poniedziałek, 11 czerwca 2018

DMZ. Między Koreą Południową a Koreą Północną. Cz. II.




Tym razem, aby dojechać do strefy demarkacyjnej (demilitarized zone – DMZ) miedzy Koreą Południową a Koreą Północną, korzystam z DMZ train. Pociąg odjeżdża punktualnie. Panie konduktorki… chyba to nie jest dobre określenie. Panie przypominają raczej stewardesy. Dopilnowują wypełnienia odpowiedniego formularza, sprawdzają, czy mam ze sobą paszport. Zaprzyjaźniają się z nami, robią sobie selfie ze wszystkimi pasażerami pociągu po kolei. Tylko jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to nie ich prywatna inicjatywa wynikająca z sympatii do wszystkich „obcych”, ale konieczność udokumentowania, kto się dzisiaj wybrał na wycieczkę, aby zerknąć na północną stronę granicy.















Wyraz „wycieczka” pojawia się nie bez powodu. Mimo że jadę pociągiem, mimo że nie wykupiłam miejsca w zorganizowanej grupie, jestem traktowana jak uczestnik takiej grupy.

Mijamy Imjingak, który odwiedziłam dwa dni temu, powoli wjeżdżamy w tunel białych, stalowych sektorów mostu. Na monitorach wewnątrz przedziału oglądamy obrazy rejestrowane przez kamerę zainstalowaną gdzieś na czole lokomotywy. Przez okno widać filary pozostałe po starym moście i zasieki z drutu kolczastego. 
















Dojeżdżamy do stacji Dorasan, nowoczesnego budynku ze stali i szkła wzniesionego w 2002 roku. To najdalej na północ wysunięta stacja Korei Południowej pomyślana jako pierwsza stacja Żelaznego Jedwabnego Szlaku łączącego Koreę z Chinami, Syberią i Europą.















Teraz przesiadamy się do autobusów i już cały czas jesteśmy „pod opieką”. Żadnej samowolki. Mijamy zabudowania wojskowe, niewysokie kopce ziemne, które kojarzą mi się z okopami, niewielki kościółek, może raczej kaplicę. Jedziemy do tak zwanego trzeciego tunelu. Aby go zwiedzić, musimy zostawić wszystkie swoje rzeczy – na wszelki wypadek – gdyby ktoś chciał przemycić aparat czy komórkę i mimo zakazu próbował zrobić zdjęcie obiektu bądź co bądź militarnego.

 
Tunele zostały przekopane pod strefą zdemilitaryzowaną od strony Korei Północnej w kierunku Korei Południowej. Kolejne tunele odkrywano w latach 1974, 1975, 1978 i 1990. Trzeci, najdłuższy tunel został odkryty w 1978 roku. Rząd Korei Północnej twierdził, że tunele są kopalniami węgla, występowania tego minerału jednak w okolicy podkopów nie stwierdzono. W rzeczywistości miały służyć infiltracji południowokoreańskich braci. Długość całego tunelu wynosi 1635 metrów, z czego 435 metrów jest po stronie Korei Południowej (licząc od środka linii demarkacyjnej), do zwiedzania udostępniono 265 metrów. Zarówno wysokość, jak i szerokość tunelu to w przybliżeniu dwa metry. Wchodzi się do niego pochyłą sztolnią, dłuższą niż sam tunel udostępniony do zwiedzania. Szacuje się, że dziesięć tysięcy w pełni uzbrojonych żołnierzy mogło przedostać się wykopem w ciągu jednej godziny! 
 
Odbieramy nasze ekwipunki wraz z aparatami – czas na sesję fotograficzną. Obiektem, który staje się przedmiotem, a i tłem zdjęć typu: „my tu byli”, jest rzeźba „Jedna Ziemia”.
Dwie połowy kuli podtrzymywane są przez kilka osób, raczej popychane ku złączeniu w jedną całość. Kolejna rzeźba nawiązująca do zjednoczenia obu koreańskich państw – nie zliczę, ile ich już widziałam: dwa ogniwa łańcucha, rozerwana na dwie części iglica pomnika wojny koreańskiej…

Czas na zerknięcie na Koreę Północną. Jedziemy do Dora Observatory – platformy widokowej wybudowanej w 1986 roku, z której można „gołym okiem dojrzeć cywilne życie w Korei Północnej”.

No to patrzę. Na pierwszym planie zieleń lasu, w tle brunatne góry. Pomiędzy nimi zabudowania, to zapewne kompleks przemysłowy Gaesong i propagandowa wioska Gjiong – wioska duchów, w której nikt nie mieszka. Statuy króla Kima II Wielkiego nie dostrzegam mimo zainwestowania w możliwość zerknięcia przez lunetę. Maszt flagowy o wysokości stu sześćdziesięciu metrów widzę i bez lunety – tyle że wobec bezwietrznej pogody sama flaga smętnie zwisa na drzewcu. „Życia cywilnego” nie widzę… chyba żeby przemieszczające się gdzieś w oddali ciężarówki potraktować jako jego przejaw.





