niedziela, 3 maja 2015

Hongkong II


Kiedy jeszcze nikt nie słyszał o sięgających nieba wieżowcach i mknących pod ziemią pociągach, a tereny, na których rozciąga się dzisiejsza metropolia były często atakiem piratów, mieszkańcy tutejszych rybackich wiosek otaczali je murami. Grubymi. Nawet na 6 metrów. 





 














Aby zwiększyć bezpieczeństwo, do wewnętrznych zabudowań prowadziła tylko jedna brama. Odwiedzam kilka takich wiosek za murami, bo tak są zwykle nazywane. Niektóre są zadbane i czyste, niektóre mają charakter slumsów. 

 
 













Kiedy proces destrukcji był posunięty zbyt daleko, jedynym rozwiązaniem stało się wyburzenie walących się budynków. Na miejscu jednej z takich zburzonych wiosek stworzono Park Kowloon – Miasta za Murami. Budynki, które ocalały, mieszczą wystawę poświęconą przeszłości tego miejsca, kilka zachowanych fragmentów fundamentów to rodzaj pomnika przypominającego miniony czas. Ogrody tematyczne (np. Garden of Chinese Zodiac – Ogród Chińskich Znaków Zodiaku; Chess Garden – Ogród Szachów; Garden of Four Seasons – Ogród Czterech Pór Roku), liczne pawilony, otaczające je stawy – to nie tylko nieograniczone możliwości wypoczynku i relaksu, ale też sposobność poznania chińskiej kultury i sztuki. A uroczystość zaślubin w jednym z pawilonów to doskonała okazja podpatrzenia tutejszych obyczajów.

Zobacz też: http://emerytkawpodrozy.blogspot.com/2014/04/hongkong.html

Fragment starych fundamentów
Tak wyglądało wyburzone osiedle


Jeden z zachowanych budynków - miejsce wystaw

















poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Hongkong I

Dla większości podróżników pobyt w Hongkongu to tylko przystanek w trakcie podróży. 1-2 dni. Ale to o wiele za mało, aby poznać to miasto, zobaczyć jego skarby. Zresztą siedem dni, jakie sobie tutaj zaplanowałam, to też nie za wiele, ale wystarczająco dużo, żeby chcieć tu wrócić.
Największe wrażenie?


Świątynia Dziesięciu Tysięcy Buddów. Przewodniki zawierają informację, że w rzeczywistości jest ich ponad 11 tysięcy, ale to też nie jest prawdą, gdyż tylko na ścianach głównej świątyni jest ich 30 tysięcy. Figury Buddy – złote, kolorowe, uśmiechnięte, poważne – ustawiono wzdłuż schodów prowadzących do świątyni. I na tarasach przed świątynią. I na zboczu góry za świątynnym kompleksem. I na ścianach świątyń – te są niewielkie, zaledwie kilkucentymetrowe.
















I tylko mnich pobierający myto zaraz na początku ścieżki psuje wrażenie, jakie robi świątynia. Drobnych nie bierze, w dłoni ma na pokaz kilka studolarówek hongkońskich. W zamian wciska bransoletki… Udaje mi się wykpić 40 dolarami (co i tak jest bajońską sumą!). Kilka kroków dalej wisi tabliczka: „Od tego miejsca żebranie zakazane!”.

No i już wiem, że to nie mnich z klasztoru, do którego idę, ale mnich przebieraniec!


Budowa największego na świecie posągu Buddy z brązu, Wielkiego Buddy Tian Tan na wyspie Lantau, rozpoczęła się w 1990 roku. Odsłonięcie  figury odbyło się 29 grudnia 1993 roku, w dzień urodzin Buddy Siakjamuni. Mierzący 34 metry wysokości i ważący 250 ton posąg wykonano z 202 kawałków brązu za 68 mln dolarów. Można tam dojechać gondolową kolejką linową o długości 5,7 kilometra w ciągu niespełna pół godziny (podróż drogą trwałaby ponad godzinę), a widoki są fantastyczne. Dotarcie do samego posągu to kolejne pół kilometra przez wioskę Ngong Ping, handlową, a dla mnie wątpliwą atrakcję tego miejsca, i pokonanie 268 schodów. Ale warto – wewnątrz posągu ciekawe muzeum.