![]() |
| Wietnam - Hue |
niedziela, 25 stycznia 2015
poniedziałek, 19 stycznia 2015
Ubud, kulturalne centrum Bali. Cz. II.
(Część I postu: http://emerytkawpodrozy.blogspot.com/2015/01/ubud-kulturalne-centrum-bali-cz-i.html)
Pałace i
świątynie Ubud to doskonała scenografia dla różnego rodzaju sztuk i
przedstawień. Organizatorzy życia turystycznego zadbali o to, żeby przyjezdny
się nie nudził. Każdego dnia ma on do wyboru dziesięć przedstawień tradycyjnych
balijskich tańców, chyba najważniejszej dziedziny balijskiej sztuki, tej
związanej z kultem religijnym. Każde przedstawienie w innej świątyni czy
pałacu, każde prezentowane przez inny zespół. Jakże inaczej przeżywa się te
występy w takich przepełnionych magią miejscach aniżeli na jakiejś normalnej
scenie!
Oglądam inscenizacje najbardziej popularnych tańców i już wcale się nie
dziwię, dlaczego w prawie każdej galerii można zobaczyć obrazy pt. Tancerka tańca kecak czy Tancerka tańca legong. I dlaczego w
wielu miejscach budynki i ogrodzenia są ozdobione rzeźbami tańczących postaci.
Ubrane w bogate,
zdobione złotem szaty i w olśniewających, przypominających wysokie korony,
nakryciach głowy dziewczyny tańczą w charakterystycznie wygiętej postawie. W
mroku rozświetlanym tylko pochodniami tańczą ich nogi, tańczą ich ręce, głowy,
oczy. Czy to jeszcze jest taniec czy już trans? W przypadku tańca legong nastrój tworzą dźwięki gamelanu,
w przypadku tańca kecak
akompaniamentem jest szczególnego rodzaju śpiew czy raczej recytacja
kilkudziesięciu mężczyzn ubranych jedynie w kraciaste sarongi i z czerwonym
hibiskusem we włosach. Siedząc na ziemi wokół tańczących postaci, kołyszą się
rytmicznie z uniesionymi wysoko rękami. Każdy taniec, każda część inscenizacji,
to przedstawienie jakiejś historii, często pochodzącej z narodowych eposów lub
legend. Dlatego każdy widz dostaje wraz z biletem krótkie streszczenie
dotyczące przedstawienia. A co, niech poczyta trochę, a nie siedzi jak na
tureckim kazaniu!
Aby zrozumieć
żart, w którym mieszkańcy Ubud śmieją się sami z siebie, nie potrzeba żadnej
instrukcji. Zarówno do jednego z pokazów tańca, jak i podczas występu teatru
cieni (tak, tak, w końcu załapałam się na pokaz wayang, udaremniony w Yogyakarcie przez ulewny deszcz) zostają
wplecione scenki, z którymi można spotkać się każdego dnia na ulicach Ubud.
Otóż każdy
spacer odbywa się przy szczególnego rodzaju akompaniamencie. Do uszu każdego
bez wyjątku turysty bezustannie dobiegają słowa:
– Transport?
– Taxi! Taxi!
– Taxi?
– Transport, transport.
Chwyt
marketingowy znany mi z Yogyakarty: „Skąd jesteś?” zostaje tutaj zastąpiony pytaniem:
„Gdzie idziesz?”. Odpowiesz – wpadłeś. Przewiozą cię nawet na drugą stronę
ulicy. Oczywiście za specjalną stawkę – tylko dla turysty.
Zupełnie innego
rodzaju doznań dostarcza Małpi Gaj, niewielki skrawek deszczowego lasu
zamieszkany przez balijskie długoogonowe makaki. Na terenie lasu znajdują się
trzy świątynie i niewielki cmentarz. Balijczycy uważają mieszkające tu małpy za
strażników chroniących te świątynie przed złymi mocami. Dlatego czczą je i
otaczają opieką. Nie wolno zwierząt drażnić i przeganiać, ale należy je
dokarmiać, głównie bananami czy papają. One tymczasem tak się rozbestwiły, że
wydaje się, że nawet myśl o jedzeniu wywołuje ich atak. Nie mówiąc już o
sytuacji, gdy konieczne jest wyjęcie czegoś z plecaka. Trzeba uważać, ale warto
tu zaglądnąć.
Widok panów w
sarongach nie jest niczym nadzwyczajnym w całej Azji Południowo-Wschodniej.
Czasem chodzą tak ubrani z jakiegoś powodu, np. w sułtańskim pałacu w
Yogyakarcie tak nosiła się pałacowa świta – obecnie obsługa turystów. Tutaj, na
Bali, jest to ubiór codzienny. W Denpasarze wypierany jednak przez dżinsy, w
Ubud nadal noszony przez dziewięćdziesiąt procent mężczyzn, dodających miastu
niezwykłego uroku. A jak wspaniale prezentują się na motorach!
Oj, jak mnie się
podobają panowie w sarongach i udangach!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