 
Wracamy do Dorasan. W poczekalni dworcowej „Wieża Pokoju w budowie” – instalacja z głośników, interfejsów, wzmacniaczy – część projektu artystycznego realizowanego na różnych stacjach przygranicznych.

Mamy jeszcze chwilę do odjazdu, zatem kieruję się ku pobliskiemu parkowi (Park Pokoju Dorasan), ale natychmiast zostaję przywołana do porządku! Jak powiedziałam – żadnej samowolki. Chociaż fotografowaniu samej stacji i pociągu nikt się nie sprzeciwia. 

Jeszcze jeden aspekt koreańskiej strefy zdemilitaryzowanej, znany mi już wcześniej, godny jest wspomnienia. Niewielkie wystawy poświęcone naturze oglądałam w różnych miejscach zarówno podczas poprzedniej, jak i dzisiejszej wyprawy.

Otóż leżącą odłogiem ziemię pośrodku Półwyspu Koreańskiego upodobały sobie zwierzęta, którym nie straszne są pola minowe znajdujące się w strefie. Platalea (rodzaj ibisów z rozpłaszczoną końcówką dzioba), żuraw białoszyi, słowiki, złote żabki koreańskie, chińskie mandarynki, wydry, topiki, rosiczki, szarotki… Powstał unikalny ekosystem. Po kilku latach starań telewizja, bodajże japońska, uzyskała pozwolenie na sfilmowanie unikatowych okazów fauny, a przy okazji i flory, współżyjących zgodnie w rejonie, do którego ludzie nie mają dostępu. Z zapartym tchem oglądałam ten film emitowany w polskiej telewizji. I nie wiem, czy nie on właśnie był głównym sprawcą, że zaczęłam myśleć o wizycie w Korei. Mimo świadomości, że na własne oczy cudów natury w strefie zdemilitaryzowanej nie zobaczę. I mimo tego, że odwiedzę tylko Koreę Południową.


Fragment wnętrza wagonu –
nawiązanie zarówno do rzeczywistej „funkcji” strefy
jak i powstałego ekosystemu

Zbliżając się do Seulu, podsumowuję swoje spotkanie z tragiczną przecież częścią historii i rzeczywistości Korei. Nie widziałam tylko jednego obiektu możliwego do zwiedzenia w strefie. Panmunjeom to miejsce, gdzie w 1953 roku podpisano rozejm kończący wojnę koreańską i ustanowiono strefę demarkacyjną. Oficjalnego dokumentu dotyczącego zakończenia wojny nie podpisano do tej pory. Obecnie tutaj toczą się wszelkie rozmowy dyplomatyczne między obydwoma krajami. Panmunjeom mogłabym zwiedzić, tylko wykupując wycieczkę, ale kosztowałoby mnie to co najmniej dwukrotnie więcej, a nie zobaczyłabym ani połowy tego, co widziałam. Koniec końców „wyszłam na swoje”.






niedziela, 10 czerwca 2018

DMZ. Między Koreą Południową a Koreą Północną. Cz. I.



Ustanowiona w 1953 roku strefa demarkacyjna (demilitarized zone – DMZ) dzieląca obydwa państwa koreańskie to przebiegający w przybliżeniu wzdłuż trzydziestego ósmego równoleżnika pas ziemi o szerokości czterech i długości dwustu trzydziestu ośmiu kilometrów. Wycieczka do strefy jest popularnym celem odwiedzających Seul, tym bardziej że to zaledwie około pięćdziesięciu pięciu kilometrów na północ od miasta.

Oczywiście oferta biur turystycznych jest przebogata, ale „trochę” mi nie odpowiada cenowo. Poza tym żadna z wycieczek nie obejmuje wszystkiego, co chciałabym, czy raczej co pozwolono by uczestnikom oglądnąć. Przeglądając jednak oferty, znajduję informację, że do strefy jeździ specjalny pociąg. Bilet kosztuje jedną trzecią lub nawet jedną czwartą ceny wycieczki oferowanej przez biura podróży. Szybka decyzja – tym bardziej że pociąg odjeżdża ze stacji Seoul, niedaleko której mieszkam.
Falstart. Szybka decyzja – nie do końca przemyślana decyzja, lub raczej nie do końca „doinformowana” decyzja. Dzisiaj DMZ train nie jeździ. Dlaczego? Bo jest święto. Święto języka koreańskiego hangul!

Mój czas pobytu w Korei zbliża się jednak do końca. Kolejna szybka decyzja. Żeby nie tracić czasu, wsiadam do metra. O tym, że metro dojeżdża „prawie” do granicy, wiedziałam wcześniej, wiedziałam też, że ze stacji metra Munsan do granicy, a ściślej mówiąc do parku Imjingak, trzeba jeszcze dojechać autobusem. Wszystkiego nie zobaczę, ale jednak „coś” zobaczę – gdybym nie wygospodarowała już kolejnego dnia na wycieczkę pociągiem DMZ. Półtorej godziny później jestem na miejscu. 


