czwartek, 8 lutego 2018

Park Olimpijski w Seulu. Korea Południowa




Park Olimpijski w Seulu. Spuścizna igrzysk olimpijskich w 1988 roku. Na terenie o powierzchni prawie półtora miliona metrów kwadratowych znajdują się nie tylko sportowe stadiony, ale i tereny rekreacyjne (między innymi ecopark) i obiekty dotyczące sztuki. Cały obszar został podzielony na kilka sekcji. Wokół pozostałości fortyfikacji z okresu dynastii Baekje (18 rok przed nasza erą – 660 rok naszej ery) utworzono park historyczny, a jedno z muzeów poświęcono temu właśnie okresowi koreańskich dziejów oraz znalezionym głównie w tym rejonie artefaktom. 



W broszurce z opisem atrakcji znajdujących się na terenie olimpijskim wyszczególniono czterdzieści osiem pozycji i jeszcze kilka nienumerowanych – nie, nie będę ich wymieniała.

Tym, co mnie tutaj przywiodło, jest ogród rzeźb wokół Soma Museum of Art. Dzisiaj poniedziałek, zatem zwiedzanie muzeum odpada, ale błądzenie wśród dwustu czterech doskonale opisanych rzeźb luźno ustawionych na wolnym powietrzu to nieprawdopodobna frajda. Park rzeźb jest pozostałością Światowego Festiwalu Sztuki Nowoczesnej, który odbywał się równocześnie z igrzyskami olimpijskimi i stanowił ich artystyczną oprawę, a uczestniczyli w nim światowej sławy artyści z krajów, które brały udział w zmaganiach sportowych. 



I tym sposobem zobaczyłam sławną rzeźbę, której autorem jest awangardowy rzeźbiarz francuski César Baldaccini (1921–1998). Jego „Kciuk” jest jedną z kilku identycznych rzeźb, jakie stworzył, przedstawiających jego własny kciuk włącznie z liniami papilarnymi.
César Baldaccini jest również autorem trofeum – zwanego od jego imienia Cezarem – przyznawanego twórcom filmowym podczas corocznej gali filmowej w Paryżu.












 





piątek, 2 lutego 2018

Ma się to szczęście! Raflezja na stoku góry Kinabalu (Malezja/Borneo)


Minęła siedemnasta. Właśnie wróciłam z wycieczki do wodospadu Langganan (http://emerytkawpodrozy.blogspot.com/2017/02/gora-kinabalu-sabah-malezyjski-stan-na_10.html). Siedzę na krawędzi jednego z niebieskich basenów Bambusowych Gorących Źródeł i mocząc zdrożone stopy w ciepłej siarkowej wodzie, podsumowuję dzień i snuję plany. Nie bardzo chcę zostawać tutaj na drugi dzień, zatem nie zobaczę już tropikalnego ogrodu, ogrodu orchidei, ogrodu bambusów, farmy motyli – takie bowiem atrakcje przygotowali organizatorzy wypoczynku dla tych, którzy przyjechali tu na dłużej. Czy to duża strata? Tropikalną roślinność oglądam cały czas, bambusy też nieraz widziałam, te na Flores, wystające z mijanych przepaści najbardziej zapadły mi w pamięć. Ogrodów orchidei też kilka zwiedziłam i tak żaden nie dorówna temu w Singapurze. Motyli sporo plątało się na moim szlaku, nie znam się na nich aż tak bardzo, żebym musiała oglądać je z bliska.

Jednak przy odrobinie szczęścia mogę zobaczyć raflezję. Dosyć zatem leniuchowania z nogami w wodzie – nawet te parę minut wystarczyło, żeby pozbyć się zmęczenia.

Raflezja to największy kwiat na świecie, żyje tylko dziko w tropikalnych lasach Sumatry i Borneo. Średnica kwiatu może dojść do 100 centymetrów, a waga – do ok. 10 kilogramów. Pasożytuje na krzewach spokrewnionych z winoroślą, sama nie wytwarza korzeni, łodyg ani liści. Kwitnie przez 5-7 dni raz na kilka lat. I właśnie w tych dniach zakwitła tutaj, w Poring Hot Springs, o czym informuje stojąca w centrum wsi tablica. Żeby nikt z przybyłych, a i miejscowych, nie przegapił okazji zobaczenia tej wyjątkowej rośliny.

Po krótkim targowaniu, ile ma wynieść haracz za możliwość oglądnięcia kwitnącej raflezji, trójka dzieci prowadzi mnie i pokazuje pomarańczowo-różowy kwiatek, chyba raczej kwiat, o średnicy 72 centymetrów. Jego pięć płatków ma nierówną powierzchnię, zagłębienia sprawiają wrażenie ciemniejszych plam, chociaż według licznych opisów plamki na płatkach są białe. Może we wcześniejszych stadiach kwitnienia rzeczywiście są białe, ale żywot tego okazu dobiega już końca, kwiat przekwita. Za parę godzin w tym miejscu będzie tylko kupka czarno-brązowej galarety. Podobno kwiat wydziela odór gnijącej padliny, z którego to powodu na Sumatrze nazywany jest „trupim kwiatem”. Ja nie czuję zapachu, stojąc w pewnym oddaleniu, za ogrodzeniem, które ma ochronić przed zdeptaniem ewentualne pąki. Jeden pąk rzeczywiście już widać, rozwinie się za kilka dni, może tygodni.

No i czy ja nie mam szczęścia, że jestem tutaj właśnie, gdy kwitnie raflezja!

Ta jeszcze kwitnie...
...ta właśnie przekwitła!



















Góra Kinabalu - szkoda że tylko przez okno autobusu...









Raflezja w wyobraźni artysty