niedziela, 7 stycznia 2024

Od niewolnictwa do sanktuarium. Wyspa Changuu, Zanzibar

 

Wyspa Changuu, bardziej
znana jako Wyspa Więzienna (Prison Island)  to wyspa położona w Kanale Zanzibarskim, w odległości 5,6 km na północny zachód od Stone Town.  Wyspa ma około 800 metrów długości i 230 metrów szerokości w najszerszym miejscu.



Nazwa Changuu pochodzi od suahilijskiej nazwy ryby, która jest pospolita w otaczających ją wodach (na niektórych starszych mapach jest opisana jako wyspa Kibandiko ale nazwa ta nie jest już używana).
Wyspa była niezamieszkana do 1860 roku. W tym własnie roku  pierwszy sułtan Zanzibaru, Majid bin Said, podarował Changuu dwóm Arabom zajmującym się handlem niewolnikami a oni  wykorzystywali wyspę jako więzienie dla niesubordynowanych niewolników przed ich  sprzedażą na targu niewolników w Stone Town lub wysłaniem do innych krajów.
W 1890 roku Zanzibar stał się brytyjskim protektoratem a pierwszym ministrem
Zanzibaru został Sir Lloyd William Mathews (1850-1901). Rok później w imieniu rzadu, kupił wyspę od arabskich właścicieli z przeznaczeniem na wybudowanie na niej kompleksu więziennego. Już nie dla niewolników (Mathews był abolicjonistą i promował zniesienie niewolnictwa wśród sułtanów a jego działalność przyczyniła się do zniesienia niewolnictwa w 1897 roku).


Kompleks miał służyć wymiarowi sprawiedliwości w zwykłym trybie, jednak nigdy żaden wiezień nie stał się jego rezydentem. Ukończone w 1894 roku budynki zostały przeznaczone na zorganizowanie w nich stacji kwarantanny obsługującej wszystkie terytoria brytyjskie w Afryce Wschodniej.  Główną monitorowaną chorobą była żółta febra. Podejrzane o chorobę osoby były przewożone ze statków na wyspę, gdzie przebywały przez okres około dwoch tygodni.


Ponieważ statki przybijały do brzegów Afryki Wschodniej w okresie od grudnia do marca (okres żeglugowy), w pozostałych miesiącach wyspa stała się popularnym celem wypoczynkowym dla mieszkańców Zanzibaru, w dużej części Europejczyków. Zbudowano nawet Bungalow Europejski. Jednak liczba wczasowiczów musiała zostać ograniczona wobec braku na wyspie źródła wody pitnej. Wtedy wykorzystywano wodę deszczową gromadzoną w zbiornikach (obecnie jest doprowadzana podwodnym rurociągiem z Zanzibaru).



Wyspa nie pełni już funkcji miejsca odbywania kwarantanny i obecnie jest własnością rządu. W istniejących budynkach funkcjonuje restauracja i małe muzeum (okresowo pensjonaty prowadzone przez wynajęte firmy). 



Bungalow Europejski został przekształcony w restaurację nazwaną imieniem Mathewsa (aktualnie nieczynna).
W północno-zachodniej części wyspy wybudowano kompleks wypoczynkowy i każdy kto po zwiedzeniu "więzienia" zapędzi się za daleko w kierunku północnym zostanie sprowadzony na ziemię przez ochronę, która broni o niego dostępu.


Nie zobaczę zatem dołów pozostałych po wydobyciu kamienia koralowca, który służył  (i nadal służy) jako material budowlany. Zostały one podobno przekształcone w baseny.
"Na pocieszenie" pozostaje spotkanie z żółwiami, których historia w tym miejscu zaczyna się w 1919 roku, kiedy brytyjski gubernator Seszeli podarował Zanzibarowi cztery żółwie olbrzymie Aldabra (Aldabrachelys gigantea; gatunek endemiczny dla Seszeli; jedne z największych żółwi świata). Znalazły one dom właśnie na Changuu. 


Żółwie rozmnażały się szybko i do 1955 roku bylo ich około dwustu.
Niestety stały się przedmiotem kradzieży (na sprzedaż za granicę, jako zwierzęta domowe lub do spożycia) i ich liczba szybko spadła.
W 1996 roku pozostało zaledwie siedem żółwi. Rząd Zanzibaru (przy pomocy jednej z organizacji międzynarodowych) zbudował ośrodek w celu ochrony żółwi zwany marketingowo "sanktuarium żółwi".


