wtorek, 4 sierpnia 2020

Katedra Ghazanchetsots. Szuszi, Górski Karabach


W XIX wieku Şuşa (Szuszi) należała do największych miast Kaukazu, była większa od ówczesnego Baku i Erywania. Wraz z Tbilisi należała do najważniejszych ośrodków kulturalnych w tym rejonie świata. Zgodnie z carskimi statystykami w 1886 roku w mieście żyło 27 tysięcy mieszkańców, z których 57% stanowili Ormianie. W 1920 roku Azerowie zajmując miasto, dokonali ich pogromu. Pod koniec XX wieku role się odwróciły. Wraz z początkiem konfliktu w 1988 roku Szuszi stała się twierdzą Azerbejdżanu. Tutaj ustawione były działa skierowane w kierunku Stepanakertu. Po miesiącach bombardowania obecnej stolicy Górskiego Karabachu, 9 maja 1992 roku miasto zostało zdobyte, splądrowane i spalone przez Ormian. Po zakończeniu działań wojennych zostało ono zasiedlone ormiańskimi uchodźcami z Azerbejdżanu, a także Ormianami z diaspory. Statystyki wymieniają 4500 mieszkańców w 2015 roku.
Jeden z czołgów T-72 należących do wojsk ormiańskich, trafiony podczas zdobywania miasta, został wyremontowany i ustawiony na postumencie na skraju miasta jako pomnik tej wojny. Widziałam go, kiedy jadąc z Armenii, autobus mijał miasto.

W 2002 roku, dziesięć lat po tych wydarzeniach, jakieś 80% miasta nadal leżało w gruzach. Jak Szuszi wygląda teraz, 15 lat później?

Do Szuszi wybieram się w niedzielę. Chcę uczestniczyć w niedzielnej liturgii Kościoła ormiańskiego. W nie byle jakim miejscu – w Ghazanchetsots, czyli w katedrze Chrystusa Zbawiciela, jednym z największych ormiańskich kościołów na świecie. Katedra została wybudowana w latach 1868–1887 na miejscu mniejszego kościoła z 1772 roku. Poważnie uszkodzona w 1920 roku nadal jednak służyła wiernym. W 1940 roku zmieniono ją w spichlerz. Proces degradacji pogłębiał się, w latach 50. zapadła się kopuła i część ścian. Niemniej w 1980 roku, pod naciskiem opinii publicznej, rozpoczęto jej odbudowę, która trwała do czasu wybuchu konfliktu w 1988 roku. Potem trzykrotnie próbowano katedrę spalić, używając podpalonych opon. Ostatecznie służyła Azerom jako zbrojownia.


Wkrótce po zwycięstwie sił ormiańskich w 1992 roku przystąpiono do jej odbudowy. Pierwsze prace zostały dokonane dzięki środkom przekazanym przez Andreasa Roubiana, Ormianina z New Jersey. Dzięki pomocy diaspory ponowna konsekracja była możliwa w 1998 roku. 

Cały przebieg odbudowy i rekonstrukcji katedry, bardziej aniżeli akt związany z wiarą i religią, postrzegany był jako proces mający na celu przywrócenie ormiańskiego dziedzictwa kulturowego i duchowego, jako odrodzenie narodu ormiańskiego, i stał się symbolem odrodzenia Szuszi. A figurka anioła, takiego jakie wieńczą narożniki pierwszej kondygnacji katedralnej dzwonnicy, została wkomponowana w herb miasta.


Ktoś napisał, kilka lat po ponownej konsekracji katedry, że „jest jednym z niewielu nieskazitelnie wyglądających budynków w mieście”. I nadal tak wygląda – myślę, stojąc przed wzniesionymi z białego kamienia świątynią i wolno stojącą, trzykondygnacyjną dzwonnicą. Nadal urzekają nieskazitelną bielą. Ten biały budulec jest tym, co odróżnia ją od wszystkich innych świątyń, jakie widziałam w czasie tej podróży, od świątyń z kamieni o różnych odcieniach różu, bordowego i szarego. Cechą wspólną jest forma architektoniczna – kościół jest bazyliką z czterema absydami oraz kopułą.  


Wnętrze różni się od innych całkowicie nowoczesnym wystrojem, a ściślej mówiąc – współczesnymi ikonami pokaźnych rozmiarów, namalowanymi jednak w konwencji ikon średniowiecznych. Nie różni się natomiast, w porównaniu ze średniowiecznymi ormiańskimi kościołami, aranżacja prezbiterium – wysoki podest, skromny ołtarz, zasłona oddzielająca kapłana i ołtarz od wiernych. Niewiele rozumiem z tej liturgii, mimo że wiem, iż jej części nie odbiegają zasadniczo od tych w Kościele katolickim, inna jest natomiast ich kolejność. Niektóre z obrzędów odbywają się za zaciągniętą zasłoną. W czasie modlitw, z których część odbywa się na podwyższeniu, a część przed nim, sprawujący liturgię stoi tyłem do wiernych – bo to kapłan zwraca się do Boga w imieniu uczestniczących w liturgii. Często jednak odwraca się i błogosławi uczestników liturgii niewielkim krzyżem, który cały czas trzyma w ręce. Niesie go też ze sobą w czasie procesji dokoła kościoła, która odbywa się raz na początku, potem jeszcze raz, pod koniec mszy. W czasie tej procesji wszyscy wierni podchodzą i całują krzyż, a także niesiony przez asystę sztandar. Trudno się zorientować, kiedy jest koniec mszy, ponieważ duża część uczestników ceremonii wychodzi, gdy służba liturgiczna jeszcze jest przy ołtarzu, przychodzą inni. Nie wiem, czy to jeszcze msza, czy już inne nabożeństwo.















Trudno, żebym ja, nie-Ormianka, rozumiała, co się dzieje w czasie liturgii, skoro nawet Ormianie mają z tym problem. Rozmawiałam o tym z przewodniczką w czasie podróży z Tbilisi do Erywania. Według niej wynika to z tego, że językiem liturgii jest język staroormiański (język grabar), którego już nikt nie zna, używany jest tylko w kościołach. A konsekwencją jest – chociaż myślę, że nie tylko język jest tego powodem – niewielka frekwencja wiernych na mszach świętych.

Ciekawostką jest to, że w niedzielę odprawiana jest tylko jedna msza, we wszystkich kościołach o tej samej godzinie, o 11:00. Trwa co najmniej półtorej godziny. W jednym z kościołów erewańskich trwała dłużej – ile dokładnie, nie wiem, bo po dwóch godzinach wyszłam.

Zobacz też: http://emerytkawpodrozy.blogspot.com/2018/03/gorski-karabach-gandzasar-skarb-na.html








2 komentarze:

  1. Znalazłaś się w bardzo zapalnym rejonie świata. Cieszę się, że dane Ci było je zwiedzić, bo ja pewnie nigdy tam się nie wybiorę. Katedra bardzo ciekawa, tak, jak obrzędy, które się w niej odbywają, choć chrześcijańskie:)))

    OdpowiedzUsuń