Imjingak to „miejsce wyryte bólem wypływającym z konfliktu narodowego”. To park, który powstał w 1972 roku, po podpisaniu przez obydwa państwa deklaracji połączeniowej. Powstał na terenach, na których sześćdziesiąt lat temu toczyły się ciężkie walki wojny koreańskiej (1950–1953), wojny, która była też początkiem podziału narodu koreańskiego. Jak na razie dostęp do parku ma tylko społeczeństwo Korei Południowej i turyści. Dzisiaj, chyba z racji święta, są tłumy. Bo miejsce to, obok obiektów będących świadkami historii, jest olbrzymim terenem rekreacyjnym, który odwiedza rocznie około pięciu milionów ludzi. 


Platforma widokowa na dachu budynku-monumentu wybudowanego jako symbol obopólnych dążeń do zjednoczenia kraju to doskonałe miejsce na popatrzenie na cały teren, na wypatrzenie miejsc, które uzna się za warte zobaczenia z bliska.

Przedmiotem największego zainteresowania, nie tylko mojego, jest most. Tyle że patrząc na białą konstrukcję przerzuconą przez rzekę, czuję się całkowicie zdezorientowana. W folderach powtarza się nazwa Most Wolności i przypiski, że to jedyny most na rzece Imingang, że to most drogowy przerobiony z dawnego mostu kolejowego, że wzniesiony był jako tymczasowy w 1953 roku, by uwolnić z obozów na terenie Korei Północnej 12 773 więźniów, żołnierzy południowokoreańskich, aby mogli wrócić do domów. Tymczasem most, na który patrzę, zbudowany z białych stalowych ram tworzących ażurowy tunel opasujący jeden tor, jest bez wątpienia mostem kolejowym.

Dopiero po chwili, wpatrując się w otoczenie mostu, uzmysławiam sobie, że drewniana konstrukcja poprowadzona niemal prostopadle do przyczółka stalowego mostu kolejowego to ten historyczny most nazwany Mostem Wolności. Jego usytuowanie jednak zupełnie nie pasuje mi do funkcji, dla jakiej został wzniesiony! I rzeczywiście, doczytuję, że w to miejsce został przeniesiony już później. Otoczony tradycyjnym koreańskim ogrodem jest jeszcze jednym pomnikiem-symbolem tragicznej historii.


Na resztkach torów starej linii kolejowej stoi parowa lokomotywa, przerdzewiała i pokiereszowana pociskami – świadek, jeden z wielu, bratobójczej wojny. Siatka wokół, zakończona zasiekami z kolczastego drutu, pokryta jest kolorowymi wstążkami wieszanymi na znak pamięci i modlitw.

Obok wejście do nieczynnego już bunkra. Przejście kilkunastometrowego podziemnego chodnika, oglądnięcie na ekranach kilku migawek z czasów, kiedy bunkier wykorzystywany był zgodnie ze swoim przeznaczeniem, na pewno nie oddaje ducha walk, które się tutaj toczyły. A możliwość stąpnięcia na atrapę miny przeciwpiechotnej przyjmuję z bardzo mieszanymi uczuciami!


Ołtarz Mangbaedan to siedem kamiennych steli pokrytych płaskorzeźbami. Najczęściej gromadzą się tutaj ci, których rodziny zostały po północnej stronie granicy. Symboliczne połączenie z żyjącymi lub zmarłymi członkami rodziny, których losy czasami pozostają nieznane.


Pyeonghwa Nuri Park, rozległy teren przyległy do parku Imjingak, powstał w 2005 roku z okazji Festiwalu Pokoju. Nie wyliczę wszystkich pomników prozjednoczeniowych i patriotycznych, nie wymienię wszystkich rzeźb ani instalacji, które oglądam, tym bardziej nie pokuszę się o ich interpretację – ale o kilku wypada wspomnieć.


W centrum parku jest jezioro przypominające kształtem Półwysep Koreański, nazwane Stawem Zjednoczenia, z jego wód wystają kolorowe krany. Na niewysokie wzniesienie w kierunku Korei Północnej wspinają się gigantyczne bambusowe postacie – tylko dlaczego kojarzą mi się z posągami Moai z Wyspy Wielkanocnej? Wzgórze Wiatru pokrywają setki dziecinnych wielokolorowych wiatraczków. Wzgórze Muzyki to przestrzeń pomyślana dla odbiorców tego gatunku sztuki, może jej słuchać jednorazowo dwadzieścia pięć tysięcy melomanów. „Kamienny kopiec modlący się o zjednoczenie” – to kilka ustawionych w kręgu na niewielkim wzniesieniu marmurowych walców pokrytych metalowymi wzorami. 

Dzisiejszy dzień uświetni występ zespołu muzycznego – jego członkowie właśnie przygotowują się do występu. Sceną jest platforma ciężarówki dostosowanej do występów „w trasie”.

W informacji turystycznej dowiaduję się, że dwukrotnie w ciągu dnia organizowany jest przejazd z parku Imjingak do kilku miejsc w strefie demarkacyjnej – tylko nie dzisiaj, wszak to święto! To cenna informacja, chociaż ja już jej nie wykorzystam. Po tym wszystkim, co widziałam, nie mogę sobie jednak odmówić powtórnej wizyty w DMZ.