Puerto Plata
szczyci się tym, że posiada jedyną na Karaibach kolejkę linową. No to jak się
nią nie przejechać?
Trochę później
uruchomiono kolejkę linową (ta z kolei jest „na wzór” tej na Kasprowy Wierch,
chociaż zapewne jej twórcy nie „naszą” kolejkę mieli na myśli), która w
kilkanaście minut pokonuje dystans 2730 metrów i różnicę wysokości 712 metrów. Figura
Chrystusa wznosi się na kopule, którą wzięłam za kościół czy kaplicę. Po
podejściu bliżej okazało się, że to rzeczywiście świątynia, tyle że handlu.
Na szczęście
handel nie zdominował całego otoczenia – szczyt wzgórza został zagospodarowany
jako ogród botaniczny. Wspaniałą ozdobą ogrodu są drzewa spathodea campanulata, a mówiąc „po ludzku” – tulipan afrykański.
Właśnie przypada czas jego kwitnienia i aż trudno oderwać wzrok od pięknych
ciemnopomarańczowych kwiatów w kształcie kielicha, układających się w gęste
baldachimy.
To wspaniały
teren rekreacyjny, chociaż chyba nie w pełni wykorzystany. Pewnie i dlatego, że
na szczyt nie prowadzi żadna droga (poza nieoznaczonymi ścieżkami znanymi tylko
wtajemniczonym), zatem nie można dojechać samochodem. Ale, trzeba przyznać,
widok ze szczytu wspaniały – na miasto, port i dalekie plaże.
No właśnie –
plaże. Przecież przeważająca większość odwiedzających Dominikanę przybywa tutaj
właśnie z powodu plaż. Nie sposób wymienić wszystkich. Najbliższa Puerto Plata
o nazwie Dorada to ogrodzony kurort z czternastoma gigantami – hotelami all inclusive – nie dla mnie. Kolejna,
w miejscowości Sosúa, zaledwie kilometrowej długości – za krótka jak na moje
możliwości. Jadę do Cabarete. Doskonałe warunki do windsurfingu i żeglarstwa
gromadzą tutaj zwolenników tych sportów na różnego rodzaju zawodach i regatach.
A i tych którzy, jak ja, lubią długie plaże, brzegiem których można chodzić bez
końca. No właśnie, tylko chodzić, i to jest jeden z niewielu minusów
samodzielnego podróżowania. Bo w takiej sytuacji raczej nie ma możliwości
kąpieli – chyba nikt nie jest aż tak nieroztropny, żeby bez opieki zostawić na
piachu to, co się ma przy sobie, i iść do wody. A raczej się nie zdarza, żeby
hotele tzw. ekonomiczne znajdowały się tuż przy plaży.
Ci, który tak
jak ja nie oddają się rozkoszom kąpieli, mogą przemierzać plaże na koniu, mogą
poddać się masażowi – panie oferujący te usługi (bez podtekstów!) mają tutaj
swoje stanowiska ukryte w cieniu palm, mogą „podsmażać się” na słońcu albo obserwować,
jak surferzy pokonują wodę, zanim dopłyną do fal, które tworzą się nad rafami,
około 500 metrów
od brzegu.
Płyną na deskach
po niezmąconej powierzchni morza, posługując się niedużymi wiosłami.
Niezmąconej? Chyba jednak ta woda nie jest tak niezmącona. Trochę większa fala,
chociaż za mała dla miłośników pływania na desce, już dwa razy zmoczyła mi
spodnie poza granicą podwiniętych nogawek.
Nie, kolejny raz
wyschłam, już więcej nie pozwolę… Oj! Perspektywa kolejnego zmoczenia powoduje,
że chcę odskoczyć od wody, ale źle stąpam i… czuję potworny ból w lewym
kolanie. Utykając, docieram do wyrzuconego przez morze pnia drzewa, aby na nim
usiąść. Czy ja mam przy sobie coś przeciwbólowego? Mam, biorę od razu dwie
tabletki, rozmasowuję kolano. Po piętnastu minutach próbuję wstać. Kiepsko to
widzę. Spacerem pt. „«kuśtykiem» przez plażę” kończę moją wizytę w Cabarete.
Nie pozostaje mi nic innego jak udać się do apteki, bo wizyty u lekarza chyba
to moje kolano jednak nie wymaga – przynajmniej na razie. Kupuję znaną i w
Polsce maść na takie okazje – w dwukrotnie mniejszym opakowaniu, za to dwa razy
droższą niż w naszych nawet najdroższych aptekach. Cena bandażu elastycznego –
porównywalna. Środków przeciwzapalnych nie muszę kupować – wykorzystuję zapasy,
które mam ze sobą „na wszelki wypadek”. Tym razem się przydały.
Zmasowany atak na
uszkodzone kolano pomaga. Z dnia na dzień jest lepiej. Jedyna trudność to
przechodzenie, a właściwie przebieganie przez jezdnie. Bo inaczej się tutaj nie
da przejść na drugą stronę jezdni – niezależnie od tego, czy są pasy, czy ich
nie ma, czy są światła, czy nie. A bieganie jeszcze mi nie za dobrze wychodzi…
Na zachód od
Puerto Plata położone były pierwsze osady na wyspie: La Navidad i La Isabela. Tak
do końca nie wiadomo, gdzie położone było La Navidad, ale uznaje się, że w
pobliżu wioski Bord de Mer, już na terenie dzisiejszego Haiti. Tam nie pojadę,
ale ruiny La Isabela są odległe o mniej więcej 40 kilometrów na
zachód od Puerto Plata, to dlaczego nie miałabym postawić tam mojej stopy.
Kiedy jednak dowiaduję się, że nie ma bezpośredniego ani guagua, ani autobusu, że trzeba się co najmniej dwa razy przesiadać
i jeszcze pilnować, żeby do właściwej Izabeli dojechać (bo w okolicy jest kilka
wiosek o tej nazwie), odpuszczam.
Więcej o Puerto
Plata: http://emerytkawpodrozy.blogspot.com/2018/11/puerto-plata-srebrny-port-dominikana.html
Inne posty o Dominikanie:
http://emerytkawpodrozy.blogspot.com/2017/01/26-stycznia-dzien-duarte-dominikana.html
http://emerytkawpodrozy.blogspot.com/2017/05/urlopowy-raj-dominikana.html
http://emerytkawpodrozy.blogspot.com/2018/07/na-spotkanie-z-humbakami-santa-barbara.html
http://emerytkawpodrozy.blogspot.com/2018/08/sztuka-wysoka-sztuka-popularna.html
http://emerytkawpodrozy.blogspot.com/2017/05/urlopowy-raj-dominikana.html
http://emerytkawpodrozy.blogspot.com/2018/07/na-spotkanie-z-humbakami-santa-barbara.html
http://emerytkawpodrozy.blogspot.com/2018/08/sztuka-wysoka-sztuka-popularna.html