Dzień 16 czerwca 1904 pan Leopold Bloom zaczął około godziny 8:00 w wieży z czasów napoleońskich (wieże Martello, jest ich w okolicy Dublina 28) na południowych peryferiach miasta. Potem cały dzień po Dublinie chodził, coś załatwiał, coś kupował, coś przekąszał, odprowadzał kogoś na wieczny spoczynek, dyskutował z kimś - z niejednym - żyjącym...
Do łoża żony dotarł już następnego dnia, po godzinie drugiej.
Wszystko to znalazło się na kartach Ulissesa za sprawą Jamesa Joyce'a.
Pięćdziesiąt lat później w 1954 roku, sympatycy Ulissesa, i Jamesa Joyce'a, postanowili, że każdego 16 czerwca będą świętowali Dzień Blooma. Najlepiej w strojach z epoki.
A ja zupełnie nieświadomie znalazłam się w Dublinie właśnie 16 czerwca. Stroju z epoki nie miałam...
Do śladów nie tylko Pana Blooma ale i Jamesa Joyce'a w Dublinie jeszcze wrócę, dzisiaj tylko fotorelacja z tego czego dzisiaj byłam świadkiem.
Dzień zaczęłam w wieży Martello, obecnie Muzeum Jamesa Joyce'a, z miłośnikami święta, uczestnicząc (biernie - słuchając) w czytaniu fragmentów Ulissesa.

James Joyce przebywał w wieży od 9 do 15 września 1904 roku na zaproszenie przyjaciela - to wystarczyło, aby się zainspirował i umieścił akcję pierwszej sceny właśnie w wieży.
Ta czarna puma to nie takie zwykłe zwierzę - to też "bohater" Ulissesa.
W Aptece Sweny'ego pan Leopold Bloom kupił cytrynowe mydełko dla swojej żony Molly.
A kiedy mijałam pub Davy Byrne's, w którym pan Bloom zatrzymał się żeby coś zjeść - zadowolił się kanapką z serem gorgonzola i lampką wina - zabawa była już dobrze rozkręcona.










