środa, 15 stycznia 2020

Wyspa Kangura. Gdy płonie busz w Australii...



…myślami często wracam do moich dwukrotnych podróży do tego kraju, na ten kontynent. Wspominam zwierzęta, które tam widziałam. Nie w zoo, ale w naturze. Wspominam wycieczkę na Wyspę Kangura, o tragicznej sytuacji której wysłuchałam niedawno relację kogoś, kto jest tam, na miejscu.

Wyspa Kangura. Trochę ponad sto kilometrów na południowy wschód od Adelajdy. Sama wyspa ma długość stu czterdziestu pięciu kilometrów. Wydzielono na niej kilka parków narodowych i rezerwatów.

Wykupiłam wycieczkę dwudniową, grupa nie jest duża, siedem osób, na miejscu czeka na nas jeszcze pięć innych, które wykupiły wycieczkę trzydniową. Dwa dni to niewiele, ale spędzamy je bardzo intensywnie. Na wstępie zostajemy zaproszeni do… sklepu z miodem. Bo właśnie tutaj produkuje się najlepsze miody w Australii. Nasza grupka nie przysporzyła właścicielowi sklepu zbyt dużego utargu, chyba liczył na więcej!



Kangurów tutaj rzeczywiście więcej, niż widziałam wcześniej, szkoda tylko, że równie wiele martwych na poboczach drogi. I nasz kierowca dwukrotnie, niemal cudem, unika zderzenia ze zwierzakami wyskakującymi nagle z krzaków.

Niezwykłe Skały (Remarkable Rocks) to unikalne formacje na południowym brzegu wyspy. Z aparatami fotograficznymi w dłoniach błądzimy wśród wielkich głazów o niesamowitych kształtach, szukając najbardziej efektownego ujęcia. Czuję się jak w galerii pod gołym niebem, w której odbywa się właśnie wernisaż abstrakcyjnego rzeźbiarstwa. Wrażenia robią nie tylko formy, ale i kolory. Szare kamulce pokryte nierównomiernie ceglanym nalotem błyszczą w ostrym słońcu ożywiającym tę martwą naturę. 


W otoczeniu Łuku Admirałów martwa natura ożywa dzięki niezliczonej ilości fok niby wylegujących się w promieniu słońca, ale równocześnie będących w ciągłym ruchu. Obserwując je spod wielkiej skalnej arkady, tak sobie myślę, że oglądanie zwierząt wciąga jak narkotyk. Za każdym razem trudno takie miejsca opuszczać. Nie czuje się zmęczenia ani chłodu. Tylko pan przewodnik musi się trochę napracować, żeby nas doprowadzić do samochodu.















Fok na wyspie jest więcej. Odwiedzamy jeszcze jedną ich kolonię, tym razem w innej scenerii, na plaży rozciągającej się wzdłuż Zatoki Fok. No bo i jak ma się nazywać miejsce, gdzie królują?

I tylko „żal serce ściska”, kiedy w znajdującym się na skraju plaży centrum informacyjnym, oglądając wystawę poświęconą ochronie tych zwierząt, widzimy jak wiele człowiek robi, aby zniszczyć to, co go otacza. Niby to wszystko wiemy, ale wystawa jest bardzo sugestywna. W obrazowy sposób pokazuje, jak plastikowe worki, kawałki sieci, sznurki, druty, nie mówiąc o butelkach, powodują śmierć tysięcy zwierząt. Jest i akcent optymistyczny, mówiący, jak wielką wolę życia mają zwierzęta. Naukowcy obserwowali jedną z fok, potwornie poranioną, która po dwóch latach doszła do siebie, mimo że nie dawano jej szans na przeżycie.  



Pokonujemy wydmy Małej Sahary, kto chce, może zjechać na desce. Preferowana jest inna technika niż ta, którą poznałam w Nowej Zelandii. (http://emerytkawpodrozy.blogspot.com/2016/06/dziewiecdziesieciomilowa-plaza-nowa.html).
Tutaj pan przewodnik pokazuje, jak zjeżdżać na stojąco. Niektórym się to nawet udaje – zjeżdżają bez przewrotki. Tym razem tylko sobie popatrzę.  















Jest już ciemno, kiedy idziemy na spotkanie z pingwinami. Tak, tak, tymi samymi, z którymi już zawarłam znajomość kilka dni temu. Podglądamy je tutaj w innej scenerii niż na Phillip Island. Nie jest to widowisko tak spektakularne, ale tym lepiej. Nie zasiadamy na trybunach, ale po ciemku wędrujemy drogą prowadzącą przez teren, gdzie mieszkają. A one nie zwracając na nas uwagi, robią to co zawsze. Po prostu żyją.  

I kiedy wydawałoby się, że już nic nowego nie zobaczę, uwagę moją przykuwają oryginalne Grass Tree (drzewo trawiaste, żółtak), których wcześniej nie spotkałam. Ich korony, niczym bujne kępy traw, wyrastają z czarnego, jakby spalonego pnia. Niektóre z nich mogą mieć nawet i dwieście lat! Piękne!















Kiedy przed przyjazdem tutaj studiowałam mapę i widziałam wyspę poprzecinaną siatką dróg czy ulic, spodziewałam się, że jest ona bardzo zurbanizowana. Okazało się jednak, że w rzeczywistości zachowała wiele naturalnego uroku. Całymi kilometrami jechaliśmy drogami wśród buszu.


Nasza wyprawa zbliża się do końca. Osoby, które przybyły dzień wcześniej, wykupując wycieczkę trzydniową, nie są zbyt zadowolone. Żałują, że też nie wybrały się na wycieczkę dwudniową. Okazało się, że w pierwszym dniu właściwie nic nie zwiedziły, czekając na nas, uczestników wycieczki dwudniowej.


Na wyspę wjechaliśmy regularnie kursującym promem. W drodze powrotnej przewodnik, w atmosferze konspiracji, wiedzie nas do niewielkiej łajby zacumowanej przy prowizorycznej przystani. Z daleka pachnie to jakąś kombinacją, żartujemy, że to nic innego tylko contraband, chociaż w głębi duszy nie jest nam do śmiechu.
To jeszcze jeden kwiatek do opowieści „dlaczego nie lubię biur podróży”. Niestety od czasu do czasu muszę z ich usług korzystać.



Oby nie zostały nam tylko pomniki. Te widziałam w Thredbo, u stóp Góry Kościuszki.







2 komentarze:

  1. W pamięci pozostaną Ci piękne wspomnienia z miejsc odwiedzanych i ze spotkań z tymi niesamowitymi zwierzakami. Miejsce już nie będzie takie same, a i wielu zwierząt też już pewnie nie ma...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też ubolewam nad tym, co przeżywają. Pozostaje nam tylko wierzyć w siłę natury do odrodzenia.

      Usuń