niedziela, 10 lutego 2019

Cerro Rico – Bogata Góra. Potosí, Boliwia



Jestem w Potosí. Jestem na wysokości 4067 metrów n.p.m. Jestem w mieście położonym najwyżej na świecie, założonym w 1545 roku. Kto na takiej wysokości zakłada miasto?
Hiszpanie.
Pytanie „dlaczego” jest właściwie bez sensu. Jeżeli konkwistadorzy założyli tutaj miasto, to znaczy, że liczyli na krociowe zyski. To znaczy, że było tutaj coś, co miało przynieść niewyobrażalne dochody.

Było. Srebro. Odkryto je w Cerro de Potosí (góra Potosí), której nazwę zmieniono potem na Cerro Rico (Bogata Góra). Góra została podziurawiona tysiącami szybów. Rdzenni mieszkańcy zostali niewolnikami zachłannych najeźdźców zmuszających ich do wysiłku ponad ludzkie siły, ponad dwanaście godzin dziennie. Żeby nie tracili czasu na dojazdy czy raczej dojścia do pracy, przebywali pod ziemią po kilka miesięcy. Kiedy powymierali, sprowadzono 30 tysięcy niewolników z Afryki. I ciągle było mało. Mimo że rosły fortuny inwestowane w pałace i kościoły. Mimo że tak duże ilości srebra na rynku zachwiały gospodarką europejską. Do czasu…

Po dwustu latach eksploatacji zasoby srebra się skurczyły. Zaczęto wydobywać cynę. Miasto, dodatkowo zaangażowane w walki niepodległościowe, z dwustutysięcznego ośrodka w latach prosperity, w połowie XIX wieku stało się dziesięciotysięcznym grajdołem.

Cyna i srebro nadal są wydobywane, na niewielką już skalę. Kopalnie pracują na granicy opłacalności, o inwestycjach w nowe technologie nawet nie ma co marzyć, warunki pracy w kopalniach nie zmieniły się od stuleci. Niektóre z kopalń można zwiedzać, co łączy się jednak z brodzeniem w brudnej wodzie, chodzeniem na czworakach, przeciskaniem się przez ciasne korytarze czy możliwością zatrucia się szkodliwymi substancjami.
Nie, takich doświadczeń nie jestem ciekawa. Zwiedzę Muzeum Diego Huallpy, zorganizowane w części jednej z dawnych kopalń.

Nie zwiedzę. Muzeum, nazwane imieniem Inki, który w 1544 roku odkrył srebro na zboczu góry, zostało zamknięte. Jedni mówią, że czasowo, inni – że na zawsze. A w ogóle to Diego srebra nie pożądał. Pewnego razu szukał zaginionych lam i noc zastała go na górze. Aby się rozgrzać, rozpalił ognisko. Nie wiedział, że na żyle kruszcu. Wielkie było jego zdziwienie, gdy rankiem w popiele znalazł grudki i nitki srebra.


A góra nadal stoi, kształtem przypomina piramidę. Co prawda na skutek wydobycia z jej wnętrza tysięcy ton srebra jest niższa o kilkaset metrów w stosunku do pierwotnej wysokości, ale nadal stoi. Jadę poza miasto, żeby zobaczyć Cerro Rico z bliska.

Na zboczach nie ma żadnych roślin. Typowo industrialny krajobraz – baraki, nadbudowy szybów, nieutwardzone drogi, ciężarówki wzbijające tumany kurzu. Promienie słońca palą i oślepiają. Piekło na ziemi, piekło wewnątrz.















Już na piechotę wracam do centrum. Mijam kilka przedsiębiorstw/towarzystw kopalnianych. Napisy z nazwami umieszczone wprost na ścianach budynków – niewielkich budynków – świadczą też o tym, że to małe firmy, niezdolne do działań mogących poprawić sytuację robotników i ich rodzin. Mogą co najwyżej umożliwić turystom zwiedzenie tej czy innej kopalni, a przed zwiedzaniem przyprowadzić ich na targ – właśnie taki targ mijam – na którym kupią dla zatrudnionych pod ziemią robotników napoje, liście koki, papierosy czy… dynamit. Nawet na to czasami takie firmy bowiem nie mają środków!















