czwartek, 12 października 2017

12 października – święto Nuestra Señora de Zapopan. Guadalajara. Meksyk


W XVI wieku, w Meksyku, w rejonie Patzucaro (na południe od Guadalajary) miejscowi rzemieślnicy tworzyli z masy kukurydzianej niewielkich rozmiarów figurki świętych. Jedną z takich figurek, trzydziestopięciocentymetrowej zaledwie wysokości, franciszkanin Antonio de Segovia w 1530 roku ofiarował Indianom zamieszkującym tereny wioski Zapopan, obecnie dzielnicy Guadalajary. Od samego początku była obiektem kultu a Zapopan to dzisiaj jedno z trzech najważniejszych miejsc pielgrzymkowych w Meksyku[1]
Centrum tego kultu jest osiemnastowieczna Basílica de Nuestra Señora de Zapopan a dzień 12 października to święto Matki Boskiej z Zapopan. Tradycja tej uroczystości, gromadzącej współcześnie nawet cztery miliony wiernych, sięga roku 1734, kiedy Matka Boska czczona w tej niewielkiej figurce została uznana patronką Guadalajary, chroniącą przed epidemiami, burzami i wszelkimi nieszczęściami. 


Katedra - Guadalajara
Figurka Matki Boskiej pół roku spoczywa w ołtarzu głównym w bazylice w Zapopan, pozostałe pół roku peregrynuje po okolicznych kościołach. Ostatnią świątynią, którą nawiedza, jest katedra w Guadalajarze, z której 12 października o godzinie 6:00 rano w uroczystej procesji odprowadzana jest do bazyliki w Zapopan. Kiedy byłam w Meksyku, ten dzień przypadał  we wtorek. Przyjechałam do Guadalajary kilka dni wcześniej.

Jest sobota, późne popołudnie, na placu Wawrzynów przed katedrą przybywa oczekujących na Virgen de Zapopan. Już widzę feretron z figurką ubraną w bogato haftowany złotą nicią niebieski płaszcz. Na głowie z długimi włosami korona z diamentami, dokoła złote promienie aureoli. Mnóstwo kwiatów. ¡Viva! ¡Viva Nuestra Señora! Orszak wchodzi do wnętrza kościoła. Trzy noce i dwa dni wierni będą oddawać cześć Maryi tutaj, w katedrze.

Kiedy 11 października wieczorem wracam do hotelu, jestem zdumiona liczbą osób na placu Wawrzynów i na przyległych ulicach. Dziesiątki straganów i stoisk, głównie z jedzeniem, dymiące grille, rozchodzące się zapachy. Stoły i ławy ułatwiające biesiadowanie. Zaczęło się największe święto Guadalajary.

12 października wychodzę z hostelu wraz z nastaniem brzasku. Uroczystości zaczynają się mszą świętą w katedrze o godzinie 5:00, godzinę później rozpoczyna się procesja. Ta zaczęła formować się już wczoraj – na głównej ulicy widzę witających dzień jej uczestników. W nocy spali na chustach czy kocach rozłożonych wprost na jezdni i chodnikach.

Im bliżej katedry z tym większym trudem znajduję drogę między ludźmi, stoiskami z jedzeniem i workami śmieci. Kiedy docieram przed główne wejście katedry, procesja z figurką niesioną przez księży i zakonników przekracza właśnie próg świątyni. Teraz figura Matki Boskiej zostaje umieszczona w biało-złoto-srebrnej karecie czekającej przed schodami. Przy dźwiękach dzwonów, pieśni i okrzyków ¡Viva la Virgen! procesja rusza w ośmiokilometrową trasę do bazyliki w Zapopan. Karoca ciągnięta przez kilkunastu mężczyzn przy pomocy sznurów ma kształt łodzi, jest przyozdobiona kandelabrami, fontannami i świeżymi kwiatami. Figurka spoczywa na ustawionym w karecie tronie z paradnym zapleckiem.


W tym miejscu i w tym momencie bardziej jednak chcę być obserwatorem procesji aniżeli jej uczestnikiem. Wyprzedzam prowadzących i ustawiam się za linami ograniczającymi wstęp na jezdnię. Większość strojów uczestników procesji poprzedzającej karocę odnosi się do indiańskiej przeszłości. Zarówno kreacje jak i liczne sztandary zdobią haftowane, malowane lub aplikowane wizerunki Maryi, Chrystusa i świętych. Dźwięczą korale, łańcuchy i bransoletki – te na rękach, i te na nogach. Dźwięczą, bo niosący je są w ciągłym ruchu, bo przesuwają się tańcząc. 

Mija trzecia godzina procesji. Kolejny upalny dzień zaczął się na dobre. Właśnie dlatego – żeby uciec przed palącym meksykańskim słońcem – uroczystości zaczynają się tak wcześnie rano. Robi się coraz cieplej, pojawia się pragnienie. Towarzyszący uczestnikom procesji członkowie rodzin podają im kawałki owoców czy wodę w plastikowych woreczkach ze słomką. Wygodne!

Tyle że po zaspokojeniu pragnienia puste już woreczki i resztki owoców nie trafiają do rąk tych, którzy je podawali, ale lądują pod nogami performerów podrygujących w takt akompaniamentu. 

Ilość plastikowych woreczków i słomek, ogryzków, przeżutych połówek pomarańczy i limonek pokrywających jezdnię, po której za chwilę przejedzie kareta z tak czczonym wizerunkiem Maryi, wzrasta wraz z upływem czasu, podnoszeniem się temperatury, oddalaniem się od katedry i przybliżaniem się do bazyliki w Zapopan.


Żałosny widok!

Moje myśli biegną do ulic i dróg polskich miast i wiosek, które w dzień Bożego Ciała pokryte są kwiatami sypanymi przez dziewczynki ubrane w białe sukienki lub krakowskie stroje…
 


Po czterech godzinach trwania uroczystości kareta zatrzymuje się przed łukiem triumfalnym – bramą miejską Zapopan wybudowaną przez hiszpańskich osadników. Pozostałe trzysta-czterysta metrów jakie pozostało do bazyliki, figurka będzie niesiona na ramionach wiernych.
Popychana przez bezwolny tłum docieram na Plac Ameryk im. Jana Pawła II przed bazyliką. Teraz msza święta celebrowana będzie na balkonie, raczej na tarasie, wieńczącym kościelną kruchtę.   


Na wejście do wnętrza bazyliki nie mam szans – nie przebiję się przez ten tłum. Nie dojdę też, nie mówiąc o zwiedzaniu, do mieszczącego się w zabudowaniach klasztornych Muzeum Sztuki Indian Huicholi Wixárica (jest nieczynne z powodu święta), a to raczej obowiązkowy punkt programu pobytu w Guadalajarze. Na to czas przyjdzie jutro.

Kiedy jednak w kolejnym dniu zbliżam się do Placu Ameryk marzenia o spokojnym nawiedzeniu bazyliki pryskają jak bańka mydlana. I na ulicach, i na niewielkim dziedzińcu przed kościołem tańczą grupy Indian w paradnych strojach.

 














Indianie Wixáritari, jak sami siebie nazywają (w nazwie muzeum wykorzystano przymiotnikową formę: Wixárica), zamieszkiwali te tereny przed przybyciem konkwistadorów. Huichol to nazwa języka, jakim się posługiwali i taka nazwa przyjęła się dla określenia tej grupy etnicznej. Teren, na którym obecnie wznosi się bazylika, był ich świętym miejscem. Otrzymana od ojca Alberto de Segovia figurka Matki Boskiej była godna czci porównywalnej z kultem wcześniejszych bóstw. Teraz Indianie czynnie uczestniczą w uroczystościach – ich stroje, ich tańce, to efektowny konglomerat tradycyjnej indiańskiej kultury i sztuki oraz kultu świętych nowej religii zaszczepionej w Nowym Świecie przez przybyszów ze Starego Świata.

Z niekłamanym zainteresowaniem patrzę i na okazałe pióropusze, i na kolorowe indiańskie stroje z prekolumbijskimi ornamentami, i na zdobiące je wizerunki katolickich świętych. Przenikają się melodie i rytmy poszczególnych grup. Zastanawia charakterystyczny odgłos. To buty… Buty tancerzy zostały zaopatrzone w dodatkowe, chyba drewniane, podeszwy przymocowane do wierzchów przy pomocy metalowych, luźnych zaczepów. W wyniku takiego umocowania podeszwa przesuwa się względem buta, metalowe zaczepy uderzają o siebie… Im głośniej tym lepiej.

Każdy chce się pokłonić Dziewicy z Zapopan. Wiele osób ostatni odcinek do stóp ołtarza pokonuje na kolanach. Głównie są to mężczyźni w indiańskich strojach. I prawie wszyscy mają na rękach niemowlęta. Asystują im rodziny, starają się ulżyć ich trudom… Podkładają pod ich kolana chusty, kartony, plastikowe worki. Po pokonaniu kilku metrów, pospiesznie zabierają te „podkładki” zza stóp i ponownie kładą przed kolanami. Robią to z wielkim zaangażowaniem, mną targają ambiwalentne uczucia. Czyż mam jednak prawo oceniać to, czego jestem świadkiem?


Za balaskami czeka zakonnik. Rozdaje obrazki z wizerunkiem Dziewicy z Zapopan i obficie kropi święconą wodą tych, którym udało się dotrzeć do ołtarza. Teraz można bocznym wyjściem opuścić świątynię i pozwolić oddać cześć Maryi przez następną grupę wiernych.

Wchodzę do muzeum Huicholi prezentującego historię, zwyczaje, codzienne życie Indian, wyroby ich rzemiosła. Wśród nich to, z czego chyba najbardziej są znani – obrazki „malowane” przędzą wklejaną w wosk pszczeli, którym wcześniej pokryto deskę. Obrazki, które zginęłyby w masie wyrobów rzemieślniczych, jakie oferują różne społeczności, gdyby nie warunki w jakich powstają. 

Obrazki są bowiem tworzone pod wpływem pejotla, odurzającej substancji uzyskiwanej z jednej z odmian roślin kaktusowatych. Od dawna pejotl używany był przez Indian w obrzędach i ceremoniach. Roślina rośnie bardzo wolno i niełatwo ją znaleźć, zatem już sam proces jej zbierania był rytuałem. Pielgrzymi wybierający się, aby zebrać nieduże, mięsiste kulki kaktusa, składali bogom ofiary przed rozpoczęciem pielgrzymki. Składali je też przed powrotem do rodzin dziękując za znalezienie rośliny prosząc, żeby w kolejnym roku zbiory były również obfite a najbliższy okres  pomyślny.

Oglądając wielobarwne dzieła próbuję rozszyfrować ich symbolikę. Wspomagam się krótkimi notkami przyklejonymi na odwrocie. Na ile ich treść oddaje to, co czuł artysta będący w czasie aktu twórczego w transie wywołanym halucynogennym pejotlem?

Końca uroczystości nie widać. Tłumy w bazylice, tłumy przed nią. Jeszcze ostatnia chwila zadumy przed figurką Nuestra Señora de Zapopan, jeszcze ostatni rzut oka na tańce Indian. Jednostajny rytm muzyki, miarowe kroki tańczących… czy to jeszcze taniec, czy już trans?

Jutro rano opuszczam Guadalajarę, jadę na Jukatan.
https://www.youtube.com/watch?v=vFSsGH4-PHs

[1] Obok sanktuarium Matki Bożej z Guadelupe w mieście Meksyk i sanktuarium w Izamal poświęconemu Matce Boskiej z Izamal, patronce Jukatanu oraz św. Antoniemu z Padwy.
















 




















 















piątek, 6 października 2017

Zagadki Tierradentro – Kolumbia. Cz. I.


Jestem już kolejnym pasażerem colectivo jadącego do San Andrés de Pisimbalá. Ilość toreb, koszów, skrzynek, worków jest odwrotnie proporcjonalna do liczby pasażerów. Podobna jest relacja liczby pasażerów do liczby miejsc w samochodzie. Ale jakoś zostajemy upchani wbrew powszechnie znanej tezie, że samochód nie jest z gumy… Jeszcze trochę krążymy po mieście, pan kierowca coś załatwia, jeszcze dobiera jakieś pakunki i w końcu wyjeżdżamy z miasta.

