czwartek, 23 stycznia 2020

Kantaka Cetija i antyczny szpital. Mihintale, Sri Lanka



Do Mihintale przyjechałam aby poznać historię spotkania króla Dewampija (Devanampiya) Tissa (307–267 p.n.e.) z Mahindą, pierwszym buddyjskim misjonarzem na wyspie – post o ich spotkaniu: http://emerytkawpodrozy.blogspot.com/2020/01/gdyby-nie-mahinda-mihintale-sri-lanka.html

Zanim dotrę na miejsce spotkania sprzed wieków, przy schodach prowadzących na szczyt wzgórza mogę zobaczyć dwa niezwykle interesujące obiekty z czasów dawno minionych.
U stóp Wzgórza Mahindy rozciągają się ruiny szpitala z III wieku p.n.e. Najstarsze szpitale w Europie zakładano dopiero cztery wieki później. Zrekonstruowane fundamenty i resztki kolumn nie bardzo pobudzają moją wyobraźnię, ale kamienne wanny już tak. Takie wanny drążono w jednym bloku kamienia z otworem w kształcie postaci ludzkiej. Oj, ciasno było temu kurowanemu delikwentowi, chociaż uzasadnienie takiego kształtu kamiennej dłubanki jest racjonalne – chodziło o to, aby nie zużywać zbyt wielu drogich ziołowych olejków, którymi leczono pacjenta.















Gdzieś w połowie wysokości, skręcam na schody wiodące w bok od głównego ciągu stopni. Prowadzą do jednego z najstarszych zabytków religijnych na wyspie, do dagoby Kantaka (Kantaka Cetija) z II wieku p.n.e. Odkopanej z niebytu w 1934 roku. Teraz to właściwie dwunastometrowej wysokości sterta cegieł, która kiedyś była trzydziestometrową kopułą wspartą na trzystopniowej podstawie. Przy tej podstawie zachowały się wahalkady (frontony/ganki/ołtarze) zwrócone na cztery strony świata, ozdobione bogato rzeźbionymi kolumnami i fryzami. Te elementy architektoniczne budowane były jako miejsce składania ofiar, ale też – a może przede wszystkim – jako elementy konstrukcyjne równoważące napięcia budowli. W najlepszym stanie zachował się fronton wschodni. Zwierzęta, rośliny, nagi, karły – kamienni strażnicy tej świątyni – świadczą o mistrzostwie rzeźbiarzy sprzed wieków. Dostrzegam również ślady polichromii.
















Po sanktuarium oprowadza mnie człowiek grabiący opadłe liście, samozwańczy cicerone – w odróżnieniu od wielu podobnych nie jest zbyt nachalny, więc daję się prowadzić do miejsc, do których – według niego – sama bym nie trafiła, i pokazywać detale, których sama bym nie wypatrzyła. Pokazuje mi również jaskinie, w których od III wieku p.n.e., zanim jeszcze powstała Kantaka, mieszkali mnisi, kontemplując nauki Buddy. Zachowały się inskrypcje oraz wykuta w nawisie skalnym rynna odprowadzająca wodę deszczową – jedyne udogodnienie w tym naturalnym eremie.





















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz