środa, 1 maja 2024

Światowe dziedzictwo – klasztory w dolinie rzeki Debed, Cz.III. Klasztor Sanahin, Armenia


W czasie podróży po Kaukazie, odcinek z Tbilisi do Erywania pokonałam z zorganizowaną wycieczką odwiedzając po drodze trzy klasztory – Achtala, Hachpat i Sanahin – w kanionie rzeki Debet. Dwa ostatnie zostały wpisane na Listę światowego dziedzictwa UNESCO. Wszystkie trzy klasztory powstały w okresie największego rozkwitu panowania dynastii Bagratydów (861–1045). Stanowią przykład połączenia elementów architektury sakralnej z Bizancjum oraz budownictwa rodzimego, charakterystycznego dla tej części Kaukazu.

O dwóch pierwszych klasztorach w dolinie rzeki Debed napisałam w postach:

Klasztor Sanahin położony jest na peryferiach miasta Alawerdi. Miasto, przecięte rzeką Debed na dwie części, rozłożyło się na zboczach kanionu. Część północna zdominowana jest przez hutę miedzi. Pierwsza huta w tym regionie została założona przez gruzińskiego króla Herakliusza II w 1770 roku, ale największy rozwój przemysłu miedziowego przypada na okres sowiecki. Po odzyskaniu niepodległości przemysł ten podupadł, a liczba mieszkańców miasta zmalała o połowę (obecnie mniej więcej 13 tysięcy). Tworzone są jednak plany jego odrodzenia.

Nie wiem, czy to dobrze, bo z okien autobusu roztacza się przygnębiający widok. Dym z kominów huty, posocjalistyczne bloki nadszarpnięte zębem czasu, dysonans z pokrytymi zielenią ścianami kanionu.

Gdybym zwiedzała monastery na własną rękę, niewątpliwie punktem wypadowym byłoby właśnie Alawerdi. A do klasztoru Sanahin mogłabym dostać się kolejką linową z centrum miasta.



Sanahin rywalizował z Hachpat o palmę pierwszeństwa jako centrum naukowe i kulturalne średniowiecznej Armenii. Jego nazwa, tłumaczona jako „starszy niż tamten”, odnosi się do faktu, że jest starszy od klasztoru Hachpat. Na cały zespół, w którym najstarsze zabudowania pochodzą z X wieku, składają się: kościół Odkupiciela (Surp Amenapyrkicz), kościół Matki Bożej (Surp Astwacacin), obydwa z gawitami (gawit – przybudówka przed wejściem do kościoła ormiańskiego, zwykle  większa od samej świątyni i przeznaczona dla wiernych, którzy nie zmieścili się wewnątrz), kaplica św. Grzegorza Oświeciciela na planie wieloliścia (z zewnątrz wyglądająca jak rotunda), dzwonnica przylegająca do gawitu przed kościołem Matki Boskiej oraz kilka grobowców i kaplic grobowych. I tutaj w gawitach znajdują się płyty grobowe. Liczne inskrypcje i krzyże zostały wyrzeźbione na niektórych kolumnach gawitów, a także na ścianach. I wewnętrznych, i zewnętrznych, zarówno przedsionków, jak i kościołów. Niektóre krzyże ozdobione są ornamentami, inne są bardzo proste – zaledwie dwie skrzyżowane rysy w kamieniu. Pani przewodniczka mówi, że ile krzyży wyryto na ścianach, tylu zmarłych pochowano w pobliżu kościoła.


Tym, co nadawało rangę temu miejscu, było seminarium/akademia oraz biblioteka. Budynek biblioteki z roku 1063 ma dach typu namiotowego, co upodabnia go do dachu ormiańskiej chałupy. W dziesięciu różnej wielkości niszach w ścianach biblioteki trzymane były pisma, księgi i kodeksy, wiele z nich było efektem pracy mieszkających w klasztorze skryptorów. 
Biblioteka osłonięta jest od południa portykiem – aby zabezpieczyć księgi przed zgubnym działaniem słońca. 


