czwartek, 20 sierpnia 2020

Elefanta – za sprawą monolitycznego słonia. Indie



Elefanta (Elephanta) to nazwa wyspy leżącej w odległości około dziesięciu kilometrów na wschód od Mumbaju. Wyspa nie jest duża, ma powierzchnię zaledwie 16 kilometrów kwadratowych (2,4 kilometra długości) i dwa wzgórza o wysokości 150 i 175 metrów – Wzgórze Stupy (w północno-wschodniej części wyspy) i Armatnie Wzgórze (w części południowo-zachodniej). Znajdują się na niej trzy wioski zamieszkane przez 1200 mieszkańców, którzy zajmują się uprawą ryżu i rybołówstwem oraz obsługą turystów przypływających tutaj, aby zobaczyć groty wykute w skałach.

Zanim w XVI wieku na wyspę przybyli Portugalczycy, nosiła ona nazwę Gharapuri. Portugalczycy odkryli na niej świątynie w jaskiniach, przed jedną z nich znaleźli monolitycznego bazaltowego słonia, zatem nadali jej nazwę „Elephanta”. W 1864 roku Anglicy chcieli monolit wywieźć do swojego kraju, ale urwały się liny dźwigu i rzeźba roztrzaskała się na kawałki. Udało się ją posklejać i teraz stoi w ogrodzie koło Muzeum Miasta Mumbaj im. dr. Bhau Daji Lada. Sporo czasu mi zajęło, żeby muzeum, a przede wszystkim słonia znaleźć, a to dlatego, że muzeum funkcjonuje (w różnych źródłach) pod trzema nazwami. Wybudowane jako Muzeum Wiktorii i Alberta, w 1975 roku zostało nazwane imieniem lekarza, znawcy sanskrytu i antykwariusza zasłużonego przy tworzeniu tego najstarszego muzeum w Mumbaju, otwartego dla zwiedzających w 1857 roku. W niektórych źródłach funkcjonuje jako City Museum, w innych jako Dr Dhau Daji Jad Museum, a w innych jeszcze tradycyjnie, jak w XIX wieku.

A w ogóle to warto wejść na chwilę do tego muzeum ze względu na wiktoriańskie wnętrze i dlatego, że to pierwszy budynek kolonialny wybudowany w Mumbaju specjalnie na potrzeby muzeum. 


Tymczasem prom, którym płynę (godzinę), przybija do brzegu Elefanty, wysiadam i od razu zostaję obstąpiona przez ludzi chcących mi ułatwić życie, a w szczególności sprzedać bilet na kolejkę, która zawiezie mnie do kasy biletowej. A jak daleko jest ta kasa? Tutaj odpowiedzi się wahają od kilometra do półtora kilometra. No to idę sobie na piechotę, słusznie podejrzewając, że podawany dystans jest nieco zawyżony. I rzeczywiście, długość kolejki to tylko 600 metrów. Po płaskim terenie. Na łatwe pokonanie różnicy poziomów – wszak przyjechałam tutaj zwiedzać miejsce położone na wzgórzu – żadnego sposobu jeszcze nie ma, a przynajmniej nie ma taniego sposobu. Można sobie bowiem wynająć fotel – rodzaj lektyki – na którym zostanie się zaniesionym przez kilku panów. Podobno planowane jest połączenie wyspy ze stałym lądem kolejką linową – ciekawe, czy stacja na wyspie będzie usytuowana na wzniesieniu, przy wejściu do jaskiń, czy na poziomie morza.


Wzdłuż schodów szpaler straganów, a jakżeby inaczej. Niebieskie brezenty rozciągnięte między nimi tworzą tunel chroniący przed słońcem. I sprawiający, że każdy obiekt na zdjęciu tonie w nienaturalnie niebieskiej poświacie.


Naukowcy nie są zgodni (jak zwykle) co do czasu, kiedy w litej bazaltowej skale wykuto siedem jaskiń będących hinduistycznymi świątyniami (UNESCO). Najczęściej podawany jest przedział czasowy od V do IX wieku, chociaż niektórzy twierdzą, że kucie jaskiń trwało do około 550 roku. Pięć z nich znajduje się stosunkowo blisko siebie, na zboczu Wzgórza Armatniego, na ogrodzonym terenie udostępnionym do zwiedzania. Dwie pozostałe, a także dwie buddyjskie stupy (tylko częściowo zbadane i odkopane), na sąsiednim wzgórzu i nad brzegiem morza, na północnym brzegu wyspy, nie są dostępne dla zwiedzających. 











 
  


Najokazalsza jest pierwsza jaskinia, nazywana Wielką Jaskinią, poświęcona Śiwie. W skale wykuto grotę, kolumny, niewielkie świątynki wewnątrz, a ściany ozdobiono płaskorzeźbami ukazującymi różne aspekty boga Śiwy, sceny z mitologii hinduistycznej, a także obrazy zainspirowane Wedami i eposami hinduskimi. Trimurti, Śiwa i Parwati, Śiwa pomagający Gangesowi spłynąć na ziemię, Śiwa jako Jogi, Śiwa jako Nataradźa (Pan Tańca) – to najbardziej znane i najczęściej prezentowane w albumach rzeźby z Elefanty. Styl, w jakim zostały wyrzeźbione, określany jest jako poguptyjski (Guptowie to dynastia panująca w latach 320–720).

Pozostałe jaskinie nie są ani tak duże, ani tak ozdobne. Szczątkowe rzeźby rodzą pytania, czy te jaskinie były tak słabo ozdobione, czy tak bardzo zostały zniszczone. I przez kogo. Czy przez Portugalczyków, czy jeszcze wcześniej przez muzułmanów? 



Ponad trzy godziny krążę między świątyniami, chociaż zajmują niezbyt rozległy teren. I chociaż ideologia przedstawionych scen jest mi bardzo daleka, nie przeszkadza mi to zachwycać się maestrią twórców sprzed kilkunastu wieków.

Odprowadzana przez makaki (chyba) wchodzę jeszcze na szczyt wzgórza. Chętnych do zrobienia sobie zdjęcia z brytyjskimi działami armatnimi jest chyba tylu samo, ilu amatorów zdjęć z Śiwą w którejkolwiek ze scen w Wielkiej Jaskini. 

 
























































 












 

2 komentarze:

  1. No patrz, nie udało się Anglikom wywieźć słonia! Jacy biedni i jakie "biedne" ich muzea.
    Całe szczęście, że świątynie są częścią skał wyspy, bo można je tu podziwiać. I nikt ich nie wywiezie!

    OdpowiedzUsuń