Z punktu widokowego przed kościołem San Pedro doskonale widać i miasto, i górę. Być może widok Cerro Rico z tego właśnie miejsca zainspirował anonimowego artystę z XVIII wieku do namalowania obrazu, który oglądam w Casa Nacional de Moneda (1757–1770), czyli w Muzeum Mennicy Państwowej.

 
Mennic w Potosí były dziesiątki, ale ta była najważniejsza i najdroższa, w sensie kosztów wybudowania (8000 peso, co odpowiada 10 milionom dolarów według obecnej wartości). Ponad metrowej grubości mury dobrze chroniły i mennicę, i więzienie, i sztab armii boliwijskiej w czasie wojny z Paragwajem, i inne instytucje, które w różnych okresach miały tutaj swoją siedzibę. Muzeum uważane jest za jedno z najciekawszych na obu kontynentach amerykańskich. Głównie za sprawą doskonałej wystawy przedstawiającej historię emisji pieniędzy, ale też kolekcji malarstwa z tak zwanej szkoły Potosí.


Przewodnicy prowadzą zwiedzających najpierw przed wspomniany wyżej obraz „Virgen del Cerro” – tłumaczenie tej nazwy jest jednak trochę karkołomnym zadaniem. Dosłownie „Dziewica Góry”[1], patrząc na obraz – raczej „Dziewica – Góra”. Obraz przedstawia scenę ukoronowania Najświętszej Marii Panny. Ale… Szaty Marii zostały przedstawione w formie bardzo rozłożystej, przypominającej kształt góry Potosí. Właściwie jest to wizerunek góry, w której szczyt artysta wkomponował twarz Maryi. Rysunek wzoru na szacie to wyobrażenie przekroju góry, z wydrążonymi w jej wnętrzu chodnikami i pracującymi w nich ludźmi, ale też z drzewami i kwiatami. To nawiązanie do Pachamamy (Mama Pacha), inkaskiej bogini ziemi, patronki siewu i żniw, na której wizerunkach jej szaty były ozdabiane kwiatami. A wiadomo, że w okresie chrystianizacji ludów Ameryki Południowej Pachamama (lub inne bóstwa żeńskie – w zależności od konkretnej kultury) były utożsamiane z Maryją. Interpretacja całego obrazu, pełnego odniesień i alegorii historyczno-teologiczno-filozoficznych, to temat na niejedną pracę naukową.

Maska Bachusa nad przejściem z jednego dziedzińca na drugi wzbudza powszechne zainteresowanie, ale powód jej umieszczenia w tym miejscu pozostanie na zawsze tajemnicą. Wiadomo tylko, że została zawieszona w tym miejscu przez Francuza Eugenio Martina Moulona w 1865 roku. Kim był ów Francuz, nie udało mi się dociec. Faktem jednak jest, że mascarón stał się ikoną miasta.
 
Zwiedziłam mennicę, idę pooddychać kolonialną atmosferą miasta, zobaczyć jej świeckie i religijne arcydzieła architektury.


[1] W bardzo dobrze oświetlonej sali nie było możliwe zrobienie zdjęcia odpowiedniej jakości, bez odbić i refleksów światła.
 



















 

6 komentarzy:

  1. Pięknie opisana tragiczna historia chciwości ludzkiej. Tak my, biali, szerzyliśmy tutaj wartości chrześcijańskie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie! To względem tego "szerzenia".
      Oczywiście dziękuję za lekturę tekstu, i że się spodobał.
      Dzięki takim komentarzom chce się nadal robić to co robię.

      Usuń
  2. Tragiczne losy ludzi. Dobrze, ze piszesz o takich miejscach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo. Takie komentarze motywują do działania.

      Usuń
  3. Patosi to prawie wysokość Mont Blanc! A Pani spaceruje sobie, jak po Krakowie.
    Czy "utopiłaś" sobie grudkę srebra? Tragiczne są historie chrystianizacji Ameryki, dobrze, że je przybliżyłaś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję - to w kwestii "przybliżenia".
      Co do grudki srebra, to po cichu liczyłam, że w Muzeum Diego Huallpy będzie okazja, ale, jak wspomniałam wyżej, było zamknięte.
      I jeszcze co do "spacerowania'. Jechałam od strony Chile, najpierw Atakama 2500 metrów n.pm, potem przez Altiplano (średnio 3500 metrów n.p.m.), tak, że zdążyłam się trochę zaaklimatyzować

      Usuń