Seminarium to wąski budynek, przypominający bardziej korytarz niż salę wykładową, wciśnięty między bryły kościołów Matki Boskiej i Odkupiciela. Nisze, które znajdują się w ścianach tego pomieszczenia, służyły jednak nie do przechowywania ksiąg, ale do siedzenia w trakcie wykładów czy naukowych dysput. Najsławniejszym wykładowcą tej uczelni był Grzegorz Magistros (985–1085), pisarz, poeta i erudyta, który zresztą nauczał również w Hachpat. 

W każdym opisie klasztoru Sanahin pojawia się wzmianka o szczególnym zdobieniu wschodniej fasady kościoła Odkupiciela. Tuż u jej szczytu znajduje się płaskorzeźba przedstawiająca królów Gurgena i Symbata, synów fundatorki kościoła, królowej Chosrowanusz, trzymających w rękach model kościoła. Jest to pierwsze w sztuce ormiańskiej przedstawienie ludzkich postaci z modelem świątyni (w Hachpat znajduje się podobna rzeźba, często nazywana kopią, jednak widzę istotne różnice – jest to raczej efekt inspiracji rzeźbą w Sanahin).


Zarówno w przypadku klasztoru Sanahin, jak i Hachpet część klasztornych zabudowań, czasami ruin, znajduje się poza ich murami. Nie mam co marzyć, aby tam dotrzeć – pani przewodniczka już daje sygnał do odwrotu. Sto trzydzieści kilometrów dzieli nas od miasta Aparan,  Wiem, że w pobliżu Aparan znajduje się  „Aibuben Park”, to znaczy o „Park alfabetu”.

W swojej naiwności mam nadzieję, że może pani zechce nam go pokazać. Kilka pierwszych słów gasi moją nadzieję. Jest 17:50, od Erywania dzieli nas jeszcze 60 kilometrów. Wsiadamy do autobusu.

Dziesięć minut później pani pokazuje mi, przez okno samochodu oczywiście, że właśnie mijamy ten szczególny obiekt. Dlaczego tylko mnie, a nie wszystkim uczestnikom?

Obiekt jest szczególny, tak samo jak szczególnym zjawiskiem jest ormiański alfabet, traktowany przez tych, którzy się nim porozumiewają, jako element tożsamości narodowej. Na refleksje poświęcone językowi ormiańskiemu będzie czas w erywańskim Matenadaranie (http://emerytkawpodrozy.blogspot.com/2019/03/mesrop-masztoc-i-matenadaran-erywan.html), teraz tylko mogę żałować, że nie jest mi dane z bliska zobaczyć 36 kamiennych znaków ormiańskiego alfabetu o dwumetrowej wysokości ustawionych na skalistym zboczu, wokół pomnika mnicha Mesropa Masztoca (359–440), twórcy tego alfabetu. Ten jedyny w swoim rodzaju park znajduje się nie dalej niż sto metrów od drogi, podejście bliżej zajęłoby nam 15 minut… Tak, wiem, nie było tego w programie transferu.

Zbliżając się do stolicy Armenii, staram się nie myśleć o cieniach wycieczek zorganizowanych. Robiąc bilans „za” i „przeciw”, chcę, aby blasków było więcej niż cieni (tylko czy to nie jest kreatywna rachunkowość?!). Niewątpliwie podróżując na własną rękę, żeby zobaczyć miejsca, gdzie dzisiaj byłam, musiałabym przeznaczyć na dojazd i zwiedzanie kilka dni. Czy zobaczyłabym dużo więcej? Tego nie wiem, na pewno jednak miałabym komfort nieliczenia czasu. Z drugiej strony wpłynęłoby to na możliwość dotarcia gdzie indziej. Może zatem dobrze się stało, że odbyłam tę podróż w zorganizowanej grupie.

Tylko tego kamiennego alfabetu jednak mi żal…




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz