poniedziałek, 19 stycznia 2015

Ubud, kulturalne centrum Bali. Cz. II.



Pałace i świątynie Ubud to doskonała scenografia dla różnego rodzaju sztuk i przedstawień. Organizatorzy życia turystycznego zadbali o to, żeby przyjezdny się nie nudził. Każdego dnia ma on do wyboru dziesięć przedstawień tradycyjnych balijskich tańców, chyba najważniejszej dziedziny balijskiej sztuki, tej związanej z kultem religijnym. Każde przedstawienie w innej świątyni czy pałacu, każde prezentowane przez inny zespół. Jakże inaczej przeżywa się te występy w takich przepełnionych magią miejscach aniżeli na jakiejś normalnej scenie! 
Oglądam inscenizacje najbardziej popularnych tańców i już wcale się nie dziwię, dlaczego w prawie każdej galerii można zobaczyć obrazy pt. Tancerka tańca kecak czy Tancerka tańca legong. I dlaczego w wielu miejscach budynki i ogrodzenia są ozdobione rzeźbami tańczących postaci.


Ubrane w bogate, zdobione złotem szaty i w olśniewających, przypominających wysokie korony, nakryciach głowy dziewczyny tańczą w charakterystycznie wygiętej postawie. W mroku rozświetlanym tylko pochodniami tańczą ich nogi, tańczą ich ręce, głowy, oczy. Czy to jeszcze jest taniec czy już trans? W przypadku tańca legong nastrój tworzą dźwięki gamelanu, w przypadku tańca kecak akompaniamentem jest szczególnego rodzaju śpiew czy raczej recytacja kilkudziesięciu mężczyzn ubranych jedynie w kraciaste sarongi i z czerwonym hibiskusem we włosach. Siedząc na ziemi wokół tańczących postaci, kołyszą się rytmicznie z uniesionymi wysoko rękami. Każdy taniec, każda część inscenizacji, to przedstawienie jakiejś historii, często pochodzącej z narodowych eposów lub legend. Dlatego każdy widz dostaje wraz z biletem krótkie streszczenie dotyczące przedstawienia. A co, niech poczyta trochę, a nie siedzi jak na tureckim kazaniu!



Aby zrozumieć żart, w którym mieszkańcy Ubud śmieją się sami z siebie, nie potrzeba żadnej instrukcji. Zarówno do jednego z pokazów tańca, jak i podczas występu teatru cieni (tak, tak, w końcu załapałam się na pokaz wayang, udaremniony w Yogyakarcie przez ulewny deszcz) zostają wplecione scenki, z którymi można spotkać się każdego dnia na ulicach Ubud.
Otóż każdy spacer odbywa się przy szczególnego rodzaju akompaniamencie. Do uszu każdego bez wyjątku turysty bezustannie dobiegają słowa:
– Transport?
– Taxi! Taxi!
– Taxi?
– Transport, transport.
Chwyt marketingowy znany mi z Yogyakarty: „Skąd jesteś?” zostaje tutaj zastąpiony pytaniem: „Gdzie idziesz?”. Odpowiesz – wpadłeś. Przewiozą cię nawet na drugą stronę ulicy. Oczywiście za specjalną stawkę – tylko dla turysty.

Zupełnie innego rodzaju doznań dostarcza Małpi Gaj, niewielki skrawek deszczowego lasu zamieszkany przez balijskie długoogonowe makaki. Na terenie lasu znajdują się trzy świątynie i niewielki cmentarz. Balijczycy uważają mieszkające tu małpy za strażników chroniących te świątynie przed złymi mocami. Dlatego czczą je i otaczają opieką. Nie wolno zwierząt drażnić i przeganiać, ale należy je dokarmiać, głównie bananami czy papają. One tymczasem tak się rozbestwiły, że wydaje się, że nawet myśl o jedzeniu wywołuje ich atak. Nie mówiąc już o sytuacji, gdy konieczne jest wyjęcie czegoś z plecaka. Trzeba uważać, ale warto tu zaglądnąć.
Aby jakiemuś turyście nie przyszło do głowy coś głupiego, po terenie krąży kilku panów strażników, ubranych w sarongi i udangi. Sarong, wiadomo, kawałek materiału upięty w specjalny sposób, tworzący rodzaj spódnicy. Udang to nakrycie głowy zrobione z chusty upiętej specyficzną metodą, z charakterystycznym wypustem na przedzie. Ponieważ kształt wypustu przypomina krewetkę, całe nakrycie głowy przyjęło nazwę od tegoż skorupiaka – bo udang znaczy właśnie „krewetka”. Sposobów wiązania chust jest wiele – w zależności od statusu społecznego i regionu.
Widok panów w sarongach nie jest niczym nadzwyczajnym w całej Azji Południowo-Wschodniej. Czasem chodzą tak ubrani z jakiegoś powodu, np. w sułtańskim pałacu w Yogyakarcie tak nosiła się pałacowa świta – obecnie obsługa turystów. Tutaj, na Bali, jest to ubiór codzienny. W Denpasarze wypierany jednak przez dżinsy, w Ubud nadal noszony przez dziewięćdziesiąt procent mężczyzn, dodających miastu niezwykłego uroku. A jak wspaniale prezentują się na motorach!
Oj, jak mnie się podobają panowie w sarongach i udangach!