piątek, 19 grudnia 2014

Merry Christmas - jeszcze z Wietnamu

http://2.bp.blogspot.com/-Q9cCb82K_eQ/VAWcD4PElLI/AAAAAAAASmg/MKo5lTY-v2Y/s1600/IMG_8086%2B(2).JPG

 
 Dziękując wszystkim znanym i nieznanym sympatykom bloga za zainteresowanie 
i cieple komentarze
życzę pogodnych i spokojnych 
Świąt Bożego Narodzenia
oraz
wszelkiej pomyślności w nadchodzącym 2015 Roku.


Moja podróż po Wietnamie dobiega końca, jutro będę już w Singapurze.  

Za mną archeologiczne wykopaliska My Son dokumentujące najstarsze ślady ludów tej ziemi oraz przepych i bogactwo cesarskiego Hue skłaniające jednak do refleksji nad przemijaniem czasu. 
Spuścizna kolonizacji francuskiej sprawia że Wietnam jawi mi się jako najbardziej cywilizowane państwo Półwyspu Indochińskiego. 
Wstrząsają i przygnębiają ślady z czasów  wojny amerykańskiej. 
Cztery dni ulewnego deszczu bardzo utrudniają odkrywanie uroków niezwykłego Hoi An. 
Ukryte w skalnych zakamarkach i rozłożone na zboczach Gór Marmurowych pagody i klasztory to doskonale miejsce do refleksji i medytacji.
Kolorowe świątynie wyznawców kaodaizmu chyba bardziej niż miejsca kultu traktowane są jako ciekawostka turystyczna - mimo 2 mln wyznawców.
Dalat otoczone niezliczona ilością wodospadów to miejsce któremu warto poświecić więcej niż dwa dni.
Mrowie motocykli służących nie tylko do przewozu ludzi. Czego to ja nie widziałam a o czym nigdy nie pomyślałabym, że można tym sposobem przemieszczać: sześć manekinów naturalnej wielkości z nogami sterczącymi metr za motorem, cztery głowy bawołów (z rogami!), przygotowane do powieszenia na ścianie jako  trofeum, kwiat doniczkowy 1,5 metrowej wysokości w donicy o średnicy ok. 70 cm wraz z pasażerem, który tę donice trzymał, szyba wielkości tak "na oko" półtora na półtora metra, bliżej nieokreślona ilość kurczaków (martwych) zawieszonych na drążku sięgającym ponad metr z każdej strony motoru. O workach i wielkościach tych worków nawet nie warto wspominać - niejednokrotnie ich gabaryty znacznie przekraczały wielkość motocykla wraz z kierowca.

Taki jest, w największym skrócie, "mój" Wietnam.

Ktoś zapyta: a zatoka Ha Long? Jeden z cudów świata, nr 1 do zobaczenia w Wietnamie, nie byłaś?

Byłam! Ale to co zrobili z Zatoka organizatorzy rejsów  wola o pomstę do nieba. Mój trzydniowy rejs polegał głównie na czekaniu: na kolejne dwie osoby bo w busie są jeszcze dwa miejsca to nie mogą się marnować; na kolejna łódkę, którą przypłyną trzy kolejne osoby, na rosyjskie małżeństwo którym nie podobało się spać na łódce i spali w hotelu po drugiej stronie wyspy, na kolejny... szkoda wymieniać. A do tego jeszcze potworne wręcz zimno, wiatr i bezustanne siąpienie deszczu sprawiły że uważam mój rejs po zatoce Ha Long za największą porażkę tej podróży.

Ale przecież nikt nie obiecywał ze będzie lekko...


PS. Ostatni dzień w Wietnamie.  Taksówkarz wiozący mnie na lotnisko zadaje najczęściej słyszane w trakcie każdej podróży  pytanie: 
- Skąd jesteś?
- Z Polski.
- Ooo, to moziemy roźmawiać po polsku. Dwadzieścia lat mieśkałem w Łodzi...

Podróż na lotnisko mija szybko. 
Gdyby ktoś chciał mieć w Sajgonie taksówkarza mówiącego w rodzimym języku, może zadzwonić: (0084) 0934494226 (numer telefonu podaję za zgodą a nawet sugestią p. Nama)

czwartek, 11 grudnia 2014

Boże Narodzenie w Kuala Lumpur


Dobrze czuję się w Kuala Lumpur. Nie przeszkadzają mi tłumy, nie doskwiera mi upał, a może już się przyzwyczaiłam. I to chyba za sprawą upałów zupełnie nie czuję atmosfery świąt, mimo pełnej gotowości handlowców, mimo kapiących od bożonarodzeniowych ozdób sklepów i centrów handlowych.

Żar leje się z nieba, temperatura przekracza 35°C, styropianowe bałwany, renifery z pozłacanego drutu i wszechobecne dźwięki O Tannenbaum. Nie wiem dlaczego właśnie O Tannenbaum, u nas bardziej popularne są angielskie bożonarodzeniowe szlagiery. Tutaj króluje właśnie ten niemiecki utwór, znany mi głównie dlatego, że od nauki tej pieśni rozpoczęłam lekcje języka niemieckiego w szkole średniej.


A co do świątecznych ozdób, to i w Kambodży, i w Tajlandii, w końcu krajach buddyjskich, już od połowy listopada widać było, że zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Biznes jest biznes! Co z tego, że kraj buddyjski lub muzułmański, skoro nadarza się okazja, by zarobić na święcie upamiętniającym narodzenie Chrystusa.

 
Na pasterce w kościele pw. św. Antoniego, o godz. 20:00 ludzi całkiem sporo. Wiele kobiet, Hindusek z pochodzenia, w odświętnych sari, z eleganckimi fryzurami – jak na ważne święto przystało. Widać, że to dzień, właściwie wieczór, szczególny. Po mszy przed bożonarodzeniowym żłóbkiem ustawia się długa kolejka, aby dotknąć figurki Dzieciątka i zrobić sobie zdjęcie ze Świętą Rodziną w tle. W drodze powrotnej do hotelu zaglądam jeszcze do katedry, gdzie pasterka zaczyna się o 22:00. I tutaj kościół wypełniają tłumy.

Tylko w ciągu tych kilku godzin czuję świąteczny nastrój. Na drugi dzień wszystko wraca do normy: pośpiech, pośpiech i jeszcze raz pośpiech. Ludzie na ulicy ubrani jak co dzień. O tym, że są święta, przypomina mi „Merry Christmas” rzucane mi z uśmiechem przez mijających mnie przechodniów rozpoznających we mnie osobę z innej części świata.