sobota, 25 października 2014

W poszukiwaniu aborygeńskich rytów naskalnych


W poszukiwaniu aborygeńskich śladów jadę do Manly, miejscowości położonej na północnym skraju Zatoki Botanicznej znanej głównie z rozległej plaży, jednej z tych ulubionych przez miłośników surfingu. Ale pogoda raczej nie zachęca do kąpieli, chociaż kilku śmiałków, którym, jak widać, nie straszna niska temperatura, zanurzonych w przejmująco zimnej wodzie kilkanaście metrów od brzegu czeka na wysoką falę. Zimno się robi od samego patrzenia… 


Dla mnie Manly to tylko punkt wypadowy do wędrówki dziesięciokilometrowym szlakiem z Manly do mostu Spit. Gdzieś po drodze są ryty naskalne Aborygenów, tylko jak je znaleźć? Obsługa informacji turystycznej w Manly niby bardzo chce mi pomóc, ale nikt nie wie, gdzie dokładnie ryty się znajdują, nikt nie potrafi wskazać tego miejsca na mapie. Trudno, znajdę lub nie, ale skoro już tutaj jestem, to idę. 


Spacer jest piękny, widoki też, chociaż… mogłyby być piękniejsze, gdyby pogoda dopisała. Jest pochmurno, wilgotno, dziwię się, że jeszcze nie pada. Mijam olbrzymie krzewy gwiazdy betlejemskiej, zwanej również poinsecją lub wilczomleczem nadobnym. Lub też rośliną krótkich dni, gdyż zakwita i wytwarza czerwone lub kremowo-białe liście przykwiatowe tylko w porze roku o najkrótszych dniach. A że to początek czerwca, tutaj na półkuli południowej najkrótsze dni w roku, mijane krzewy są czerwone od będących ich ozdobą liści. Jak z tego wynika, ten wywodzący się z Ameryki Południowej krzew, u nas w Polsce znany jako roślina doniczkowa, w Australii też bardzo dobrze się miewa. 


No i banksje! Nie mogę się powstrzymać od robienia kolejnych zdjęć. Żółte, ceglaste, prawie czerwone, charakterystyczne kwiatostany, o walcowatych niby kolby kukurydzy kształtach, w niezliczonych ilościach zdobią mijane zarośla. Banksja rozmnaża się tylko dzięki pożarom buszu, gdyż dopiero pod działaniem ognia wypadają nasionka, dając początek kolejnym generacjom. Nazwa tej rośliny, występującej w siedemdziesięciu pięciu gatunkach, pochodzi od nazwiska botanika angielskiego sir Josepha Banksa, uczestnika pierwszej wyprawy Cooka w latach 1768–1771, który je dokładnie opisał.  


No i doczekałam się, lunęło nagle. Wybór między powrotem a dalszym spacerem nie ma sensu, jestem gdzieś w połowie drogi. Już nie muszę uważać, gdzie stąpam, woda jest wszędzie, w końcu idę dnem strumienia, który pojawił się znikąd. Kiedy jednak w bocznej alejce dostrzegam jakieś siedzisko z wielkiego pnia drzewa, zbaczam ze szlaku. I bardzo dobrze, że zwróciło moją uwagę, bo to właśnie rejon rytów. Na mokrych od deszczu skałach ryby, bumerangi… Częściowo przysłonięte opadłymi liśćmi. Kangur ledwie widoczny, ale jest, walczy z drugim… chyba też kangurem. W strugach deszczu oglądam rzeźby sprzed tysięcy lat. Płaskorzeźby stworzone przez ludzi, którzy tutaj spokojnie pędzili swoje życie. Jak dokładnie wyglądał ich świat? Jak wyglądałby ich świat, gdyby nie przybyli tutaj ludzie z drugiej strony ziemskiego globu?









Deszcz przestaje padać tak samo nagle, jak zaczął. Mijają mnie trzy dziewczyny, z którymi już od wyjścia z Manly kilkakrotnie się spotkałam. A to one odpoczywają, a to ja zatrzymuję się dłuższą chwilę, kontemplując wody zatoki i przybrzeżne skały. Pytam o wrażenia z oglądanych rytów Aborygenów.
– Jakie ryty? Nie, nie widziałyśmy.
Chyba szkoda, skoro były tak blisko.

Idę dalej, zza chmur nieśmiało wygląda słońce. Przechodzę przez most, w części zwodzony. Docieram do autobusu. Trochę już nawet przeschłam. To był piękny dzień, mimo deszczu.  



niedziela, 12 października 2014

Seoul. Never ending story - post nieretrospektywny

Każde koreańskie miasto ma przypisany slogan. "Niekończąca się opowieść" to slogan dla Seulu. Dla mnie to hasło dotyczy nie tylko Seulu ale i całej Korei.
Seul, wyspa Jeju, Daegu, Gyeongju i znów Seul. Pałace, świątynie, pagody, reliefy, parki, kolorowe, niezrozumiale reklamy.

W wielu relacjach z podroży po Korei miasto Gyeongju nazywane jest koreańskim Krakowem. Głównie przez fakt bycia niegdysiejszą stolicą. Inne punkty styczne to kopce i lista UNESCO.
Tylko że Gyeongju było stolica tysiąc lat (od 57 r.  p.n.e do 927 ne) i to w czasach gdy na terenie dzisiejszej Polski szumiały bory i lasy. Okres ten pozostawił po sobie spuściznę w postaci bliżej nieokreślonej liczby kopców-grobów.
W sercu miasta Park Tumuli - skupisko 30 grobowców monarchów i ich rodzin z dynastii Silla. Po drugiej stronie ulicy kolejnych kila kopców. Aby zobaczyć jeszcze inne wystarczy wybrać się na krótszą lub dłuższą wycieczkę w okolice miasta. Co ciekawe współczesny cmentarz wygląda podobnie - tylko kopce dużo mniejsze.
Zupełnie przypadkiem, mijając kolejne skupisko grobowców, znalazłam się na uliczce Bonghwang-ro, ot, takiej naszej Floriańskiej. Jak chodzi o znaczenie, bo charakter zupełnie inny. Wąska, co najwyżej jednopiętrowe domy, słupy latarń stylizowane na największy tutejszy zabytek - VII-wieczne obserwatorium astronomiczne. W nich (latarniach) wkomponowano historyczne zdjęcia z początku XX wieku. Wzdłuż uliczki ustawiono repliki figurek zwierząt jakie znajdowano w grobowcach-kopcach. Biorąc uliczkę za deptak spokojnie szłam jej środkiem ale samochody bardzo szybko wyprowadziły mnie z błędu.
Szkoda ze przewodniki i foldery nie informują o takich miejscach. Dobrze, że miałam szczęście i na ulice Bonghwang-ro trafiłam.

Miasto Suwon znane jest z XVII-wiecznych murów obronnych. Po dziejowych burzach i pożarach zostały odrestaurowane. Maja 6,7 km długości, kilka bram, strażnic, wież i można po nich chodzić. Całkiem przyjemne doświadczenie i tylko łza się w oku kreci na myśl o krakowskich murach miejskich!
W ostatnich latach Suwon jest znany jeszcze z innego powodu. To tutaj kilka lat temu zaczął się "ruch kultury toalet" i tutaj znajduje się chyba jedyne na świecie muzeum toalet. Ruch zapoczątkował ówczesny burmistrz miasta, pan Sim Jae-duck, lub jeśli ktoś woli Mr Toilet. W 2007 roku zmodernizował swój dom nadając mu kształt muszli klozetowej. Po jego śmierci (2009) rodzina przekazała budynek miastu i tym sposobem przyjeżdżający do Suwon, obok spaceru murami miasta, mogą odwiedzić Muzeum Kultury Toalet i otaczający muzeum Park Kultury Toalet. I podobnie jak wszystkie toalety publiczne w Korei, muzeum jest bezpłatne.

A skoro mowa o budynkach "w kształcie" to nie sposób nie wymienić jeszcze dwóch:
- muzeum torebek w budynku w kształcie damskiej torebki mieszczące fantastyczną kolekcję damskich torebek od XVII wieku,
- gigantycznych rozmiarów DDP (Dongdaemun Design Plaza); obiekt zainspirowany kształtem delfina (lub wieloryba jak chcą niektórzy) ma być centrum kulturalnym (tym razem PLAZA to nie galeria handlowa - wprost nie mogłam uwierzyć!) - muzea, sale wystawowe itd. Na razie wszystko jest w stadium organizacji, obiekt oddano do użytku zaledwie kilka miesięcy temu i chociaż funkcjonuje już kilka punktów informacji to ich obsługa chyba nie bardzo wie o co w tym wszystkim chodzi. Dondgeamum to nazwa stadionu sportowego, na miejscu którego obiekt zbudowano. "Skórę" ssaka tworzy 45.133 aluminiowych paneli, z których żadne dwa nie są takie same! Ich faktura też jest zróżnicowana co powoduje rożne załamanie światła i sprawia, że powierzchnia nie jest monotonna.

Podobają mi się Koreańczycy. O tym, że są życzliwi i uśmiechnięci wiedziałam wcześniej. O tym jak poradzili sobie z niedogodnością robienia fotek selfi dowiedziałam się już w pierwszym dniu mojego tutaj pobytu. Niemal wszyscy zaopatrzeni są w teleskopowe raczki podtrzymujące smartfony i ułatwiające robienie zdjęć samemu sobie. Nie mogłam rozszyfrować na jakiej zasadzie "to" działa ale szybko dopatrzyłam się miniaturowych pilotów do sterowania takim zestawem (chociaż wydaje mi się, że niektóre działają na zasadzie samowyzwalacza). Cóż, po raz kolejny okazuje się, że pomysłowość ludzka...
Ciekawe kiedy teleskopowe raczki do robienia zdjęć selfi pojawia się w Polsce. Bo mania nordic walking do Korei już dotarła - w wielu miejscach gdzie zaczynają się szlaki, można nabyć kijki a i parę turystów idących z kijkami też już widziałam.

Co jeszcze?
Woda pitna jest dostępna wszędzie za darmo - i w hotelach i w miejscach publicznych. Toalety, jak wspomniałam też i to w dużej ilości - gdziekolwiek się człowiek obejrzy jakąś toaletę znajdzie.
Bezpłatna woda i toalety zostają "zrekompensowane" opłatami za transport publiczny. Pojedynczy przejazd w granicach 4,00-4,50 zł. Ale za to rozwiązanie techniczne doskonale. Kupuje się T-money kartę którą można doładować w każdym sklepie spożywczym. Potem wsiadając do pojazdu przykłada się do ekranu w autobusie czy metrze i się jedzie. Wysiadając procedurę się powtarza, a ekran poopowiada jaką jeszcze "pulę" mamy do dyspozycji. I co najważniejsze, taka karta raz kupiona jest ważna we wszystkich miastach.
A, i jeszcze dostęp 애 ㅏㅐㅡㅕㅅㄷㄱㅁ.

Tak właśnie wygląda "zagapienie się" i wciśniecie klawisza ALT!
A chciałam napisać, że teoretycznie turyści podróżujący bez komputera mają bezpłatny dostęp do kompa w biurach informacji turystycznej, których jest całkiem spora ilość. Tyle, że ze "względów bezpieczeństwa" zainstalowane są przeglądarki najstarsze z możliwych. Zatem nigdy nie wiem czy uda mi się otworzyć pocztę, bloga, fb czy konto bankowe bo te żądają zainstalowania przeglądarki nowszych generacji.

Wstępy do muzeów państwowych stosunkowo niedrogie (3,50 - 7,00 pln), te do obiektów z listy UNESCO trochę droższe (ok. 13,00zl), muzea narodowe lub inne "znaczące dla narodu" najczęściej bez opłat. Ale muzea prywatne czy dotyczące sztuki współczesnej już droższe - ok. 20-25 zł.

Motory jeżdżą po chodnikach i ścieżkach rowerowych, samochody przejeżdżają na czerwonym świetle jeżeli nie ma przechodniów. Ale jak przechodzień czekając na zielone światło za bardzo zbliży się do krawędzi chodnika, automat krzyczy żeby odejść od jezdni!

Więcej za kilka miesięcy jak powstanie Emerytka w Korei. Wtedy już ze zdjęciami.

Następny wpis "nieretrospektywny" będzie z Myanmaru, lepiej Polakom znanym jako Birma. Kawiarenki internetowe podobno są...

A post jest "nieretrospektywny" bo dotyczy bieżącej podróży a Emerytka w Korei jeszcze nie powstała...

czwartek, 2 października 2014

Guatapé. „Miasto cokołów” - „Turystyczny raj Antioquii”


 
Po „zdobyciu” El Peñol podjeżdżam autobusem do odległego o jakieś dwa kilometry, liczącego około sześć tysięcy mieszkańców miasteczka Guatapé (Kolumbia). Na internetowej stronie miasta można przeczytać, że nazywane jest „rajem turystycznym Antioquii” i „miastem cokołów”. Raj turystyczny – nie ma wątpliwości. W latach siedemdziesiątych miasto zmieniło orientację gospodarczą, nastawiło się na rozwój turystyki. Jezioro, baza hotelowa i restauracyjna dają możliwości rekreacji. El Peñol to dodatkowa atrakcja. Na pewno warto przyjechać. Ale o co chodzi z tymi „cokołami”?


 

W tym konkretnym przypadku należałoby hiszpański wyraz zócalo (cokół) tłumaczyć raczej jako „przyziemie”. Chodzi o to, że przyziemia prawie wszystkich budynków w mieście są ozdobione barwnymi malowidłami lub ściślej mówiąc, pokolorowanymi stiukowymi płaskorzeźbami. Wykonane przez lokalnych artystów mają nawiązywać do historii domu, charakteryzować jego mieszkańców czy chociażby sygnalizować ich upodobania artystyczne. Dumą miasta jest ulica Wspomnień – reminiscencja historycznej, typowej ulicy miasteczka częściowo zalanego wodami sztucznego jeziora. 




Papugi, tukany, konie, wiązanki roślin i pojedyncze kwiaty, scenki rodzajowe… Na domach, kościele, na fontannie przed kościołem, na budynku magistratu, na szkole… Nawet na miniaturowym pudełku zamkniętej informacji turystycznej na nabrzeżu jeziora. Chciałoby się bez końca spacerować po takich ulicach…
Ale przede mną jeszcze Santa Fe de Antioquia.