przeszkadza mi to jednak wstąpić jeszcze do ogrodu różanego. Bohaterki ogrodu zaczynają co prawda już przekwitać, ale i tak to piękne zakończenie tego dnia. Tylko czy te samoloty muszą tak głośno latać? 

Muszą, niedaleko jest lotnisko, samoloty zniżają już swój lot.