O ich dobrostan dba specjalnie w tym celu powołana fundacja. Do 2000 roku liczba osobników wzrosła do 17 dorosłych, 50 młodych i 90 "niemowlaków".


Gatunek ten jest obecnie uważany za wrażliwy i został umieszczony na Czerwonej Liście IUCN przez Międzynarodową Unię Ochrony Przyrody . W dalszym ciągu na wyspę sprowadza się więcej żółwi, głównie młodych, z innych miejsc, w celu ochrony.

Chodzę sobie zatem alejkami, po których spacerują żółwie nie przestrzegający napisów, że przechodzenie przez barierki jest zabronione. Tego zakazu przestrzegają odwiedzajacy, gorzej jest z dotykaniem. Osoby pilnujące nie reagują, gdy ten i ów pozując do zdjęcia dotknie karapaksu.


Żółwie olbrzymie już spotkałam na swoich podróżniczych ścieżkach - na Galaoagos i na Mauritiusie - takiego giganta jak na Changuu  widzę jednak po raz pierwszy.


A oto jak na Changuu dojechałam i jak z niej wróciłam. 

Podróż łódką na wyspę trwa około trzydziestu minut. Jakoś dziwnie nie mam ochoty na prywatny wynajem łódki, ale przez przypadek dostrzegam ofertę dołączenia do grupy. OK, fajnie, biorę!


Pół godziny (!) po terminie zbiórki ktoś mnie odprowadza na plażę, z której łodzie odpływają. Czeka już dwoje Rosjan z przewodnikiem i Nowozelandka mieszkająca w Niemczech. Po chwili zostają doprowadzone dwie Francuzki, również z przewodnikiem. Ruszamy.
Tuż przed dopłynięciem do wyspy pada silnik. Na pełnym zatem morzu przesiadamy się do innej łódki a mnie jakoś dziwnie kojarzy się to z abordażem.


Dopływamy do mielizny, na której "się wysiada" z łódki. Tak, tak, nie ma żadnego mola, żadnego pomostu (to znaczy jest, ale pewnie zdezelowany, bo nikt przy nim nie cumuje) - to tak zwane wysiadanie "mokre", znane mi już z Galapagos. Zresztą wsiadanie było podobne.
Pan sternik informuje nas - mnie i Nowozelandkę - że nie wracamy z nim, bo on z Rosjanami i Francuzkami płynie dalej, a nas odwiezie "Gladiator": o, ten który tam jest zacumowany.
W tym momencie Nowozelandka się opamiętuje i pyta gdzie jest jej przewodnik (ja wiedziałam, że kupuję tylko transport), nikt jednak nie ma zamiaru jej odpowiadać.


Idziemy zwiedzać, niespiesznie, w końcu "Gladiator" na nas czeka, ja wiem, że mam dwie godziny na zwiedzanie (jakkolwiek zdaję sobie sprawę z niepewności sytuacji).
Kiedy nasycone wrażeniami, bardziej żółwiowymi niż więziennymi, wracamy na plażę, "Gladiator" właśnie odpływa, nie reagując na nasze machanie rękami. Ale równocześnie widzimy, że podpływa kolejna łódką o tej samej nazwie. Zabiera kogoś innego. Pan "porządkowy" niby usiłuje nam pomóc, w końcu znika. Kiedy podpływa kolejny "Gladiator" i dwie inne osoby podchodzą, żeby się "zaokrętować", w moją towarzyszkę wstępuje bojowy duch i nie bez emocji "informuje" załogę i prawowitych pasażerów, że to "nasz Gladiator" i że jeżeli chcą to mogą płynąć z nami! Dziewczyna i chłopak (chyba Brytyjczycy) po wysłuchaniu jej (i mojej) historii nie mają nic przeciwko temu, żeby nam pomóc.  Odpływamy.
No cóż, Nowozelandka "odwaliła" za mnie całą robotę!
Być może na mój względny spokój zadziałała świadomość, że na dowodzie wpłaty mam namiary na biuro, w którym zakupiłam usługę przewozu na wyspę Changuu i w ostateczności pójdę prosić o pomoc obsługę kasy (wstęp na wyspę jest płatny).
A może po prostu tak szybko się dostosowałam: Hakuna Matata!















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz