środa, 28 grudnia 2016

Kā Roimata o Hinehukatere czyli lodowiec Franz Josef – Nowa Zelandia



Minęła godzina 15:00, po ośmiu godzinach podróży z Queenstown, wysiadam w wiosce noszącej takie samo imię jak pobliski lodowiec – Franz Josef. Pierwszym skojarzeniem Polaków zapoznających się z Nową Zelandią, szczególnie tych z Galicji, jest niewątpliwie postać miłościwie panującego na przełomie wieków XIX i XX Cesarza Austrii Franciszka Józefa I. I słusznie, ponieważ odkrywając lodowiec w 1865 roku, austriacki geolog Julius von Haas w ten sposób uczcił swego rodaka.

Lodowiec można „eksplorować”, jak to się tutaj nazywa, czyli sobie po nim pospacerować, ale tylko z przewodnikiem. Niestety nie ma już na jutro miejsc na wycieczkach „półdniowych”, zatem decyduję się na wycieczkę nieco dłuższą, czyli 2/3 dnia. Pani w biurze turystycznym chce mnie co prawda zniechęcić (no bo to ciężka wyprawa, trzeba mieć kondycję etc.; uprzejmość nie pozwala jej wprost wytknąć mi wieku!), ale gdy jej mówię, że podróżuję od miesiąca, zatem z moją kondycją jest wszystko w porządku, sprzedaje mi wycieczkę.

Zarówno Franz Josef, jak i sąsiedni Fox reklamowane są jako jedyne na świecie lodowce kończące swój bieg w otoczeniu lasów deszczowych. I rzeczywiście, lasy są. Kiedyś lodowce kończyły się bliżej wybrzeża, teraz, wskutek globalnego ocieplenia, wycofały się w stronę gór. Tym samym zwiększyła się odległość wioski od lodowca – kiedy osada powstawała, pierwsze domy wznoszono blisko czoła lodowca, teraz trzeba pokonać około czterech kilometrów, żeby do niego dotrzeć.

Stawiam się na zbiórkę, dostaję nieprzemakalną kurtkę, specjalne buty i raki. Aby dojść do długiego na dwanaście kilometrów lodowca, najpierw trzeba pokonać koryto, do którego ścieka woda z topniejącego lodu, pełne mniejszych lub większych kamieni. Na ostatnich kamieniach, jakie leżą przed czołem lodowca przysiadamy i zakładamy raki. Zostajemy podzieleni na grupy, w zależności od kondycji. Ze względów bezpieczeństwa jeden przewodnik nie może prowadzić grupy większej niż dwanaście osób. Okazuje się, że nie bardzo są chętni do grupy bardziej zaawansowanej kondycyjnie, ciekawe… A większość uczestników wygląda na duuużo młodszych ode mnie!

Z każdym krokiem odsłaniają się coraz piękniejsze widoki. I na góry, z których spływa lodowiec, i na koryto, którym przed chwilą szliśmy, a którego środkiem ciurkocze zaledwie strumyczek wody. Maoryska nazwa tego strumyka, na mapach oznaczonego jako rzeka, brzmi Waiho, co oznacza „kapiąca woda”.

Samemu lodowcowi Maorysi nadali nazwę Kā Roimata o Hinehukatere, co znaczy: „zamarznięte łzy Hinehukatere”. Hinehukatere była piękną dziewczyną zakochaną w górach, po których uwielbiała się wspinać. Jej ukochany, Wawa, nie będąc tak zręczny, pewnego dnia poślizgnął się i zginął. Hinehukatere nieprzerwanie płakała, a jej łzy spływały do dolin, gdzie bogowie je zmrozili, tworząc lodowiec… Oj, obfity musiał to być płacz. 

My tymczasem przeciskamy się pomiędzy zwałami lodu, przekraczamy szczeliny między lodowymi blokami, przechodzimy przez przezroczyste tunele z zamarzniętej wody i śniegu. Trochę kapie nam na głowy, ale kto by się tym przejmował, wspinamy się na kolejne góry lodowe, pan pracowicie poprawia czekanem schodki. Na niebie ani jednej chmurki. Słońce, czy raczej jego odbicie we wszechobecnym lodzie, oślepia, bez okularów przeciwsłonecznych trudno byłoby się poruszać.
Pełni wrażeń wracamy na parking, a potem do wioski. To był piękny dzień…



Miałam co prawda zamiar podeptać jeszcze trochę lodowiec Fox, ale wobec braku możliwości dojazdu i niepewnej pogody odpuszczam. Przemierzam kilka szlaków, czy raczej „szlaczków”, w pobliżu wioski, po raz kolejny zachwycam się mchami i paprociami, szczególnie tymi drzewiastymi, przypominającymi palmy. Parasolowato rozpostarte, charakterystyczne liście wyrastają na szczycie pnia utworzonego z narastających z roku na rok kłączy, od których odpadły już liście. Tutaj, wzdłuż drogi jest ich naprawdę sporo, stanowią całkiem gęste zagajniki i doskonałe tło dla wielkich ptaków moa. Niestety te dwa, stojące na skraju wioski nie są autentyczne. Te prawdziwe, nawet trzymetrowej wielkości nieloty, stanowiły jeden z podstawowych artykułów spożywczych pierwszych maoryskich osadników i zostały skutecznie wytępione do XVIII wieku.

Jest pochmurno, zaczyna siąpić, obchodzę całą miejscowość dookoła, co nie jest zbyt wielkim wyczynem, biorąc pod uwagę jej wielkość. Ląduję w kawiarence internetowej, przypominając rodzinie i znajomym o swoim istnieniu. 

Kiedy ją opuszczam, już porządnie pada. Znów miałam szczęście – myślę o wczorajszej eksploracji lodowca w promieniach słońca i dzisiejszym zaniechaniu wędrowania w strugach deszczu po lodowcu Fox.

















sobota, 17 grudnia 2016

Wróciłam z Chin…



 
Wróciłam już jakiś czas temu (24 maja 2016), ale pisząc eEmerytkę w Chinach, nadal przemierzałam ten kraj – w wirtualny już sposób – bardziej lub mniej znanymi szlakami. Wracałam myślami do urokliwych chińskich ogrodów czy solidnych murów miejskich Nankinu czy Xi’an – jakże potężnych w porównaniu ze skromnymi resztkami naszych krakowskich obwarowań. Błądziłam ulicami hutongów – tych zaniedbanych, gdzie turyści nie zaglądają i tych poddanych liftingowi dla wyciagnięcia od tychże turystów jak największej kasy. Wspinałam się na święte góry szlakami, które  chińscy  taoiści przemierzają od trzech tysięcy lat. Zgłębiałam tajemnice historii, które tam, na miejscu zaledwie odnotowałam w pamięci, nie mając czasu na ich dokładne poznanie.



I z pewnym rozbawieniem – teraz już, po powrocie – wspominałam problemy komunikacyjne. Zarówno te dotyczące porozumiewania się jak i te związane z przemieszczaniem się. Wróciłam, lecz ciągle czuję, i zapewne zawsze już będę czuła, niedosyt. Cóż bowiem znaczy miesiąc dla poznania kraju z blisko czterdziestowiekową historią, zajmującego prawie 10 milionów kilometrów kwadratowych powierzchni.

eKsiążka Emerytka w Chinach jest już w sprzedaży w księgarniach internetowych. 
A oto dwa niewielkie jej  fragmenty:

Wstęp

To Terakotowa Armia sprawiła, że Chiny znalazły się w kręgu moich podróżniczych zainteresowań. W marcu 1974 roku – zaczynałam zapewne pisać moją pracę magisterską – w odległej o 6300 kilometrów wiosce w prowincji Shaanxi w Chinach trzej chłopi postanowili wykopać studnię. Dokopali się do kilku ciarup, które dały do myślenia najpierw władzom, a potem naukowcom, którym je pokazali. Studnia nie powstała. Pięć lat później świat ujrzał pierwszych wojów Terakotowej Armii.

Nie pamiętam, ani kiedy usłyszałam o znalezisku, ani czy była to tylko informacja słowna, czy zobaczyłam zdjęcie. Pamiętam jednak, że myśl, aby spojrzeć z bliska na gliniane postacie, które miały chronić i wspierać cesarza w zaświatach, zalęgła się w zakamarkach mojego umysłu podobnie jak chęć zobaczenia Uluru czy Angkoru.

