piątek, 23 lutego 2024

Koralowe klify i skały. A przy okazji baobaby. Mtende, Zanzibar

 


Podsumowaniem mojej peregrynacji po zanzibarskich plażach była wizyta na plaży Mtende, w najdalej wysuniętej na południe części Zanzibaru. Plaży nieczęsto jeszcze odwiedzanej, ale cieszącej się coraz większą popularnością. Tym co wyróżnia ją spośród innych zanzibarskich plaż to wyższe koralowe klify i samodzielne skały koralowe wystające z piasku czy z morza. Na największej z nich wzniesiono restaurację/kawiarnię Usumba Rock. 

Nie jest to co prawda najsłynniejsza kawiarnia na skale – ta najbardziej znana jest w miejscowości Pingwe, na wschodzie,  ale zdjęcia nie pokaże, bo tam nie dotarłam.

 






 

 

 

 

 

O ile do The Rock Restaurant w Pingwe można podczas przypływu tylko dopłynąć łódką, do Usumba Rock można również dojść od strony lądu i pomostami oraz schodami dojść do części lokalu usytuowanej na skale, jak również na plażę.  


Sama plaża całkiem przyjemna i z fantazyjnymi formacjami skalnymi stanowi doskonały plener fotograficzny.



Po drodze na plażę Mtendę czekała mnie jeszcze niespodzianka – tylu baobabów w jednym miejscu chyba jeszcze nie widziałam. Pojawiały się co kawałek wzdłuż drogi, kilkukilometrowej, jako, że od miejscowości Makunduchi do Mtende nie jeździły dala dala. Chociaż w drodze powrotnej udało mi się i „złapałam” jakiegoś przypadkowo jadącego tą trasą busika.

Przejście ostatniego odcinka drogi, tuż przed plażą, to było wyzwanie. Rano padało (jak zresztą codziennie w ostatnich dniach) i nieutwardzona droga (jak we wszystkich wioskach) zmieniła się w gliniaste bajorko. Śliskie bajorko! Tutaj w pomarańczowo-brązowej barwie, podobnie jak ściany domów.  





 

 

 

 

 

 





 

 

 

 

  

 

Największy baobab rośne w centrum wioski. Dodatkowo „obstawiony” drewnianą platformą  (taki domek na, a właściwie przy drzewie) i kramami. Widać, że to miejsce spotkań towarzyskich – dlatego robię zdjęcie tylko z daleka.


 

A wracając do „dala dala”, którymi przemieszczałam się w czasie tej podróży.

Dala dala to prywatne wehikuły transportu na Zanzibarze (w części lądowej Tanzanii też). Część z nich to minibusy, część to przerobione ciężarówki. Zanim zresztą w systemie transportu Tanzanii pojawiły się minibusy,  typowym „osobowym” środkiem transportu była ciężarówka w ławkami umieszczonymi po obu stronach platformy bagażowej. Kilka jeszcze kursujących dużych ciężarówek osobowych widziałam, ale zdecydowana większość to takie „mini ciężarówki” z siedzeniami.

  



 

 

 

 

 

 

Dala dala zaczęły funkcjonować jako nielegalne taksówki w Dar es Salaam wobec pogarszającego się rządowego systemu transportu publicznego. Na przełomie lat 70. I 80. XX wieku zostały one zalegalizowane a do 1998 roku prawie całkowicie wyparły system oferowany przez państwo.

Dala dala to bardzo wygodny środek lokomocji – bo to i deski można przy okazji przewieźć, i telewizor!





 

 

 

 

 

 

A żeby było rentownie, to takie dala dala – zarówno minibusy jak i mini ciężarówki – odjeżdżają dopiero jak wszystkie miejsca, zarówno siedzące jak i stojące (na tych stojących ludzie zazwyczaj kucają), są zajęte. Trasy i przystanki dala dala są w zasadzie ustalone, ale kiedy trzeba parę koszy przewieźć do miejsca poza trasą, nie ma problemu. Na taki właśnie pojazd, który zboczył z trasy, załapałam się wracając z plaży Mtende. Przy okazji przewieźliśmy zaopatrzenie do jednego ze sklepików, coś tam zabraliśmy i dostarczyliśmy na drugi koniec wioski, i w końcu zostałam dowieziona do Makunduchi, gdzie przesiadłam się już do minibusu do Stone Town. A i tak zajęło to mniej czasu niż trwałby mój spacer. A kosztowało ok. 1,60 pln.   

Plażę Mtende odwiedziłam w ostatnim dniu mojego pobytu na Zanzibarze. Dzień wcześniej chodziłam plażami Kiwengwę, Pongwe i Chwakę (http://emerytkawpodrozy.blogspot.com/2024/02/kiwengwa-pongwe-i-chwaka-zanzibar.html) oraz przedstawionymi w poprzednich postach:

Jeszcze jedną uwagę jestem winna prezentując zdjęcia zanzibarskich plaż. Widoki wszystkie są ponure, niebo przysłaniają chmury nie przepuszczające promieni słońca. Raz czy dwa zdarzyło mi się też wędrować w siąpiącym deszczu. Byłam co prawda na Zanzibarze w okresie tzw. krótkiej pory suchej, która charakteryzuje się „stosunkowo niewielkimi opadami”, i może rzeczywiście opady wielkie nie były, ale za to zachmurzenie było całkiem spore. Dla mojego sposobu „wizytowania” plaż to nawet dobrze – łatwiej się wędruje, gdy słońce zbyt mocno nie przygrzewa, dla zdjęć to niestety bardzo niedobrze. Trudno.

Będący w tym samym czasie urlopowicze raczej zbyt zadowoleni nie byli – co wynikało z wpisów na grupach na FB. 













Brak komentarzy:

Prześlij komentarz