W świetle ostatnich wydarzeń[1] fakt, że gdzieś w połowie drogi jedno z kół samochodu zaczyna dymić, nawet mnie nie wzrusza. Pan kierowca wyjmuje narzędzia, zdejmuje koło i nie ścigając się z czasem, usiłuje je przywrócić do stanu używalności. Dookoła góry i las, w dole szemrze strumyk, na drzewach popiskują ptaki. Sielanka… 

W końcu docieram na miejsce. Noclegu szukać nie muszę. Samochód zatrzymuje się w środku wsi, a ja daję się „zagarnąć” kobiecie stojącej przy drodze – i równocześnie przed swoim hotelem. Nie zapominam jednak, że jakoś muszę się stąd pojutrze wydostać. Pan kierowca twierdzi, że 6:30 będzie jechał, jeżeli nie on, to kolega.

Rzucam bety i zaczynam zwiedzanie. Półtorej godziny, jakie mam do dyspozycji, powinno wystarczyć do zwiedzenia dwóch muzeów zamykanych o 16:00. A zwiedzić je wypada – to dobry wstęp do jutrzejszego spotkania z odkrytymi w tym miejscu unikalnymi obiektami, podziemnymi komorami grobowymi. Poza tym cena za zwiedzanie całego terenu archeologicznych wykopalisk obejmuje również wizytę w tych muzeach. Jutro, jak wyruszę na cały dzień w góry, na muzea już czasu nie będzie.

 













W muzeum archeologicznym eksponowane są znalezione na terenie wykopalisk urny, w muzeum etnograficznym przedmioty używane przez Indian Páez, zamieszkujących te tereny przed przybyciem Hiszpanów. Niemniej uważa się, że to nie oni byli budowniczymi podziemnych grobów. Na temat ich poprzedników niewiele udało się naukowcom ustalić. Wiadomo tylko, że pozostawione przez nich obiekty cmentarne są unikalnym zjawiskiem na terenie obydwu Ameryk, jeżeli chodzi o skumulowanie na jednym terenie. Wzmianki o istnieniu tajemniczych grobowców pojawiały się już od czasów kolonialnych, ale metodyczną eksplorację stanowisk Tierradentro rozpoczęto w 1936 roku.

Szacuje się, że podziemne grobowce powstały miedzy 1200 a 1400 rokiem naszej ery (wcześniej datowano ich wiek na pierwsze tysiąclecie n.e.). Odkryto około stu podziemnych komór grobowych położonych na zboczach i szczytach gór. Wszystkie wydrążone zostały w miękkiej skale, na planie okręgu o średnicy od dwóch do siedmiu metrów. Solidne kolumny podpierają kopułowate sklepienia przykrywające komory. Do wnętrza komór prowadzą masywne schody z wielkich kamiennych brył. Bardzo „niemiarowych”, zatem schodzenie do nich i wychodzenie z nich to prawdziwa katorga. Ale to, co można zobaczyć w środku, warte jest wysiłku. Ściany podparte są pilastrami tworzącymi oddzielne nisze. Większość ścian, pilastrów i kolumn pokryta jest malowidłami. Przeważają figury geometryczne oraz stylizowane, zoomorficzne twarze. W czerni, czerwieni i bieli. Czasem bardzo zniszczone, ledwie czytelne, czasem w bardzo dobrym stanie. 















W tych hipogeach znaleziono urny kryjące prochy skremowanych ciał zmarłych, w jednej komorze było nawet do czterdziestu urn. Jak zbadali uczeni, grobowce były kilkakrotnie otwierane, aby umieszczać w nich kolejne urny z prochami zmarłych. Oprócz urn w kryptach znaleziono liczne przedmioty codziennego użytku składane w trakcie pochówku. To wyposażenie jest zróżnicowane, uzależnione od statusu społecznego zmarłego.  

[1] Kiedy podróżowałam w południowej części Kolumbii, plantatorzy kawy blokowali drogi. Musiałam zmienić plany, nie udało mi się dojechać do miejsc, które miałam w planie podróży, m.in. do San Agustín. Bardziej szczegółowy opis podróży zawarty jest w eBooku Emerytka w Kolumbii





Ekspozycja muzealna