Złoto.
Pierwiastek chemiczny. Metal. Szlachetny. Od wieków używany w biciu monet,
jubilerstwie, sztuce. Obiekt westchnień zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Symbol zamożności
i statusu społecznego. Chciwości też. Pożądany przez przedstawicieli wielu stanów
i narodów. Tak bardzo, że w konfrontacji z grudkami złotego kruszcu życie
ludzkie stawało się niewiele warte. Nie przerażały dzikie ostępy amerykańskiej
dżungli. Nie przerażały klęski poprzedników. Nie przerażała śmierć z głodu i
wyczerpania.
Złote przedmioty, które oglądali pierwsi konkwistadorzy, spotykając indiańskie plemiona, rozpalały wyobraźnię. Jimeneza de Quesada, założyciela Bogoty, też. On pierwszy stanął nad brzegiem jeziora Guatavita (w 1537 roku), on pierwszy uwierzył w El Dorado – Krainę Złoconego Kacyka.
„Oto w czasach
przedkolumbijskich istniało na wyżynie Bogoty państwo Indian z plemienia Chibcza.
Państwo to słynęło z ogromnych skarbów, szczególnie zaś ze złota, którego
liczne kopalnie znajdowały się na wyżynie Bogoty. Władców tego imperium
wybierano w sposób niezwykły. Oto każdy młodzieniec z rodziny królewskiej,
który ubiegał się o tę godność, musiał spędzić sześć lat w odległej jaskini,
poszcząc i powstrzymując się od kontaktów z kobietami. Gdy pomyślnie
przetrzymał tę próbę, następowała uroczysta intronizacja nowego władcy.
Niesiono go w lektyce nad jezioro Guatavita, gdzie rozbierano do naga i ciało
namaszczano żywicą. Następnie posypywano złotym piaskiem i Eldorado – Złocony
Kacyk – wypływał na środek jeziora na tratwie obciążonej stosami złota i
wyrzucał wszystkie te skarby do wody, aby poprzez tę ofiarę zyskać łaskawość
bogów na okres swojego panowania”[1].
Balsa Muisca, szczerozłotą scenę inicjacji
nowego kacyka, mającą 1200–1500 lat, oglądnęłam w Muzeum Złota. Teraz wypada
zobaczyć owiane aurą tajemniczości jezioro Guatavita, święte miejsce Indian
Chibcha, kolebkę mitu o El Dorado, mitu najbardziej chyba znamiennego w skutki
w całej historii ludzkości.

Sześćdziesiąt trzy kilometry na północ od Bogoty, ale aż dwie godziny jazdy. Autobus jedzie do miasteczka o tej samej nazwie co jezioro. Należy kierowcy powiedzieć, że ma się zamiar iść nad jezioro, wtedy zatrzymuje się jedenaście kilometrów przed miastem, w miejscu, gdzie zaczyna się właściwa droga. Siedem kilometrów dalej – jezioro.

No to doczekałam do soboty. Autobus rzeczywiście zatrzymuje się tam, gdzie proszę, drogowskaz wskazuje kierunek, razem ze mną wysiada jeszcze jeden człowiek. Jakkolwiek ma plecak, to na globtrotera raczej nie wygląda. I rzeczywiście, to miejscowy, szybko się oddala, a ja zaczynam główkować. Na przemierzenie siedmiu kilometrów jestem gotowa. Czy rzeczywiście jest niebezpiecznie? Droga, przynajmniej na tym początkowym odcinku, wije się wśród domostw. Wracać do Bogoty? To znaczy czekać tutaj na autobus powrotny. Ale zapewne byłby to ten sam autobus, który mnie tutaj przywiózł. Jakoś „nie honor”…
Dobra, pójdę
kawałek, jeżeli poczuję się niepewnie, wrócę. Wtedy będzie jechał już inny
autobus.

Kolejna tablica wskazuje, że do jeziora już tylko 5,5 kilometra. Tak szybko przeszłam już półtora kilometra? Nawet tego nie zauważyłam. Po obu stronach drogi nadal tylko domy, stróże niektórych czują się w obowiązku robić hałas. Te najgłośniejsze na szczęście są na łańcuchu. Te nieuwiązane próbują straszyć z bliska, ale nie są groźne. Ten bardziej namolny dostaje kawałek ciastka, zmienia front i usiłuje się zaprzyjaźnić, machając wesoło ogonem. Eskortuje mnie blisko kilometr, chociaż nie daję mu nadziei na dalsze dożywianie.
W ciągu całego
spaceru mijają mnie zaledwie dwie osoby. Ha, ha: „ciągną pieszo tłumy
turystów”! Ciągną, tyle że samochodami. Znak czasu! Dziewczyna i chłopak,
dwudziestolatkowie z Bogoty, uśmiechają się przepraszająco, że co prawda
mieszkają w Bogocie, ale to dopiero ich pierwszy spacer nad jezioro.
A ja już nie pamiętam o zagrożeniu. Myśleć o jakimś wyimaginowanym niebezpieczeństwie? W takich warunkach? Droga wznosi się ku górze, ale bardzo powoli, jakby nieśmiało. Z każdym pokonywanym kilometrem odsłaniają się coraz to nowe widoki: na góry, na pasące się na pastwiskach bydło, na rozrzucone na stokach domostwa, na sztuczne jezioro pobliskiej elektrowni. Słońce świeci, ale na tej wysokości nie daje się bardzo we znaki. Lekki wiaterek nie przeszkadza.
[1] Zdzisław Skrok, W poszukiwaniu Eldorado i ziemi obiecanej,
Wydawnictwo Iskry, Warszawa 1985.