A skoro już jadę na spotkanie z Terakotową Armią, to przecież przy okazji mogę zobaczyć coś jeszcze… Moją przygodę z Chinami zaczynam w Szanghaju, mając za sobą dwumiesięczną już podróż po Filipinach i Tajwanie. 
(…)

Trasa całej podróży
Trasa po Chinach


 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział 13. Co mi się podobało, a co nie w Państwie Środka


Zrealizowałam kolejny podróżniczy cel. Terakotową Armię widziałam, chociaż nie udało mi się popatrzeć „oko w oko” terakotowym żołnierzom. Nie udało mi się tylko dlatego, że platformy widokowe usytuowane są powyżej zastępów terakotowego wojska i można patrzeć na nie tylko z góry, przy czym wyrażenie to ma w tym przypadku znaczenie dosłowne, bez podtekstu o wywyższaniu się.
(…)

Największa fascynacja? Chińska kaligrafia. Jakże żałuję, że nie znam języka chińskiego. Jakże chciałabym znać treść żarliwych dyskusji, których świadkiem byłam czy to przed napisami na skałach Tai Shan, przed antycznymi stelami w Muzeum Lasu Kamiennych Stel w Xi’an, czy przed obrazami z kaligrafią w galeriach sztuki. Jakże ubolewam, że nie mogę zrozumieć tej atencji, jaką Chińczycy darzą znak fu (por. rozdział o Pekinie).

Z przyjemnością patrzyłam, jak w wielu parkach, w specjalnie przystosowanych do tego miejscach, skupieni Chińczycy, młodzi i starzy, kreślą na kamiennych płytach chodnikowych, wodą, ponad metrowej długości pędzlem, znaki chińskiej kaligrafii. I na zawsze pozostanie w mojej pamięci obraz dziewczyny na szanghajskiej ulicy, która przykucnęła nad kilkoma znakami napisanymi kredą na bruku i wpatrywała się w nie bez ruchu, zapominając o całym świecie. 

Nie miałam niestety możliwości, aby dowiedzieć się, co było przedmiotem jej zadumy – w miejscu gwarnym i rojnym, wydawałoby się – najmniej sprzyjającym tego typu „odlotowi”. 


 
















Jadąc do Chin, spodziewałam się, że przywiozę nowe zdjęcia chińskich róż, jednego z moich ulubionych trofeów fotograficznych z podróży po najdalszych krajach świata. W Chinach widziałam ich zaledwie kilka. Za to róż innych gatunków było sporo. W ogrodach, parkach i donicach zdobiących pałace i świątynie. I chyba taka właśnie „niechińska” róża pozostanie dla mnie symbolem mojej podróży do Państwa Środka, jak nazywają swój kraj Chińczycy. Tak bowiem dosłownie tłumaczy się chińską nazwę tego państwa: 中国, czyli Zhōngguó.




Zobacz też:

Niektóre księgarnie internetowe, w których aktualnie można nabyć eEmerytkę w Chinach:





 




sobota, 10 grudnia 2016

Parada pingwinów – Phillip Island (Australia)

Zdjęcie bilbordu zachęcającego do udziału w Paradzie pingwinów

Wahałam się, czy jechać na reklamowaną Phillip Island Penguin Parade, inaczej mówiąc, na imprezę pt.: „wieczorny powrót do nor pingwinów małych”, ale znalazłam wycieczkę półdniową (na całodzienną, z powodów czasowych, nie mogę sobie pozwolić), zatem pospiesznie udaję się na zbiórkę. Widać, że wyjazd cieszy się dużym zainteresowaniem, dwa autobusy pękają w szwach, a nie są to zapewne jedyne udające się dzisiaj na wyspę.

Już w autobusie oglądamy film poświęcony najmniejszemu gatunkowi pingwinów, których spora kolonia znajduje się właśnie na Phillip Island. Należące do rodziny eudyptula nieloty występujące tylko u wybrzeży Australii i Nowej Zelandii osiągają wysokość trzydziestu trzech centymetrów i mogą pływać piętnaście–dwadzieścia kilometrów dziennie, chociaż rekordzista przepłynął ponoć sto kilometrów. 

W poszukiwaniu ryb nurkują na głębokość nawet sześćdziesięciu pięciu metrów. Mogą przebywać w morzu tygodniami, a ich skóra pozostaje sucha, chroniona wodoodpornymi piórami, które na grzbiecie przyjmują piękną, ciemnogranatową barwę. W czasie takich dłuższych pobytów w morzu mogą drzemać, unosząc się na falach. Ale swoje nory zakładają na wybrzeżach, czasem nawet w głębi lądu, no i od czasu do czasu do tych nor przybywają. I właśnie taki powrót z oceanu do gniazd, już po zapadnięciu zmroku, jest magnesem przyciągającym na Phillip Island ludzi z całego świata.

Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na jakiejś farmie, żeby karmić (i głaskać!) kangury, potem w „sanktuarium koali”, aby podpatrywać te sympatyczne „miśki”, i wreszcie dojeżdżamy do celu.


Aby dotrzeć do ustawionych na plaży trybun, z których ogląda się paradę pingwinów, trzeba pokonać dość spory teren pokryty norami ptaków. Żeby nie zniszczyć ich domostw, wysoko nad nimi zbudowano platformy prowadzące na plażę. Zapadający mrok nie przeszkodzi nam w oglądaniu widowiska, bo plaża jest oświetlona, a pingwinki już się do tego światła przyzwyczaiły. Ale zdjęć robić nie wolno.

Wreszcie zaczyna się niesamowity spektakl. Pingwinki wychodzą z oceanu grupkami, po sześć, dziesięć, czasem więcej ptaków. Niektóre jeszcze wracają i po przepłynięciu kilku metrów ponownie wychodzą z wody. A ile się przy tym „nagadają”! Aż chciałoby się włożyć w ich dzioby konwersacje:
– Słuchaj, jeszcze za wcześnie, żeby wracać.
– Ale moi starzy już chyba wrócili, znów mi zrobią awanturę.
– Pokrzyczą, pokrzyczą i przestaną, a skąd wiesz, że już wrócili?
– No to dobra, wracajmy do wody, ale tylko na chwilę!

Niektóre dumnie paradują wzdłuż trybun. Inne wydaje się, że straciły orientację i szukając swoich gniazd, krążą nerwowo koło widzów. Po mniej więcej czterdziestu minutach grupki wychodzące z morza są coraz mniej liczne, coraz dłuższy jest czas oczekiwania na kolejnych kilka ptaków zdążających do swego domu. Teraz dopiero czuję, że jestem kompletnie przemarznięta, i z zimna, i z powodu wiatru. Zbieramy się do powrotu.

Ale to jeszcze nie koniec widowiska. Przechodząc pomostami, widzimy, że w metropolii pingwinów toczy się życie towarzyskie. Pingwinki biegają między domami, przepraszam, norkami. Niektóre dość szybko, jakby bawiły się w berka. Inne statecznym krokiem zaglądają do sąsiadów, ot, takie sąsiedzkie odwiedziny. No… chyba nie tylko sąsiedzkie. Populacja po tym wieczorze to im chyba poważnie wzrośnie.

Tuż przed końcem platformy jakieś zbiegowisko. Okazuje się, że jeden z ptaków, Spike, jak mówi o nim pani strażniczka przyrody, stoi na środku przejścia i zastanawia się, w którą stronę ma iść. W tej sytuacji turyści muszą poczekać, nie wolno ptakowi przeszkadzać, ona, pani strażniczka, nie dopuści do tego, żeby go niepokoić. Po to ona, pani strażniczka, tutaj jest. No więc czekamy. A Spike robi dwa kroki w jedną stronę, dwa w drugą, czyści piórka. I znów dwa kroki w tył, dwa w przód, i czyści piórka. I lustruje obserwujących go. Wreszcie podejmuje męską decyzję: dwa kroki, jeszcze trzy, bieg… i już go nie ma. Możemy iść do autobusów. 


Norki pingwinków małych
w Międzynarodowym Centrum Arktycznym w Christchurch (Nowa Zelandia)

No i stało się!

Pingwinki tak mnie zainspirowały, że popełniłam eBajkę! Zatytułowałam ją „Jak to w Pingwinowie bywa...”. Zaczyna się tak:


Mija kolejny dzień spędzony w wodzie, z dala od brzegu. Rodzice już dawno dali hasło do powrotu, ale Granatek, Rajtek i Białopiórek ociągają się. Tak przyjemnie jest kołysać się na spokojnych falach głaskanych ostatnimi promieniami zachodzącego słońca!


Gniewne pisknięcie Granatka Seniora przywołuje całą trójkę do porządku. Posłusznie płyną za tatą nie odmawiając sobie jednak przyjemności zanurkowania w mroczną głębinę, gdy zobaczą jakąś niefrasobliwą rybkę, która oddaliła się od swoich pobratymców. Zresztą tata i mama robią to samo – gdy myślą, że pociechy tego nie widzą.

Pomniki pingwinów - ogród zoologiczny w Tajpej
To również ZOO w Tajpej

















wtorek, 6 grudnia 2016

Stopover w Limie (Peru)



Zwiedzanie Limy nie zostało zaplanowane przeze mnie. Agentka sprzedająca mi bilet lotniczy wymusiła dodatkowy stopover (przerwę w podróży w ramach biletu dookoła świata) – sądzę, że w trosce o swoją prowizję. Ale skoro już tutaj jestem, postaram się wykorzystać ten dzień jak najlepiej. 

Niedaleko mojego hotelu jest Muzeum Sztuki. Największe zainteresowanie budzi we mnie makieta Linii z Nazca. Tych realnych nie zobaczę – przynajmniej nie tym razem. Obok muzeum – japoński ogród. Kamienie, nieodłączny element takich ogrodów, pokryte graffiti. Nie wiem, czy jest to zgodne z zasadami tworzenia japońskich ogrodów, ale wygląda ciekawie.

Pierwszy zbudowany w Limie kościół i klasztor – La Merced – zamknięty, bo sjesta. Ale fasada robi wrażenie. Na Plaza Mayor, przed budynkami rządowymi, przed katedrą, opancerzone samochody, chociaż o żadnych rozruchach nie słyszałam. 


Nie mogę nie zwiedzić klasztoru św. Franciszka, sławnego z powodu bogatej biblioteki i katakumb – pierwszego cmentarza Limy. 

Spore wrażenie robi na mnie sanktuarium św. Róży, patronki miasta. Mimo że jest dzień powszedni, sporo rozmodlonych, nawet płaczących wiernych. Niektórzy wrzucają karteczki z prośbami do studni stojącej przed kaplicą postawioną na miejscu domu, w którym się urodziła. Tuż obok pustelnia, niewielka kamienna budowla, którą św. Róża sama podobno wzniosła i w której medytowała. 




Nieco dalej Las Nazarenas, chyba najsławniejszy z kościołów Limy. Pierwszy stojący w tym miejscu kościół został zniszczony w wyniku trzęsienia ziemi w 1655 roku. Ocalała tylko jedna ze ścian, na której było malowidło przedstawiające Chrystusa Ukrzyżowanego. Do tej ocalałej ściany dobudowano mury i powstał kościół, przed którym właśnie stoję. Zachowany wizerunek został wkomponowany w ołtarz główny nowego kościoła.

Na ulicy którą wracam do hotelu jestem jedyną obcą. Wpakowałam się w jakąś handlową dzielnicę, gdzie, jak widzę, są tylko miejscowi. Przyspieszam kroku starając się nie zwracać uwagi, że jestem nietutejsza i bez problemu wracam do hotelu.


W nocy i rano dochodzi do dwóch słabych wstrząsów tektonicznych. Jakkolwiek nie jest to miłe uczucie, nie są dla mnie nowością. Kiedyś, przed laty zdarzyło mi się w Bułgarii przeżyć dwa dużo poważniejsze drgania ziemi. 


Plaza San Martín i pomnik José de San Martína, 
argentyńskiego wyzwoliciela Peru




Plaza Mayor – fontanna z brązu z XVII wieku