wtorek, 22 stycznia 2019

Tutaj, gdzie się wszystko zaczęło. Isla del Sol, Boliwia



Tutaj, na Isla del Sol, na jeziorze Titicaca (3820 metrów n.p.m.), przyszedł na świat bóg Wirakocza, większość ważnych bóstw oraz pierwsi Inkowie: Manco Capac i jego siostra, a zarazem żona, Mama Ocllo. Tutaj także po raz pierwszy wzeszło Słońce. 

Najciekawsze relikty archeologiczne z czasów Inków znajdują się w północnej części wyspy, której maksymalna długość wynosi 9,6, a maksymalna szerokość 4,6 kilometra. Niestety, nie zobaczę ani Piedra Sagrada (Święty Kamień), ani Templo del Sol (Świątynia Słońca), ani Mesa Ceremónica (Stół Ceremonialny), ani Titi’kaka – Skały Pumy, od której pochodzi nazwa jeziora. Nie zobaczę, bo w północnej części wyspy jest konflikt.

Kto, z kim, o co? Z trudem udaje mi się dowiedzieć, że to konflikt lokalny. Jedna społeczność dzieli się na dwie i nie mogą się dogadać, kto i ile pieniędzy wyszarpie od rządu. W efekcie ustalony od dziesięcioleci schemat zwiedzania wyspy – przybicie do portu w północnej części i przejście do portu południowego – jest niemożliwy do realizacji. Na szczęście w południowej części wyspy pozostałości po Inkach też są.

Punkt widokowy, z którego widać północną część wyspy
Widok na północną część Isla del Sol
























Plac przed przystanią w porcie Yumani ograniczony jest pozostałym z czasów Inków Portales Ceremoniales – murem z charakterystycznymi wnękami. Schodami ułożonymi przez Inków (Escalera del Inca) wspinam się do wioski nad portem. U ich szczytu bije źródło. Zostało ujarzmione. Z kamiennego muru trzema otworami woda spływa do ocembrowanego basenu i jest rozprowadzana kamiennymi kanałami. To Fuente del Inca, czyli Źródło Inków. Hiszpanie wierzyli, że to eliksir młodości, miejscowi utrzymują, że kto się napije z niego wody, w mig zrozumie i hiszpański, i keczua, i ajmara.

Eee, czy ja wiem. Teraz mi się czasem myli hiszpański z angielskim, a jak jeszcze dwa języki miałabym poznać…


 

W rzeczywistości staram się nie pić nieprzegotowanej wody, nawet z tak świętego źródła. Wspinam się wyżej, do wioski, potem dalej za wioskę, do punktu widokowego Pallakhasa, na najwyższym szczycie wyspy, górze Chequesani (4032 metry n.p.m.). Widoki obłędne. I na północną część wyspy, i na zatoki po przeciwnej od portu stronie wyspy, i na resztki stworzonych przez Inków tarasów uprawnych, i na sąsiednią Isla de la Luna (Wyspa Księżyca). Na punkt widokowy na południu wyspy (4024 metry n.p.m.) nie wchodzę, ale obchodzę szczyt dookoła. Stąd widać inkaski pałac Pilko Kaina. Wcześniej mijaliśmy go, płynąc do portu. Jest doskonale wkomponowany w stok góry – i tak miało być, miał być niewidoczny dla ewentualnych najeźdźców.















Na wyspie nie ma dróg asfaltowych, nie ma też samochodów. Jak przyjemnie wędruje się w takich okolicznościach. Trzeba tylko uważać, żeby osioł jeden czy drugi człowieka nie stratował! O godzinie 15:00 wszystkie łódki opuszczają wyspę.

   












 

W Copacabana także nie brakuje też miejsc związanych z Inkami. Skała z wyciosanymi siedzeniami, nieomalże w centrum, to miejsce, gdzie w czasach Inków sprawowano sądy, dlatego miejsce nazywane jest Tribunal del Inca. W wiosce odległej o trzy kilometry od miasta znajduje się jeszcze jedno ujęcie wody z czasów inkaskich i chyba niewielu zwiedzających tutaj bywa – widzę zaskoczenie na twarzy pani, która otwiera mi drzwi niewielkiego muzeum. Rezygnuję z wspięcia się na kolejne wzgórze z resztkami obserwatorium astronomicznego Inków, za to większość dnia zajmuje mi spacer wzdłuż jeziora. W porcie, na jego brzegu, stoi pomnik Manco Capaca i Mama Ocllo. Jeszcze jedna manifestacja niby-szacunku do kultur wypartych mocami konkwisty.














 















 


























2 komentarze:

  1. Widoki obłędne, nie mogę się napatrzeć! Niesamowity błękit wody i nieba! Prawie, jakbym tam z Tobą była. Dzięki!

    OdpowiedzUsuń